Uśmiechnięci rodacy

Studium nad naszą narodową fizis

 

                                                                                                                  bratu

Kilka miesięcy temu zrozumiałem, że mieszkam w Polsce. Powiedział mi o tym mój starszy brat, powiedział tak, że wreszcie to do mnie dotarło, snując opowieść o szczególnej mimice, czyli o dynamice mięśni typowo polskiej twarzoczaszki. Zawiadujący nią mózg powstał z genów polskich i na polskiej ziemi został wykarmiony, wychowany i wyedukowany. Promieniowało nań polskie słońce w stosownych koordynatach czasoprzestrzennych i geograficznych. W Polsce mózg polski chodził do szkół i na imprezy, w Polsce spróbował karkówki z grilla i wódki z kieliszków. W Polsce przeżył pierwsze miłości, przyjaźnie, rozczarowania i sukcesy, nauczył się fragmentów narodowej poezji oraz polskich przekleństw, jak też rozkazał płucom wciągać do dna polskie powietrze, a nogom chodzić co niedzielę do polskiego kościoła. Wydał przy tym także tysiące poleceń rękom, aby wykonały w powietrzu znak krzyża. Wszystko to odzwierciedliło się później, nieuchronnie, w rzeźbie mięśni twarzoczaszki, którą przez cały ten czas zawiadywał, twarzoczaszki w wieku dojrzałym otulonej warstwą tłuszczu opiętego poczerwieniałą miejscami skórą.

Nazywam się Polak. Mieszkam w Polsce, ale przez większą część mojego życia udawałem, że mnie tutaj nie ma. Nie patrzyłem wprost w twarze moich rodaków, a jeśli patrzyłem, to przelotnie, unikając zbyt długiej ekspozycji na ich fizjonomiczny przekaz, który głosił: „Wiesz, tak to jest, wszystko może i jest dobrze, ale tak naprawdę wcale nie jest tak dobrze, jak mogłoby ci się wydawać, jest o wiele gorzej, po prostu jesteśmy Polakami, i nic się z tym nie da zrobić, chłopcze”. Tak mówiły do mnie te twarze, a przynajmniej większość z nich, dlatego dosyć szybko przestałem się nimi interesować i zgłębiać zawiłości tego przekazu, który streszcza się ostatecznie w jednym słowie: „Przej…ne”. Słowa polonistki w mojej podstawówce (w czwartej klasie) brzmiały: „Szarzy ludzie, tacy jak my, nigdy do niczego nie dojdą”.

Żydem zostałem po trzydziestce

Dlatego na wszelki wypadek wolałem uznać, że jestem skądinąd, że jestem przybyszem, no może nie z innej planety, ale z całą pewnością z jakiegoś innego kraju. Włożyłem wiele wysiłku w przekonanie samego siebie, że Polak, to nazwisko węgierskie, a jeśli nie węgierskie, to z całą pewnością czeskie. I żyłem przez wiele lat jak Czech, jak Węgier pośród Polaków. Jakąż radością napełnił mnie znajomy intelektualista narodowości żydowskiej, radością skrywaną aż do teraz, kiedy to zapytał mnie, czy nie jestem może krewnym przewodniczącego gminy żydowskiej w Izraelu, który nazywa się tak jak ja. Od tamtej pory porzuciłem moje czesko-węgierskie korzenie i zostałem Żydem. Zacząłem interesować się żywo zagładą mojego narodu w obozach zagłady, nauczyłem się kilku słów po hebrajsku, i planowałem nawet ponowną i skrupulatną lekturę starego testamentu, do czego ostatecznie nie doszło, z różnych względów. Żydem zostałem bowiem już po trzydziestce, kiedy mózg nie jest już na tyle plastyczny, aby nauczyć się płynnie hebrajskiego, o jidysz nie wspominając, dlatego stwierdziłem, że nie będę się wygłupiał i fakt, że przewodniczący żydowskiej gminy wyznaniowej nosił to samo nazwisko co ja, uznam za zwyczajną zbieżność nazwisk. Ponownie zostałem Węgrem, choć, jak dodawałem odtąd od niechcenia, z korzeniami żydowskimi. „Pochodzę z żydowskich Węgrów”, mówiłem, informując zainteresowanych Polaków i obcokrajowców o moim pochodzeniu, pomijając przy tym dopływ czeski, który w towarzystwie węgierskiej żydowskości nie brzmiał już w moich uszach przekonująco.

W szkole średniej z niedowierzaniem przeczytałem Umysł Zniewolony Czesława Miłosza, gdzie pojawia się wątek emigracji wewnętrznej. Nie mogłem zrozumieć potrzeby tego rodzaju emigracji, ponieważ mnie przecież tutaj i tak nie było, odkąd pamiętam, a książkę Miłosza czytałem wtedy jeszcze z pozycji Czecha, przeczuwającego dopiero niejasno swoją węgierskość (o żydowskości wtedy nawet nie śniłem).

Wszechwiedzące twarze Polaków jakimś dziwnym trafem wiedziały zawsze tylko złe rzeczy, albo takie, które mnie za bardzo nie interesowały

Przez całe moje dotychczasowe życie – dzieciństwo itd. – mieszkałem z rodziną, która się do mnie uśmiechała. W twarzach moich rodziców nie było owego gorzkiego, czy kwaśnego, typowo polskiego przekazu, przeciwnie, często pojawiał się na nich słodki uśmiech, nie wiadomo skąd. Moi rodzice zachowywali się tak, jakby byli Włochami, a przecież, wedle mojej wiedzy, Włochy odwiedzili dopiero niedawno, kiedy byłem już dorosły. Ci moi rodzice wywieźli mnie w dzieciństwie na kilka długich miesięcy do Paryża, za co jestem im do dziś wdzięczny, ponieważ nauczyłem się dzięki temu języka francuskiego z akcentem francuskim, czyli nietypowo, i na pewien czas uznałem, że jestem Francuzem. Ilekroć w późniejszym wieku wjeżdżałem do Paryża, odnosiłem wrażenie, że wracam do domu, a ilekroć zeń wyjeżdżałem, miałem poczucie wygnania, czyli poczucie, że oto emigruję w nieznane.

Powrót do Polski zawsze wiązał się u mnie z mieszanymi uczuciami, które ocierały się intensywnie o absurd, ocierały się o niego jak rozmruczany kot, ale taki, który mruczy nie z rozkoszy, lecz po to, aby zagłuszyć dotkliwe ukąszenia pcheł. Wracałem przecież tam, gdzie mnie nie było, do kraju kwaśno-gorzkiej, wszechwiedzącej mimiki rozpulchnionych twarzoczaszek parujących wonią tanich – chociaż drożejących z dnia na dzień – papierosów. Wszechwiedzące twarze Polaków jakimś dziwnym trafem wiedziały zawsze tylko złe rzeczy, albo takie, które mnie za bardzo nie interesowały. Dlatego ilekroć wjeżdżałem do Polski, w rzeczywistości wyjeżdżałem, a ilekroć wyjeżdżałem, w rzeczywistości nie wyjeżdżałem, ponieważ mnie tam nigdy nie było. Logiczne. Sprowadzało się to do tego, że żyłem w kraju, do którego nie mogłem wjechać, ale nie mogłem także z niego wyjechać, z pozoru żyłem w Polsce jako Polak, jednakowoż nie będąc ani w Polsce, ani Polakiem.

Cała ta skomplikowana sytuacja uprościła się kilka miesięcy temu, kiedy to zrozumiałem, że żyję w Polsce i, co więcej, jestem Polakiem z narodowości, a nie tylko z nazwiska. Za tym rozpoznaniem poszło rozbudzenie poczucia odpowiedzialności za mój kraj i za toczące się w nim procesy społeczne i polityczne. Od razu rozpoznałem też podstawowy deficyt moich rodaków, który sprawił, że tak późno odkryłem swoją polskość: Polacy unikają patrzenia w twarze Polaków, ponieważ widzą w nich tylko kwas i gorycz. Zgodnie z zasadą dodatniego sprzężenia zwrotnego, ta cecha niepatrzenia w twarze ulega w naszym narodzie wzmocnieniu. To w końcu nic przyjemnego żyć pośród ludzi, którzy na nas nie patrzą, bo zapewne niczego dobrego się po nas nie spodziewają, unikają naszych spojrzeń, a jeżeli już patrzą, to z wyraźną niechęcią, kwaśno-gorzką, wywołaną – tutaj pętla sprzężenia zwrotnego się domyka – niepatrzeniem innych, zarówno rówieśników, jak i wcześniejszych pokoleń, ich goryczą i nadkwasotą.

Przerwać tę fatalną pętlę można tylko w jeden sposób: uśmiechem

„Patrz na twarze!”, powiedział mój brat, a ja zrozumiałem, że to jest królewska droga do poznania istoty polskości. Podążając tą drogą nareszcie dostrzegłem wielkie niepatrzenie Polaków w twarze Polaków, więc zarówno moje własne niepatrzenie, jak i innych. Niepatrzenie nie czyni nas wyjątkowymi, nie potwierdza naszej wyższości, przeciwnie, jest znakiem typowo polskiej umysłowej nadkwasoty, wywołanej wstydem historycznym oraz cywilizacyjnym poczuciem niższości. Każdy niepatrzący w twarze innych Polaków Polak myśli, że jako Polak do niczego nie dojdzie, ale jako „ja”, to już poleci nawet na księżyc, bez skafandra, dokładnie tak, jak super-bohater. Polacy masowo nie patrzą w twarze Polaków z poczucia niższości pomieszanego z poczuciem wyższości. Niepatrzenie wzmaga niepatrzenie, odwracanie wzroku wzmaga odwracanie wzroku a kwasowość wzmaga kwasowość. Przerwać tę fatalną pętlę można tylko w jeden sposób: uśmiechem. Nie jest to jednak łatwe i wymaga dużego samozaparcia, ponieważ w Polsce uśmiech jest obłożony serią zakazów i sankcji społecznych, a bez ograniczeń uśmiechają się tutaj wyłącznie obcokrajowcy.

Obszar dozwolonego uśmiechu kończy się w Polsce szybko, pięciolatek obejdzie go piechotą w piętnaście minut

Twoja niemal instynktowna, a tak naprawdę reaktywna niechęć do patrzenia w polskie twarze, musi zostać przezwyciężona, jeżeli masz mieć jakiekolwiek szanse na sukces poznawczy, powiedział mój brat, a ja, chcąc nie chcąc, zacząłem patrzeć. I zacząłem dostrzegać to wszystko, czego wcześniej nie chciałem dostrzegać, grymasy, półuśmieszki, spojrzenia – zmrużone, obojętne i sprytne – sugestie, prychnięcia, obelżywie wydęte wargi, i – nade wszystko – oszczędność w rozdawaniu uśmiechów. Przypomniałem sobie także zasłyszane po raz pierwszy w dzieciństwie przysłowie, które jest formacyjnym przysłowiem naszego narodu, a przynajmniej jego męskiej części: „Pier……ty, zawsze uśmiechnięty”. Nie należy się uśmiechać i nie należy być miłym. Zamiast tego należy być pokrzywdzonym, a przynajmniej niezbyt zadowolonym, z czego? Z wszystkiego. Z tego, że świeci słońce, ale i z tego, że nie świeci słońce, z tego, że pada deszcz oraz z tego, że nie pada deszcz.

W granicach Polski uśmiech dozwolony jest tylko w bardzo ściśle określonych sytuacjach. Można się uśmiechać do dzieci, ale do własnych, bo uśmiech skierowany do obcych dzieci jest już podejrzany. Każdy Polak wie przecież, że dzieci to ostatecznie kłopotliwe stworzenia, i że nie ma się tutaj z czego śmiać i do czego uśmiechać, chyba, że jest się zboczeńcem. Następnie można się uśmiechać w sytuacji romantycznej, kiedy to uśmiechać się może kobieta do mężczyzny i mężczyzna do kobiety – to wszystko jest zresztą ściśle zdefiniowane. Obszar dozwolonego uśmiechu kończy się w Polsce szybko, pięciolatek obejdzie go piechotą w piętnaście minut. W ostateczności można się jeszcze uśmiechać do siebie samego. Ale tego rodzaju ksobny uśmiech musi być jakoś uzasadniony, na przykład pięknym, obiektywnie, bez niedomówień, krajobrazem wakacyjnym, morskim, jeziornym lub górskim. Bez tego rodzaju uzasadnienia łatwo można zostać posądzonym o szaleństwo, zaczepionym lub co najmniej obrażonym. Człowiek, który uśmiecha się bez powodu jest przecież niepoważny. Taki człowiek może być też nadmiernie zadowolony z siebie, co jest niedopuszczalne. Pozostają jeszcze sytuacje imprezowe, w których uśmiech występuje, ale jest bardzo niestabilny i szybko przechodzi w rechot lub bitkę.

Uśmiech jest małym świętem naszego życia

Osobnego komentarza wymaga uśmiech męsko-męski. Ogólna zasada jest taka, że nie należy tego robić. Tak śmieją się uśmiechać przecież wyłącznie osobnicy orientacji homoseksualnej. Ewentualnie jest to uśmiech przewrotny, oznaka wyższości uśmiechającego się nad uśmiechanym. Może być to także prowokacja do bójki, lub jedno i drugie. Szczery uśmiech będący oznaką sympatii w relacji męsko-męskiej prawie nie występuje, poza spotkaniami rodzinnymi i kontekstem homo. Z kolei wiadomo, że kobieta uśmiechająca się do mężczyzny jest wariatką, kelnerką, hostessą, albo prostytutką. Natomiast mężczyzna uśmiechający się do kobiety to oczywiście pies na baby. Nie ma innej możliwości. Dopuszczalny jest uśmiech żeńsko-żeński, ale i to w ograniczonym zakresie, oznacza wtedy tajne porozumienie klasy uciskanej (kobiet), względnie jest świadectwem emancypacji, choćby chwilowej, z paternalistycznego uścisku, w którym najczęściej żyją żony Polaków.

Co panu tak niewesoło?, fot. redakcja NOM
Co panu tak niewesoło?, fot. redakcja NOM

Okres wakacyjny sprzyja uśmiechom, ponieważ słońce jest doskonałym uzasadnieniem uśmiechów ksobnych. W słoneczny dzień właściwie każdy uśmiech, nawet uśmiech męsko-męski, można bez trudu – w razie ewentualnych wątpliwości – ucharakteryzować na uśmiech do samego siebie, bez trudu unikając przy tym posądzenia o bycie drag queen. Ta zasada dotyczy wszystkich polskich uzdrowisk, w których kuracjusze aplikują sobie zdrowe uśmiechy.

A może by tak wszyscy Polacy spróbowali rozdawać uśmiech bez ograniczeń, bez względu na porę roku i temperaturę?

Porzućcie zaszczepiony wam niestety we wczesnym dzieciństwie styl „na ponuraka”, ów przygniatający ciężar ofiar losu, za jakie zbyt wielu z was ochoczo się uznaje. Nie bójcie się swojego uśmiechu, ziomkowie! Nie ma powodów do spuszczania nosa na kwintę. Wraz z uśmiechem pojawi się uczucie zadowolenia z życia, a za nim podąży i utrwali się więź społeczna. Uśmiech jest przecież małym świętem naszego życia.

Uśmiech ma jeszcze jedną zaletę, która nie jest bez znaczenia: nic nie kosztuje.

Nie ma się z czego śmiać, fot. redakcja NOM
Nie ma się z czego śmiać, fot. redakcja NOM
DATA PUBLIKACJI: 18 sierpnia 2016
OSTATNIA AKTUALIZACJA: 17 kwietnia 2017