Historia Roja 07

Pamięć historyczna we władzy banału

czyli Historia Roja

Od kilku lat jestem przekonany, iż temat żołnierzy wyklętych to szerokie pole do napisania interesującego scenariusza i stworzenia przekonującego obrazu na temat tego niezwykle trudnego i niejednoznacznego zjawiska w powojennej historii Polski. W tym czasie tak wielu musiało podejmować dramatyczne decyzje w obliczu nieuchronnej, sowieckiej dominacji. Niestety ówczesna sytuacja polityczna kraju nie pozwalała wszystkim skupić się wokół celu, jakim była odbudowa kraju po wojennych zniszczeniach. Konflikt polityczny, który stworzyła nowa władza, brak możliwości kompromisu, zaostrzył tylko wcześniejsze polityczne podziały. Wielu żołnierzy zbrojnego podziemia z czasów wojny chciało się ujawnić. Byli już zmęczeni walką, a poza tym uważali, że koniec wojny powinien otworzyć nowy rozdział w ich życiu. Bardzo szybko się zorientowali, że jeśli to zrobią, wpadną w łapy sowieckiego aparatu przemocy. To jest punkt wyjścia dla tej i wielu innych podobnych historii tamtego czasu.

Wygórowane nadzieje niestety przerosły finalne dzieło. Zaważyła tutaj przede wszystkim chęć stworzenia hagiograficznej pracy, na miarę oczekiwań nowej polityki historycznej. W takich sytuacjach często się zdarza, że autor nagina historię do z góry ustalonej tezy.

Idąc do kina na „Historię Roja” liczyłem, że zobaczę opowieść o człowieku targanym wątpliwościami – bo przecież niemal w pojedynkę walczy z całym systemem – postać tragiczną, ale jednak niosącą nadzieję i wartościowe przesłanie. Co więcej, kontekst w którym znalazł się główny bohater stwarzał potencjalnie właściwy punkt wyjścia do napisania historii, aż kipiącej od emocji i nagłych zwrotów akcji, a reżyser już na początku sugeruje, że nie będzie trzymał się literalnie faktów. Pomyślałem – doskonale, będzie miał dystans do bohatera, skupi się na dramaturgii i emocjach. Dodatkowego smaku dodawał fakt, iż film zapowiadał się na pierwszego pułkownika III RP. Produkcja ciągnęła się od kilku lat i do niedawna niewiele wskazywało, że w ogóle zostanie ukończony. Wygórowane nadzieje niestety przerosły finalne dzieło. Zaważyła tutaj przede wszystkim chęć stworzenia hagiograficznej pracy, na miarę oczekiwań nowej polityki historycznej. W takich sytuacjach często się zdarza, że autor nagina historię do z góry ustalonej tezy.

Pomijam nawet, że film jest według mnie stanowczo zbyt długi a pokazywanie literalnie kolejnych brawurowych akcji partyzantów naprawdę niewiele wnosi do narracji. Wszystkie te zasadzki, egzekucje, strzelaniny, stają się męczące, choć może było to założenie programowe: pokażemy, że życie żołnierza wyklętego było ciężkie, niebezpieczne i z cała pewnością nie było nudne. Dużo bardziej znaczące jest jednak generalne założenie.

Wyszomirski zalewa się w trupa, a Rój radośnie imprezuje z kolegami, ewentualnie terapeutycznie stosuje alkohol po rewizji w chacie. Wszystko co robi przepełnione jest nieomal mistycznym, niezachwianym przekonaniem o słuszności swoich działań.

Potencjalnie oś dramaturgicznego konfliktu mogła by się rozegrać pomiędzy plutonowym Dziemieszkiewiczem alias Rój, a kapitanem Wyszomirskim, który przeszedł na stronę UB. Zaczyna się świetnie choć od razu wzbudziło moje wątpliwości dlaczego tak łatwo Wyszomirski zmienił front i z żołnierza NSZ (Narodowe Siły Zbrojne) przedzierzgnął się w oficera UB. Tak szybko i niepostrzeżenie, że prawie nie sposób zauważyć tej przemiany. Dalej jest już niestety coraz gorzej. Wyszomirski w każdej scenie albo przeklina albo pije wódkę, albo pije wódkę i przeklina. Okazuje się, że bluzganie i pijaństwo to cała ideologia. Zło w takiej postaci jest mało przekonywujące. Jest prymitywne i płytkie. Postać Wyszomirskiego jest do tego stopnia uproszczona, że nie wzbudza nawet śmiechu w swoich groteskowych grymasach. Współczuje aktorowi, który odtwarza postać Ubeka – bestii. Pozostaje mu tylko rozgrywać poszczególne sceny na aktorskich grepsach. Nie ma szans na budowanie głębokiej wielowymiarowej postaci targanej jakimś wewnętrznym konfliktem. Potencjalnie fascynujący i śmiertelny pojedynek staje trywialny w swoim schematyzmie. Ma to dalsze konsekwencje, bowiem tak skonstruowana postać antagonisty będzie się odbijała w postaci protagonisty. Dla scenarzysty powinna to być oczywista oczywistość. Jednak Jerzy Zalewski chyba nie dostrzegł potencjału jaki stwarza postać złego. Tak jak w „Mistrzu i Małgorzacie” Bułhakowa, czy w „Fauście” Goethego zło jest skomplikowane i fascynujące, może rzucić urok, zawładnąć postacią, być powabne i przewrotne. Tutaj jakoś nie. Śmierdzi tylko samogonem i przepoconymi szmatami. Brak mu wyrafinowania, nawet nie daje jakiejś perwersyjnej satysfakcji antagoniście. Jest grubo ciosane jakby postać zdeprawowanego oficera powstała tylko z komunistycznych agitek. Nawet zwrot akcji związany z informacją o wątpliwej, wojennej przeszłości Wyszomirskiego niewiele wnosi bo i tak już dawno wiemy, ze mamy do czynienia z profilem psychologicznym kibola, a nie przebiegłego szatana przybierającego piękne maski, kamuflującego się ogładą, wyrafinowaniem. Potwór zamiast budzić grozę przypomina wioskowego przygłupa, któremu jakoś udało się zainstalować w aparacie władzy. Postać staje się przewidywalna, aż do bólu już po kilkunastu pierwszych minutach filmu.

Popatrzmy jednak na głównego bohatera, plutonowy Dziemieszkiewicz w lustrzany sposób ukazuje uproszczenia towarzyszące antagoniście. Jest prawy, nieustraszony i święcie wierzy w swoją misję. Jego powierzchowność podkreśla tylko szczere intencje. Wygłasza płomienne kazania w kościele, a przed wykonaniem wyroku wypowiada umoralniające pogadanki. Nawet sposób picia wódki, jako centralny obyczaj wszystkich bohaterów filmu jest zgoła odmienny. Wyszomirski zalewa się w trupa, a Rój radośnie imprezuje z kolegami, ewentualnie terapeutycznie stosuje alkohol po rewizji w chacie. Wszystko co robi przepełnione jest nieomal mistycznym, niezachwianym przekonaniem o słuszności swoich działań. Zresztą Rój generalnie wie lepiej i poucza nawet swoich przełożonych, ma w sobie jakiś rodzaj tępej impertynencji. Wiara w misję jest godna podziwu ale kompletny brak wątpliwości sam w sobie je budzi. Dziemieszkiewicz ukrywa się ponad sześć lat przed całym, rozbudowanym aparatem komunistycznej przemocy, organizuje brawurowe akcje, walczy skutecznie z przeważającym przeciwnikiem, odbija więźniów, wymierza sprawiedliwość, musi być zatem dość inteligentny i przebiegły aby przetrwać w tym piekle, tym samym jest mało prawdopodobne, że nie zadawał sobie głębszych pytań o sens tych działań.

Pod koniec filmu, kiedy osaczony protagonista cudem uchodzi z życiem przed sowieckimi żołnierzami, wydziedziczona hrabina (zresztą któż inny, mógłby ratować naszego bohatera), która udziela mu schronienia, wypowiada kluczową dla całego filmu kwestię: „Jeśli zaczniesz roztrząsać racje swojego postępowania – przegrałeś. Bóg, honor, ojczyzna dają siłę tylko wtedy, jeśli nie podważamy sensu tych pojęć…”

Chyba tylko jedna scena skłania widza do poważniejszej refleksji, główny bohater rekwiruje pieniądze z małego prowincjonalnego banku, wykrzykując przy tym patriotyczne hasła. Zobojętniali klienci w szarych płaszczach podobnych do chińskich mundurków z czasów Mao, bez protestu oddają pieniądze ale zupełnie nie podzielają entuzjazmu bohatera. Są zmęczeni i chcieli by tylko spokoju. Dzięki temu kontrastowi zauważamy, że Rój i jego kompan mają w sobie jakiś pierwiastek szaleństwa. Szaleństwa, które każe żołnierzom wyklętym biec w objęcia niechybnej śmierci. Przez chwilę postaci filmu przypominały mi postaci ze sztuki Tadeusza Kantora „Wielopole, Wielopole” i było w tym coś głębokiego. Jednak reżyser szybko sprowadził się w kolejnych scenach do pożądanej poprawności politycznej i właściwej jemu perspektywy historycznej.

Jedyna postać, która zdaje się być dramaturgicznie wiarygodna to major Młot, który próbuje jakoś racjonalnie odpowiedzieć na kolejne wezwanie do ujawnienia się antykomunistycznych partyzantów. Próbuje też szukać możliwości rozmowy z komunistyczną władzą. Niestety nasz główny bohater komentuje te działania: „ty to zawsze byłeś polityk”, sięgając po wielką butelkę bimbru.

Pod koniec filmu, kiedy osaczony protagonista cudem uchodzi z życiem przed sowieckimi żołnierzami, wydziedziczona hrabina (zresztą któż inny, mógłby ratować naszego bohatera), która udziela mu schronienia, wypowiada kluczową dla całego filmu kwestię: „Jeśli zaczniesz roztrząsać racje swojego postępowania – przegrałeś. Bóg, honor, ojczyzna dają siłę tylko wtedy, jeśli nie podważamy sensu tych pojęć…” Czyżby oznaczało by to, iż brak refleksji nad swoim postępowaniem i działaniem jest źródłem największej siły do realizacji naszych celów? Naprawdę nie należy myśleć? Rój po wielu perypetiach poznaje dziewczynę, jednak uczucie zostaje potraktowane dosyć powierzchownie, można by powiedzieć dekoracyjne. Nawet w scenie miłosnej Dziemieszkiewicz nie zapomina poruszyć tematyki patriotycznej. Kobieta właśnie mogła by powiedzieć o bohaterze to czego on sam nie jest w stanie wydobyć z siebie. Być może trochę zmiękczyć niezłomnego. Jednak Jerzy Zalewski nie wykorzystał tej figury w sposób, który pogłębił by psychologię wyklętego.

Ten obraz wkrótce zejdzie z ekranów kin ale najprawdopodobniej jego filmowe życie będzie długie. Zacznie funkcjonować w telewizji, zostanie wydany na płycie, stanie się insertem do przeróżnych periodyków, będzie żelaznym punktem pogadanek w szkołach, choćby tylko dlatego, że de facto jest pierwszą fabuła na ten temat. Nie podważam w najmniejszym stopniu potrzeby powstania filmu o tych ludziach, co więcej wierzę, iż działali oni gremialnie z najszlachetniejszych pobudek, lecz reżyser nie był w stanie mnie przekonać, że system wartości, którym się posługiwali nie uwzględniał żadnych kontekstów otoczenia i całego rozwoju sytuacji. Jedyna postać, która zdaje się być dramaturgicznie wiarygodna to major Młot, który próbuje jakoś racjonalnie odpowiedzieć na kolejne wezwanie do ujawnienia się antykomunistycznych partyzantów. Próbuje też szukać możliwości rozmowy z komunistyczną władzą. Niestety nasz główny bohater komentuje te działania: „ty to zawsze byłeś polityk”, sięgając po wielką butelkę bimbru. Lekceważące spojrzenie dyskredytuje dyplomatyczne działania Młota. Nie chodzi nawet o to, że komuniści i tak dezawuują takie postępowanie ale o to, że próba szukania alternatywnych rozwiązań w beznadziejnej politycznie sytuacji nie budzi jakiegoś głębszego szacunku reżysera.

W momencie kiedy o wszystkim możemy opowiedzieć bez żadnych aluzji, ocieramy się w sztuce albo o propagandę albo o łopatologię na poziomie szkoły podstawowej.

Wracając do przyszłej, wielce prawdopodobnej, dydaktycznej roli filmu, mam poczucie graniczące z pewnością, że młodzież która będzie oglądać ten obraz słabo będzie akceptować postępowanie komendanta Roja, bowiem młodzi ludzie zazwyczaj mają wątpliwości i raczej skutecznie, intuicyjnie wykrywają propagandową manipulację. Takie dzieła będą niestety wyrządzać niedźwiedzią przysługę tzw. polityce historycznej. Paradoksalnie, w czasach PRL w związku z ograniczeniami cenzury powstawały dzieła bardziej wielowymiarowe, zmuszające widza do samodzielnej interpretacji. Nie mówiły one wprost o problemach czy dylematach dotyczących bohaterów, unikały nachalności. Również samo tło historyczne, z tych samych powodów zarysowane było w sposób mniej jednoznaczny. Dzięki temu, przynajmniej część z nich przetrwała próbę czasu i weszła do kanonu kultury polskiej, bowiem próba wykładni historycznej oparta na oczywistościach wygłaszanych ex cathedra ociera się o polityczny i mentalny koniunkturalizm. W momencie kiedy o wszystkim możemy opowiedzieć bez żadnych aluzji, ocieramy się w sztuce albo o propagandę albo o łopatologię na poziomie szkoły podstawowej. W tej sytuacji o wiele trudniej jest rozpisać historię uniwersalną, niosącą wartościowe przesłanie, umieszczoną zarazem w określonym kontekście historycznym, niż odwrotnie, naginać wszystko do z góry narzuconej tezy. Tego rodzaju trudność nie może jednak tłumaczyć nadmiernych uproszczeń scenariusza i błędów reżyserskich.

DATA PUBLIKACJI: 22 kwietnia 2016
OSTATNIA AKTUALIZACJA: 28 kwietnia 2016