Marcel_Proust_1900_verso

Geniusz

Geniuszem trzeba się urodzić i umrzeć.

Eugeniusz postanowił, że na swoje dziesiąte urodziny wymyśli sobie najwspanialszą baśń (być może coś o rycerzach) i zostanie geniuszem. Imię miał już genialne.

Jakiś czas później, nastoletni Eugeniusz postanowił zostać złotym dzieckiem literatury dla dorosłych. Zdecydował, że zostanie nastoletnią gwiazdą literatury światowej, objawieniem i odkryciem. Przy okazji wyznaczy też jakiś nowy trend. Dał sobie czas do dziewiętnastki, najdalej dwudziestki. To powinno być coś na miarę jego geniuszu – myślał.

Nieco później Eugeniusz rozsądnie przesunął granicę objawienia swojego geniuszu światu do trzydziestego piątego roku życia. Gdyż do trzydziestego piątego roku życia każdy geniusz powinien już przynajmniej zadebiutować. Tak rozumował młody pan Eugeniusz, który był człowiekiem racjonalnym.

W okolicach czterdziestki – po długich i niełatwych negocjacjach –pan Eugeniusz poszedł ze sobą na kompromis w sprawie własnego geniuszu i uznał, że geniusz może się objawić właściwie niezależnie od wieku i że to wszystko jedno, czy mówimy o złotym dziecku, czy o złotym mężczyźnie w średnim wieku. Równie dobrze mógł przecież debiutować w wieku pięćdziesięciu lat, wszak nie ilość się liczy, lecz jakość. A poza tym, myślał czterdziestopięcioletni pan Eugeniusz, „to nie są przecież żadne wyścigi. Geniusz musi mieć swój czas. Dlatego trzeba dać sobie czas, ponieważ każdy prawdziwy geniusz musi dojrzeć, ot co. Hola, hola!”, wołał do siebie w myślał pan Eugeniusz, „Sztuka nie lubi pośpiechu!”, i zasypiał nad gorącą czekoladą.

Panu Eugeniuszowi kolejne lata życia mijały raczej beztrosko. Przeszedł na emeryturę, ponieważ całe życie gdzieś pracował, ale nigdy nie mógł zapamiętać gdzie, a to dlatego, że nie przywiązywał do swojej pracy większej wagi, ponieważ nie miała ona bezpośredniego związku z jego geniuszem. Chyba był nauczycielem kaligrafii, przynajmniej tak mu się czasami wydawało. Cieszył się, kiedy nadchodziła wiosna i topniały zimowe śniegi, ale najbardziej lubił wakacje i letnie spacery po plaży oraz wycieczki do lasu, padało czy nie padało, wszystko jedno, deszcz nigdy mu nie przeszkadzał. Pan Eugeniusz nigdy też do końca nie rozstrzygnął co jest lepsze: góry czy morze. Był samotny i nie miał większych problemów, oczywiście poza problemami zdrowotnymi, które pojawiły się u niego jednak dosyć późno, dopiero po siedemdziesiątym roku życia, kiedy to zaczęły mu doskwierać chroniczne bóle kręgosłupa. Na szczęście lekarz wyposażył go w skuteczne leki przeciwbólowe, po których pan Eugeniusz mógł nadal snuć bez przeszkód wspaniałą wizję swojego geniuszu, który, wiedział to już dobrze, musi się ostatecznie objawić za rok, najdalej za dwa lata. Świat usłyszy wtedy o genialnym osiemdziesięciolatku, który zdecydował się nareszcie upublicznić swój największy skarb, czyli swój ogromny geniusz. Pan Eugeniusz wciąż nie mógł się zdecydować, czy należy mówić „swój ogromny geniusz”, czy „swojego ogromnego geniusza”, ale w rozmyślaniach częściej używał tego pierwszego sformułowania, ponieważ nie lubił myśleć o geniuszu jako o osobie, która mogłaby być przecież kapryśna i mieć swoje upodobania, a one z kolei mogłyby się panu Eugeniuszowi nie spodobać, dlatego wolał widzieć w geniuszu emanację siebie samego. Imię miał wciąż genialne, myślał pan Eugeniusz, i tylko myślał; nigdy nikomu nie powiedział o swoim największym marzeniu, wierzył bowiem, że geniuszem zostaje się w samotności. Geniuszem się jest, albo się nie jest. Nikomu nie warto mówić o własnym geniuszu i nikomu nic do tego, ponieważ nikt nie jest w stanie zaoferować geniuszowi niczego interesującego, „taka jest prawda”, konkludował pan Eugeniusz i zasypiał płochliwym snem mężczyzny po osiemdziesiątce.

W wieku dziewięćdziesięciu lat Eugeniusz zdecydował ostatecznie, że woli jednak góry i że akcja jego debiutanckiej baśniowej powieści będzie się toczyć właśnie w górach. Powoli zaczął także doceniać wpływ czynników zewnętrznych i koniunkturę, dlatego, aby ta ostatnia była jak najbardziej sprzyjająca, sędziwy pan Eugeniusz postanowił, że objawi się światu w swoje setne urodziny. Dzięki temu złączy szereg najważniejszych okazji w jedną jedyną, najważniejszą okazję życia i ją wykorzysta, „jak Tarzan”, myślał Pan Eugeniusz i natychmiast zapominał o tej myśli, co w jego wieku było całkowicie naturalne i zrozumiałe.

Śmierć pana Eugeniusza była wyjątkowo łagodna. Nie obyło się bez bólu głowy, ale środki znieczulające przepisane przez lekarza sprawiły, że nie była to śmierć w męczarniach; przypominała podmuch wiatru. Pan Eugeniusz umarł w uszatym fotelu, a w pozostawionym notariuszowi testamencie wyznaczył nową datę swojego debiutu, ponieważ na miesiąc przed śmiercią jasne stało się dla niego, że geniuszem nie można zostać za życia, że wszyscy znani mu geniusze, którzy zostali ogłoszeni geniuszami za życia, nie byli dość genialni a ich geniusz pozostawiał naprawdę zbyt wiele do życzenia i to pod zbyt wieloma względami, żeby zgłosić ich do konkursu na geniusza par excellence. Rzeczywisty geniusz może zostać odkryty dopiero po śmierci, to było dla pana Eugeniusza najzupełniej jasne w jego ostatnich dniach. Dlatego niezwłocznie sporządził testament, w którym zarządził, że jego genialny debiut ma ostatecznie nastąpić dziesięć lat po jego śmierci. W swoim testamencie Pan Eugeniusz zobowiązał ghostwritera, któremu pozostawił cały swój majątek, do napisania genialnej powieści i do wysłania jej najlepszemu wydawcy w kraju. Ghostwriter był człowiekiem słownym, zaufanym i w ocenie pana Eugeniusza bardzo utalentowanym. Rzeczywiście napisał genialną powieść i w imieniu pana Eugeniusza wysłał ją wydawcy.

Maszynopis przyjęto. Dosyć szybko książka stała się wydarzeniem rangi światowej a na jej podstawie nakręcono trzy filmy długometrażowe i jedną reklamę płatków kukurydzianych emitowaną przez kilkanaście miesięcy na całym świecie.

Tak objawił się geniusz pana Eugeniusza.

DATA PUBLIKACJI: 31 maja 2016
OSTATNIA AKTUALIZACJA: 1 marca 2018