Zygmunt Waliszewski, Chłopiec w czaku, 1932
Zygmunt Waliszewski, Chłopiec w czaku, 1932

Mroczne światło seksualności

Głos w sprawie pedofilii

Udajemy sami przed sobą, iż seksualność powinna i może być oczyszczona z cierpienia, a jej mroki raz na zawsze rozświetlone. Przeżywamy więc naiwny oświeceniowy sen o niewinnej i radosnej seksualności, o seksie jako „normalnej sprawie”

Telewizja Polska przeprowadziła niegdyś tzw. prowokację dziennikarską [mowa o akcji dziennikarza TVP1 Michał Tracza, która miała miejsce w 2008 r. – przyp. NOM]. W pułapkę wpadł młody mężczyzna, który ucinał sobie z redaktorem z TVP obsceniczną pogawędkę mailową, sądząc, że wymienia listy z czternastolatką, za którą podawał się dziennikarz. Pechowy amator nieletnich dziewic przesłał nawet zdjęcia, mogące uchodzić za pornografię dziecięcą. Nie wiem, czy namierzono prawdziwego pedofila. Z pewnością jednak wymiana paskudnych maili z dorosłym panem z TV nie jest przestępstwem, nawet jeśli przyłapany rozpustnik myślał, że pisze do nieletniej (za myśli bowiem jeszcze nie wsadzają). Swoją akcją TVP chwaliła się w Wiadomościach, a dzień później z dużą aprobatą relacjonowano ją na łamach Gazety Wyborczej.

Z prowokacjami trzeba jednak uważać. Nazbyt łatwo się pomylić i złamać życie komuś, kogo wina okaże się w końcu mniejsza, niż się na początku wydawało. Pamiętajmy, że do oceniania dowodów i wymierzania kar powołany jest sąd, zaś do zbierania dowodów policja i prokuratura. Zresztą również organy ścigania powinny zachowywać daleko idącą ostrożność w stosowaniu prowokacji policyjnej, bo łatwo przekroczyć można granicę między prowokowaniem domniemanego przestępcy do usiłowania powtórzenia czynu zabronionego a podżeganiem do przestępstwa.

Nie żałuję specjalnie ofiary tamtej prowokacji. Akcja jednak nie podoba mi się i sprowokowała mnie do napisania artykułu o społecznym i psychologicznym podłożu panującej w Polsce od dłuższego czasu antypedofilskiej histerii, w którą TVP i Gazeta Wyborcza dały się poniekąd wciągnąć. Można więc powiedzieć, że red. Tracz sprowokował do pisania za jednym zamachem dwóch mężczyzn.

Obsceniczne maile pisane przez redaktora TVP wydały mi się psychologicznie mało prawdopodobne, co pewnie nie doda powagi sprawie w oczach prawników. Red. Tracz podawał się wszak za dziewicę, a te bodaj nie są jeszcze tak potwornie wyuzdane i nie prowokują mężczyzn tak nachalnie, jak ich bardziej doświadczone koleżanki z klasy. Poddaję tu pod rozwagę pytanie, czy jest aby elegancko w stosunku do dorastających dziewcząt publicznie przedstawiać wyimaginowany wizerunek kompletnie zdeprawowanej nastolatki, i to rzekomo w imię ochrony najżywotniejszych interesów tej nader wrażliwej kategorii osób. Skoro redaktorzy wielkich mediów uważają za prawdopodobne, aby czternastoletnia dziewica rozważała w korespondencji z nieznanym mężczyzną arkana miłości francuskiej, to my, czytelnicy, możemy zmienić zdanie na temat kondycji moralnej dziewcząt, i to zmienić na gorsze. To tyle, tytułem komentarza do inkryminowanego wydarzenia.

Oczywiście poza mitem były i czyny. Nieraz słyszało się o tym czy tamtym, ale dzieci mają skłonność do myślenia, że skoro jest tak a tak, to pewnie tak już musi być. Zresztą skarżenie się nie miało naonczas dobrych widoków.

Wpisuje się ono wszelako w cały szereg publicznych lamentów i potępień, związanych z przestępstwami seksualnymi na nieletnich. Gwałtowność i bezrefleksyjność wypowiedzi prasowych i deklaracji polityków w związku z tą sprawą nasuwa porównanie ze znanym w socjologii rytuałem społecznym „polowania na czarownice”, służącym ekspozycji społecznych lęków, frustracji i konfliktów pod pozorami powszechnej społecznej zgody – zgody we wspólnym i absolutnym potępieniu diabolicznych postaci i ich czynów. Czarownica, włóczęga, sodomita, arystokrata, wróg ludu, Żyd, mason, pedofil, liberał  – oto kolejne obsady tej archaicznej społecznej roli. Wydaje się jednak, że oświecone społeczeństwo XXI wieku stać na to, by odrzucić poniżający je jarmarczny spektakl i odnieść się do ważnej skądinąd sprawy nadużyć seksualnych wobec dzieci w sposób bardziej racjonalny i godny ludzi myślących. Nie jestem ani socjologiem, ani seksuologiem, ani nawet prawnikiem. Pozostaje mi więc tylko ów status „myślącego obywatela”, nieśmiało podnoszącego rękę i pytającego, czy aby nie urządzamy nowych polowań na czarownice. Z braku wiedzy fachowej, ograniczę się do ułomnej i wyrywkowej argumentacji, być może wymagającej korekty lub w niektórych punktach wręcz błędnej. Taka jest skromna ranga „głosu obywatelskiego”, wszelako jej skromność nie powinna być pretekstem, by głosu obywatelowi nie udzielić.

W przedszkolu, blisko 40 lat temu, straszono nas, że nas ktoś „zabierze”, w czym wyczuwało się jakiś niejasny podtekst seksualny. Dopiero w szkole dowiedzieliśmy się dokładniej, kto nas zabierze: mężczyzna w czarnej wołdze. Pewien znany profesor [chodziło o nieżyjącego już matematyka Czesława Ryla-Nardzewskiego] miał taki samochód i mimo najlepszych chęci nie mógł brać autostopowiczek, gdyż te uciekały na jego widok. O „zboczeńcach” mówiło się sporo, ale nie było wiadomo, co on właściwie z dzieckiem robi. A gdy jakaś pani brała mnie pod brodę i mówiła z na wpół przymkniętymi oczami „śliczny z ciebie chłopaczek”, to żadne skojarzenie z mitycznymi zboczeńcami do głowy mi nie przychodziło. Robiło się tylko jakoś ogólnie nieprzyjemnie. Ogólnie jednak wkład mitu o „zboczeńcu” do zahamowań i nerwic seksualnych w pokoleniu dzisiejszych czterdziestolatków wydaje się niemały. Ciekawe jak będzie z naszymi dziećmi, pouczanymi w sprawach „złego dotyku” niczym malutcy studenci seksuologii. Czas pokaże. Oczywiście poza mitem były i czyny. Nieraz słyszało się o tym czy tamtym, ale dzieci mają skłonność do myślenia, że skoro jest tak a tak, to pewnie tak już musi być. Zresztą skarżenie się nie miało naonczas dobrych widoków. Czy dziś ma lepsze?

Może i tak, bo przecież dziś wszystko się zmieniło. Dzieci od najmłodszych lat wiedzą, jak wygląda kobieta, a jak mężczyzna i (z grubsza) co ze sobą robią i skąd się biorą dzieci. Widzą nagość, słyszą o seksie, nie wyłączając porad dla dorosłych, jak mają rozmawiać z dziećmi. Niemal na równi z dorosłymi uczestniczą w publicznej kulturze wychowawczo-poradniczej. Ten sam pełen troski i zrozumienia głos doradza i rodzicom, i dzieciom. Dorośli nie mają już tajemnic i aż tak bardzo nie wydają się dzieciom różni od nich samych. Po zakazane dawniej owoce dziecko sięga wcześnie, łatwo i bez ekscytacji. Nie ma ambicji, żeby szybko wydorośleć, ale też nie ma poczucia, że pewne rzeczy są nie dla niego. Również seks zjawia się dość lekko jako urozmaicenie koleżeńskich relacji. Nie ma miejsca na nerwicę, płacz i strach przed ciążą. Nie ma też miejsca na wielką młodzieńczą miłość, puchnącą pod pokrywą sztucznie opóźnianej inicjacji. Inicjacja seksualna spadła bowiem do roli pewnego wydarzenia wpisanego w obyczajowość szkolną, przypisanego do którejś tam klasy, jak pierwszy speed albo pierwszy wyjazd bez rodziców.

Popęd seksualny nie patrzy do legitymacji szkolnej.

A jednak życie seksualne człowieka nadal toczy się najintensywniej gdzieś w głębi jego osobowości, przenikając różne warstwy psychiki i schodząc najniżej, do najmroczniejszej nieświadomości. Pozory mylą – nie ma człowieka, którego seksualność byłaby łatwa i bezbolesna, jasna jak na kartach kiepskiego podręcznika wychowania seksualnego lub gazetki dla nastolatek. Nie ma seksualności bez urazów, bez frustracji, bez cierpienia. Część tego cierpienia jest nieunikniona i normalna, a inna część bardzo szkodliwa, unieszczęśliwiająca, lecz dająca się uniknąć. Takim cierpieniem, które trzeba stanowczo eliminować, są doświadczenia seksualne dzieci z udziałem osób dorosłych. Obyczajowość bardzo surowo karze, zwłaszcza w ostatnim stuleciu, nadużycia seksualne wobec dzieci. Można przypuszczać, że dzięki temu jest ich współcześnie mniej niż dawniej. Jednocześnie coraz więcej zachowań uważanych jest za przekraczających granice tego, co niedozwolone. Również prawo staje się coraz bardziej surowe w tym przedmiocie, jakkolwiek ściganie występków natury seksualnej wobec dzieci jest bardzo utrudnione, zwłaszcza gdy chodzi o występki drobniejsze. Nie jest bowiem tak, że wszyscy lubieżnicy (niekoniecznie będący pedofilami o zakłóconym popędzie seksualnym) dopuszczają się tego samego zła. Między łobuzem, który obmacuje rozwiniętą czternastolatkę a zbrodniarzem brutalnie gwałcącym małe dziecko jest tak samo wielka różnica, jak między złodziejaszkiem kradnącym gruszki z sadu a bandytą dokonującym rozboju z bronią w ręku. W atmosferze nagonki i histerii o takich rozróżnieniach łatwo się zapomina. Zboczeniec jest zboczeńcem i należy mu się lincz, a co najmniej kastracja.

Tabu jest w społeczeństwie rzeczą niezbędną.

Życie seksualne człowieka zaczyna się już we wczesnym dzieciństwie a rozwój psychoseksualny trwa bardzo długo. W toku tego rozwoju zainteresowania seksualne przenoszą się na coraz starsze osoby. Przeciętny dziesięciolatek interesuje się dziesięciolatką, a do dorosłych odczuwa awersję. Potem się to zmienia. Niestety, u niektórych nie. Inni znów pod zbyt cienką warstwą normalnie rozwiniętego popędu mogą w pewnych okolicznościach powrócić do seksualności infantylnej, stając się niebezpieczni dla dzieci. Na ogół przytrafia się to mężczyznom, ale czasami również kobietom. Dorastamy powoli, lecz również typ obiektu seksualnego zainteresowania nie zmienia się skokowo, w oczach normalnie rozwiniętego człowieka, powiedzmy dojrzałego mężczyzny. Nikt nie wstydzi się przed sobą ani nie musi wstydzić się przed innymi, że pociągają go osiemnastolatki. Może być jednak i tak, że i znacznie młodsza dziewczynka lub chłopiec ma pięknie i dojrzale ukształtowane ciało, przedwcześnie oddziałując na mężczyzn lub kobiety. Popęd seksualny nie patrzy do legitymacji szkolnej. Między dzieckiem a dorosłym jest trwający kilka lat okres przejściowy, w którym każda atrakcyjna osoba staje się z wolna obiektem zainteresowania erotycznego coraz większej liczby ludzi. A ludzie ci nie dają się podzielić na dwie rozłączne kategorie: normalnych i zboczeńców. Tych ostatnich, czyli pedofilów, jest zresztą znacznie mniej, niż osób dopuszczających się przestępstw na dzieciach. Jak wciąż przypominają nam seksuolodzy, dziecko jest zazwyczaj obiektem zastępczym dla molestującej je osoby. W odpowiednich warunkach, przy odpowiednio silnie działających bodźcach i długiej wstrzemięźliwości seksualnej hamulce ulegają osłabieniu, a zakres potencjalnych obiektów zainteresowania seksualnego gwałtownie rośnie. Dotyczy to także wieku, i to w obie strony – coraz młodszych i coraz starszych „obiektów”. W pewnym sensie więc potencjalnie wszyscy jesteśmy pedofilami – może nam się zdarzyć pociąg do dziecka poniżej lat 15, choć większość z nas nie dopuści się żadnych niewłaściwych zachowań. Wiedząc, że tak jest, odczuwamy wstyd i upokorzenie, przekładające się na siłę naszego oburzenia w stosunku do tych, którzy popełniają przestępstwa seksualne na dzieciach. Inaczej mówiąc, zainteresowanie seksualne nieletnimi jest tabu, a jego przekraczanie jest surowo przez społeczeństwo karane. Podobnie jest z homoseksualizmem i homofobią. Tabu polega tu na upartym przemilczaniu faktu, że większość ludzi przechodzi w późnym dzieciństwie przez doświadczenia homoseksualne; wypierając te doświadczenia i jakby wzmacniając własną chwiejną zwykle nieco heteroseksualność bierzemy udział w terapeutycznym rytuale społecznym potępiania homoseksualizmu. Niebagatelna różnica polega na tym, że molestowanie nieletnich jest dla nich bardzo szkodliwe i krzywdzące, a homoseksualizm nikogo nie krzywdzi i nie zasługuje na potępienie. Dlatego homofobia jest zła, tak jak złe jest bagatelizowanie zachowań pedofilnych.

Tabu jest w społeczeństwie rzeczą niezbędną. Trzeba jednak trzymać je pod kontrolą racjonalnego prawa. Swoją drogą siła tabu zmienia się historycznie i zależnie od kontekstu. Nikt nie uważa za zboczonego króla, który przed setkami lat pojął za żonę dwunastolatkę, gdyż tak się dawniej robiło. Wiemy, że i dziś takie rzeczy zdarzają się w niektórych społecznościach plemiennych i choć obyczaje te nam się nie podobają, nie uważamy ich za wyraz powszechnego „zboczenia”. Do członków własnego społeczeństwa odnosimy się jednak nieproporcjonalnie surowo. Niemal nie obchodzi nas, jaka była skala i natura czyjegoś występku. Sprężona w nas wewnętrzna agresja szuka ujścia w żądzy linczu na każdym, kogo zakwalifikować można jako przestępcę seksualnego, krzywdzącego nieletnich. Widać to aż nadto dobrze w więzieniach, ale widać też coraz wyraźniej w mediach i życiu codziennym. Bandyta i morderca nie budzi ani w połowie takich emocji, jak jakiś żałosny fajtłapa i nieudacznik molestujący małych chłopców. Brak nam tu dystansu, zdolności odróżniania odmiennych przypadków, brak też umiaru. Któż by dzisiaj odważył się pogłaskać cudze dziecko po głowie? Może jeszcze gdzieś na wsi, gdzie ludzie zachowują się naturalnie…

Gdy zaś budzimy się z tego snu, gdy coś okazuje się nie pasować do szeroko rozciągniętych ram normalności, gdy dopada nas wstyd, gdy przychodzą seksualne niepowodzenia, budzi się w nas lęk i agresja.

Tekst nie zyskał akceptacji w żadnym ogólnopolskim czasopiśmie czy dzienniku. Został opublikowany dopiero w zbiorze Zebra Hartmana, pod tytułem „Wszyscy jesteśmy pedofilami”. Przypominamy go jako ważny głos w sprawie „pedofilizacji przestrzeni publicznej” oraz zawężającego się pola debaty nad naszą seksualnością.

Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego społeczna komunikacja w tym trudnym przedmiocie, jakim są akty pedofilii i przestępstwa seksualne z udziałem dzieci, jest na takim niskim poziomie? Dlaczego popadamy w histerię i niemalże urządzamy polowania na czarownice? Moja hipoteza jest prosta: wszechobecność bodźców seksualnych i komunikatów o treści „seksuologicznej” sprawia, że znajdujemy się nieustannie w stanie podwyższonego napięcia seksualnego, a jednocześnie sprowadzeni jesteśmy do pozycji uczniów bądź klientów psychoterapii, nieustannie namawianych do wyzbycia się wszelkich uprzedzeń w dziedzinie seksualnej. W ten sposób seksualność, ciągle w nas drażniona (w Polsce bardziej niż w większości innych krajów) widokiem na wpół nagich ciał i scen erotycznych, ulega infantylizacji i zakłamaniu. Infantylizacji, gdyż od dziecka stykamy się z postępowymi pouczeniami i poradami, które mają chronić nas przed „przesądami” i „kompleksami” oraz wszelkim cierpieniem seksualnym, zakłamaniu zaś dlatego, że udajemy sami przed sobą, iż seksualność powinna i może być oczyszczona z cierpienia, a jej mroki raz na zawsze rozświetlone. Przeżywamy więc naiwny oświeceniowy sen o niewinnej i radosnej seksualności, o seksie jako „normalnej sprawie”. Gdy zaś budzimy się z tego snu, gdy coś okazuje się nie pasować do szeroko rozciągniętych ram normalności, gdy dopada nas wstyd, gdy przychodzą seksualne niepowodzenia, budzi się w nas lęk i agresja. Właśnie z tego lęku przed prawdą o seksualności wyrasta nasze małe polowanie na czarownice. Nie wiem, czy można temu zaradzić, ale wypadałoby, aby poważni urzędnicy, politycy i prawnicy wykazywali się pewną odpornością na porywy emocjonalne tłumu. To samo dotyczy dziennikarzy.

 

DATA PUBLIKACJI: 28 czerwca 2016
OSTATNIA AKTUALIZACJA: 29 czerwca 2016