ludzienatorach

Stacja końcowa (1)

Czuł, że należy zrobić coś, nim będzie za późno, by powstrzymać katastrofę i rozszalenie się zła. Nie wiedział tylko co. I czy już nie było aby na to zbyt późno?

   [5 tys. słów]

Część I/II

1. Choć z polecenia władz Dworzec Centralny był już od kilku tygodni zamknięty, wciąż prze­bywało na nim wielu pasażerów – i to nie jakieś odosobnione grupki, lecz cały tłum. Nikt tego nie poj­mo­wał. Nawet dziennikarze, którzy szybko pojawili się na miejscu, by z pierwszej ręki rela­cjo­­nować nie­codzienne zajścia, nie umieli, inaczej niż zwykle, znaleźć łatwych wyjaśnień tej sytuacji. Czemu wciąż tu byli ci ludzie? Na co czekali? Skąd czerpali nadzieję na rychły odjazd składów unieru­cho­mio­nych pomiędzy peronami – długich i bardzo już przestarzałych pociągów, o małych okienkach za­be­z­pie­czo­nych poziomymi (w wagonach I oraz II klasy) lub pionowymi (w wagonach pozosta­łych trzech klas) kratami? Elektrowozy, zielone i obłe, stały na stacji zapieczętowane komisyj­nie, a ma­szy­nistów i kolejarzy od dawna nikt nie widział w pobliżu. Krążyło natomiast mnóstwo, naj­częściej nie­prawdopodobnie sensacyjnych i wulgarnych plotek o tym, co się z nimi stało i w jakich oko­li­cz­no­ściach ich ostatnio widziano. To, że jeden z lepiej znanych w mieście i szano­wa­nych kon­du­k­to­rów zataczał się którejś nocy po ulicach dzielnicy czerwonych świateł, było jedną z mniej szo­ku­ją­cych pogłosek, nadającą się do zacytowania. Większości innych nie należa­ło­by jednak powta­rzać chy­ba na­wet w kolejce u fryzjera. A jednak i w nich było chyba coś na rzeczy. Do tak wielkiej ko­ru­p­cji doszło na kolei. W przekazywanych szeptem rewelacjach powracały wciąż, często znie­kształ­co­ne przez nieznających się na rzeczy plotkarzy, nazwy egzotycznych kurortów, używek i walut.

To prawda, że z hermetyzmem bezczynnych elektrowozów kontrastowały wagony pasa­żer­skie oraz bagażowe i restauracyjne, które za to stały na torach pootwierane i przez nikogo niepilnowane, tworząc aurę jakiegoś porzucenia, bezludności, a nawet rozpaczy – nikt się nie troszczył o nie, jakby nie było już żadnej szansy, by kiedykolwiek ruszyły jeszcze w drogę. I choć szyny dostojnie spoczywały na drewnianych i wcale nie aż tak zmurszałych podkładach, przyśrubowane do nich solidnie, wybiegały poza stację i pewnymi siebie łukami przecinały miasto, a nawet pokonywały płynącą przez to miasto rzekę specjalnie dla nich przeznaczonym mostem, choć w ich blasku było coś op­ty­­mis­tycznego, a nawet postępowego, to przecież w końcu zaczął on matowieć, a one, nieszli­fo­wa­ne, zarastały chwastami, które zwłaszcza kwitnąc kolorowo odbierały im zupełnie powagę, co nie­je­den zwolennik kolejnictwa w kraju przyjmował ze łzami w oczach, tym bardziej rzewnymi, że towarzyszyła im świadomość, iż piękno kwiatów przesłania tu tylko znamiona straszliwego reg­re­su cywilizacji. I nigdzie nie było widać nawet policjantów i tajniaków, a przecież tych nigdy w kraju nie bra­ko­wało. Władze najwyraźniej zapomniały o kolejach albo umyły od nich ręce.

nie dochodziło na dworcu do żadnych ekscesów, scysji czy nieprzy­z­wo­itych scen

Tym bardziej przeto zdumiewający był upór ludzi na dworcu. Większość z nich, podobnie jak większość reporterów, powiedziałby cynik, pewnie nie miała na dobrą sprawę nic lepszego do roboty, zważywszy na szalejący ostatnio kryzys, z którego wciąż nie udało się – mimo licznych za­powiedzi, a nawet formalnych deklaracji – wyjść. Porozkładali na kamiennej posadzce maty, koce, ceratowe siedziska; niektórzy zmyślnie wykorzystali wybrzuszenia podłogi jako poduszkę, inni podłożyli pod głowę miednice, a jeszcze inni zgoła nic. Co do reporterów to spośród nich tylko jeden zdecydował się w pełni współdzielić z pasażerami ich los, reszta dochodziła na miejsce z pob­lis­kich hoteli albo z własnych domów; kamerzyści spali czasem w wozach transmisyjnych. W hali głównej, zbudowanej w XX wieku w stylu moder­nis­ty­cznym, przestronnej, lecz bardzo już zapy­zia­łej, panowała atmosfera bezczynności, nawet jeśli słychać było stały gwar rozmów, a rodziny z licznym małoletnim potomstwem starały się stworzyć sobie w tych trudnych warunkach choćby pozór nor­mal­nego domowego życia, stanowiąc istotne źródło dodatkowego rozgardiaszu, na który od czasu do czasu ktoś pojedynczy reagował skargami, zwykle ignorowanymi. Niejeden też czytał gazetę lub rozwiązywał łamigłówki albo nawet korzystał z przenośnego komputera, grano w karty, kości i domino; byli też tacy, co obojętnym i pustym wzrokiem patrzyli przed siebie, siedząc oparci o filar, na który podnosiły wcześniej nogę wałęsające się po dworcu psy. Pod wieczór zapalano ko­che­ry i zjadano prosty posiłek, wielu się żarliwie lub mniej modliło; zresztą wśród oczekujących był też kaznodzieja (później pojawi się jeszcze jeden i kolejny). Ogólnie rzecz biorąc i wbrew temu, czego chciano się spodziewać, nie dochodziło na dworcu do żadnych ekscesów, scysji czy nieprzy­z­wo­itych scen; pasażerowie zachowywali się kulturalnie, alkohol pili w rozsądnych dawkach, nar­kotyki były rzadkością, dbano też o porządek sanitarny i moralny, konflikty zaś rozwiązywano kolek­tywnie. Po jakimś czasie dwóch sprawozdawców związanych z tabloidami wyjechało, stwier­dzi­wszy, że nic więcej się tu nie wydarzy. Wkrótce na miejscu pozostali już tylko reporterzy bez stałych etatów – oni wciąż jeszcze, niczym hazardziści, którzy zdążyli już zainwestować w nienad­cho­dzącą wygraną zbyt wiele, aby mogli sobie pozwolić na zakończenie gry, woleli pozostać na miejscu, czekać na niespodziewany cud wydarzenia. Od czasu pamiętnego regresu medialnego bez­robocie wśród dziennikarzy było tak duże, że wielu i tak oprócz tego mogło się tylko obijać, podob­nie jak reszta. Ale ludzie na dworcu wciąż zachowywali się tak, jakby pobyt tutaj był dla nich czymś naturalnym i celowym – to było najbardziej w tym wszystkim niesamowite; tylko jak to rela­cjonować dla prasy – nawet najbardziej pomysłowym z dziennikarzy szybko wyczerpały się tematy, a zachęty dla telewizji, by spróbowała jakoś odgórnie podkręcić dramaturgię za pomocą wynajętych agencji eventowych, spełzły na niczym wobec zachowawczej podejrzliwości producentów telewi­zyj­nych, którzy trochę bali się nieprzewidywalnego motłochu z dworca – wbrew wymowie faktu, że zachowywano tam dyscyplinę i powściągliwość nawet w obliczu drobnych prowokacji, do jakich zdążyło już było, oczywiście, dojść.

Lecz naraz, pod wpływem niedającego się zidentyfikować impulsu, który w jakiś tajemniczy sposób zelektryzował wszystkich tych ludzi, powstali spokojnie i wziąwszy cały bagaż w ręce, zbiwszy się w gromadki, wyszli na perony i powchodzili stanowczo do unieruchomionych wagonów. A że były one pootwierane na oścież, a przedziały w nich też, szybko zajęli miejsca, sadowiąc się i moszcząc we wszystkich klasach, zarówno w luksusowych kabinach pierwszej, jak i na drewnianych krato­wni­cach ławek w klasie piątej. Zrobili to nie bez hałasu, lecz sprawnie, i co najdziwniejsze bez spo­rów o hierarchię: najlepsze miejsca oddawano najstarszym, kobietom z dziećmi, gorsze zajmowali mniej potrzebujący. Jeżeli ktoś zakłócał ten naturalny porządek, był łagodnie strofowany, zresztą niewiele trzeba było, by przywołać do właściwej postawy paru mło­dzień­ców w ciemnych okula­rach, którym w głowach buzowało chłopięce nieobycie.

2. Freischütz, jako dziennikarz jeszcze raczej młody, dopiero u progu większej kariery, lecz z am­bic­jami, by być reporterem w starym stylu, refleksyjnie zgłębiającym wydarzenia, starał się tak wmieszać w tłum na dworcu, by być odeń nieodróżnialnym, by obserwować bieg wypadków ocza­mi uczestników. Inaczej niż większość jego kolegów po fachu, którzy przeważnie utożsamiali się ze swoimi pracodawcami, jeśli ich mieli, lub swoimi fantazjami o pracodawcach, jeśli ich nie mieli, on uważał się za część świata, który opisywał, i identyfikował się tylko z nim, by w jego jedynie imie­niu mówić. To prawda, że czasem przypisywał otoczeniu swoje własne cechy i wady, i przez to je zniekształcał – i zdawał sobie z tego sprawę, lecz kto jest bezstronny w tym fachu, kto nigdy nie nadał światu jakiejś własnej unikalnej charakterystyki jako powszechnej i oczywistej, niech pierw­szy rzuci kamieniem we Freischütza. Przeciwnie, czyż nie właśnie to, że obserwator zawsze zniek­ształca, co obserwuje, na swój własny, niepowtarzalny sposób, czy nie to jest najciekawsze w każ­dej relacji? Ważne tylko, by był on osobą o głębszej wrażliwości, o szczególnym charakterze czy sty­lu, które tak zabarwią jego opowiadanie, by nawet niezbyt spektakularna akcja mogła stać się czymś niezwykłym, pociągającym.

Jedyny ruch miał tylko miejsce na niezbyt skądinąd ruchliwym placu przed dworcem, gdzie zatrzymał się wóz strażacki

Freischütz wierzył głęboko, że tak jest i z takiego właśnie punktu widzenia przypatrywał się tym cierpliwym, zdyscyplinowanym, przeważnie skromnym ludziom na dworcu, którzy nie marszcząc czół nadmiernie, ale też bez zbędnej wesołkowatości, ani nawet bez typowej dla stanu zawieszenia nonszalancji, z jakąś niezachwianą wewnętrzną równowagą, pogodą ducha, a może nawet pewno­ścią nieśmiertelności, zajmowali swoje miejsce – nie w przedziale, ale jakby bardziej abstrakcyjnie i dobitnie zarazem – w przestrzeni. Nie tylko, gdy siedzieli, ale i gdy stali, szli, kucali czy leżeli, zajmowali miejsca tak, jakby to była ich udzielna własność, jakby umieszczając w nich swe ciała, przejmowali je w swoje władanie i byli w tym silni, suwerenni – tym bardziej kontrastując z bezład­nym stanem natury, do jakiego władza dopuściła na dworcu. Stanowili żywy organizm, który przej­mo­wał teraz pod kontrolę rozbebeszone pociągi, opustoszałe perony i niejako przywracał w nich normalny porządek życia; nie byli tylko w stanie uruchomić ich. Tak to widział Freischütz, ale nie rozumiał przy tym jednej rzeczy, mianowicie, tego, że zdawali się oni wszyscy zupełnie tego sobie nie uświadamiać; robili to wszystko niczym automaty. A gdy rozmawiając z tym czy owym z pod­róż­nych dziennikarz – poniekąd wbrew zasadom, skoro nie powinien wpływać na bieg opisy­wa­nych przez siebie wydarzeń – starał się naprowadzić rozmówcę na trop wiodący do zrozumienia roli, jaką on wraz z innymi tutaj odgrywał, napotykał opór. Jakby woleli nie wiedzieć, nie zauwa­żać. Pewien emerytowany adwokat powiedział na przykład, że to tylko jakieś bajki, że lepiej nie iść tym tropem. Podobnie wypowiedział się pewien komiwojażer, którego nazwisko i imię widniało na plakietce w klapie marynarki; żachnął się na sugestie Freischütza, twierdząc, że nie należy zbytnio ufać takim zbiegowiskom, co mówił takim tonem, jakby sam nie był tego zbiegowiska cząstką; pewna starsza pielęgniarka poparła jego słowa.

Tymczasem jednak pociągi nie odjeżdżały, toteż w końcu pasażerowie, jeden po drugim, wychodzili na perony, żeby rozprostować kości i pogawędzić, zapalić papierosa czy zaczerpnąć świeżego powietrza. Jedyny ruch miał tylko miejsce na niezbyt skądinąd ruchliwym placu przed dworcem, gdzie zatrzymał się wóz strażacki, zatrzymał się, a może zajął posterunek, któż to mógł wiedzieć, ale na dworcu nikogo to najwyraźniej nie zaprzątało, bowiem w chwili gdy na peronach była już większość podróżnych, ktoś zupełnie nowy, choć i niczym się nie wyróżniający, w ascety­cz­nym białym stroju i z niewielką siatką na motyle w dłoni, sprawiającą wrażenie zabawki, pojawił się wśród nich obwieszczając głośno wszystkim, choć też jakby i nieoficjalnie – już raczej konfi­den­cjonalnie, jakby był kimś dobrze skądinąd poinformowanym, kto jednak działa wyłącznie z własnej inicjatywy i dobrej woli – że powinni dla własnego dobra opróżnić wagony, które zajęli bez komunikatu, całkiem nielegalnie. Owszem, wszyscy powinni „w trosce o własne bezpieczeństwo i wygodę” niezwłocznie opuścić okupowane (jak się wyraził) miejsca w wagonach, należących skądinąd do prywatnych firm, i powrócić do poczekalni, gdzie otrzymają kolejne wiadomości. Na liczne pytania, kim jest, kogo reprezentuje, człowiek z siatką na motyle nie odpowiedział, rzucił tylko, naprawdę, zachęcam do wyjścia z wagonów, pociągi przecież nie ruszą tylko dlatego, że siedzą w nich pasażerowie, potrzebne są liczne inne środki, czynniki, struktury, każdy to zresztą do­skonale wie i rozumie, wszystko tak przecież funkcjonuje, a kolej nie jest tu niczym wyjątko­wym. Co powiedziawszy człowiek w białym stroju (wyglądał on faktycznie trochę jak strój lekarza w szpitalu, co wzbudziło pewien szacunek i ustaliło autorytet jego wypowiedzi, niekłócącej się prze­cież ze zdrowym rozsądkiem, a w dużej mierze przekonującej) opuścił dworzec i idąc na skos skwe­rem zniknął za rogiem, na którym zatrzymał się był i wciąż stał wóz strażacki, całkiem, to prawda, nieruchomy i niezdradzający znaków życia, o ile więc byli w nim jacyś strażacy, to zachowywali się nadzwyczaj dyskretnie.

Ludzie zaczęli więc pod wpływem tej przemowy – która, nie rozumieli tego do końca, ale w końcu każdy prędzej czy później na to wpadł, była chyba zawoalowaną agresywną pogróżką – przenosić się zwolna, niechętnie, ale z rezygnacją, z powrotem do hal dworcowych, porzucając wagony i owe tak już osiedziane miejsca w przedziałach wszystkich klas; podczas gdy z dachów pociągów pa­trzy­ły na to wszystko cierpliwe gawrony, niektóre z otwartymi dziobami. Nim zapadł zmierzch, wię­kszość koczowała już z powrotem w poczekalni, tym razem jednak wdarło się pewne rozprzężenie i Freischütz z niepokojem rozglądał się pośród pasażerów, z których niejeden miał w oczach coś niepokojącego; jakąś buzującą rozpacz i głuchy gniew. Nie było takich może jeszcze wielu, ale każdy wie, że potrafią oni szybko zarazić tłum, i to tym szybciej, im bardziej sam tłum jest amor­ficzny. A tutaj, na tym centralnym dworcu stołecznym, który tak nagle i niewytłumaczalnie onegdaj (teraz wydawało się, że minęła już cała wieczność od tej chwili) zamknięto z polecenia władz – zresztą nie do końca nawet było wiadomo, których konkretnie władz, czy była to inicjatywa któregoś z ministerstw, czy może wojewody (ten zwłaszcza ostatnimi czasy nieźle szalał), czy wojska, czy może kancelarii prezydenta, czy może chodziło o nic więcej jak tylko władze kolei? – ludzie oczekujący wbrew wszelkim przewidywaniom na odjazd pociągów byli coraz bardziej roz­go­ryczeni, pozbawieni perspektyw, mściwi i agresywni. Widać było, że nie mają wiele do stracenia. Słychać było okrzyki, czuć napięcie i ducha resentymentu. Kilka grupek było pijanych i wyjątkowo ha­łaś­liwych, ale może jeszcze gorsi byli ci, co w samotności raczyli się chemicznymi euforyzan­tami o nikomu nieznanym składzie i nierzadko nieprzewidywalnym działaniu. W pewnej chwili do­szło też do bójki tuż przy okazałym wejściu do przedsionka hali z peronami, pełnego uśpionych i jakby od dawna już nieużywanych, zdezelowanych automatów biletowych. Ktoś kogoś popchnął na jeden z nich, maszyna zaczęła się chwiać i potrąciła kogoś innego, kto wpadł na jeszcze kogoś innego, a miarą napięcia wśród oczekujących mogło być to, że wszystkie te mimowolne wypadki po­czytano sobie wzajemnie za złą monetę; w poczuciu obopólnych dysrespektów mężczyźni za­częli się szamotać i miotać z krzykiem na ustach, aż w końcu automat przewrócił się z wielkim hukiem, wznosząc chmurę kurzu – dopiero wtedy adwersarze, gotowi skoczyć sobie zaraz do gardła, opamiętali się. Najgorsze zaś było to, że nikt z otoczenia nie próbował nawet ich powstrzy­mać; eskalacji konfliktu przyglądano się albo z zaciekawieniem, albo z niezdrową ekscytacją, albo z obojętnością. Nawet rodziny z dziećmi nie domagały się już zachowania należytego spokoju i porządku, do jakiego miały przecież święte prawo; choć niemowlęta wszczęły typowy dla ich kondycji wrzask i harmider, matki, paląc nerwowo papierosy, nie potrafiły ich uspokoić; zresztą same czasem wybuchały skargami – na co ich mężowie reagowali przekleństwami lub pomsto­wa­niem na czym świat stoi. Grube słowa zostały rzucone i nieodwracalność zaczęła unosić się w powietrzu; nieodwracalność czaiła się też w zmarszczonych czołach i brwiach, wykrzywionych wargach. Freischütz czuł, że należy zrobić coś, nim będzie za późno, by powstrzymać katastrofę i rozszalenie się zła. Nie wiedział tylko, co. I czy już nie było aby na to zbyt późno. Dopiero później, znacznie później, zrozumiał, że cały ten incydent z przewróconym automatem biletowym odwrócił jedynie uwagę od tego, co działo się po kątach i zaułkach dworca, w których zebrało się parę osób i szeptało, być może nawet knuło.

Gdy na dworzec dotarły z miasta plotki o wystawnych bankietach, jakie władze wojewódzkie i woj­sko­we zorganizowały z okazji urodzin prezydenta na zamożnych przedmieściach, wielkim kosztem i z niespotykanym, ostentacyjnym, wręcz bezczelnym przepychem, który tylko na pozór ukrywano, a tak naprawdę eksponowano wobec setek zatrudnionych przy obsłudze tych imprez lokalnych młodych dziewcząt (płacono im licho, stanowiły tanią siłę roboczą z przeciwległych przedmieść, gdzie wielodzietne rodziny produkowały pilnie, pod czujnym nadzorem władz duchownych rzesze niedrogich pracobiorców – i dlatego całymi rzeszami ich zatrudniano, do podawania potraw, goto­wa­nia, ale i do samego stania pod drzwiami do toalety i otwierania ich albo do wskazywania drogi do sal bankietowych z cienistych pergoli czy uroczych buduarów, do trzymania lampionów i poda­wa­nia baloników) – napięcie zaczęło jeszcze szybciej rosnąć. Któregoś dnia Freischütz postanowił, że sam wybierze się na przedmieście, by sprawdzić na własne oczy, czy te plotki są prawdziwe, czy może są tylko prowokacją. Miał coraz silniejsze podejrzenie, że tłum na dworcu jest infiltrowany, manipulowany. Jednak gdy po półgodzinnej podróży wynajętą motorikszą dojechał do podmiej­skie­go obszaru najbardziej luksusowych posiadłości, nie dostrzegł nic zza wysokich i grubych, zwień­czo­nych kolczatkami murów. Widział tylko przejeżdżające przez bramę majestatyczne limuzyny; czasem słychać było z wnętrza cieniutki lecz głośny śmiech; pojazdy te szybko jednak znikały za potężnymi wrotami. Freischütz kazał swemu kierowcy pojechać wzdłuż ogrodzeń, ale okalały one teren tak wielki, że nie można było liczyć na to, że ujrzy się coś z zewnątrz. W pewnym momencie wystrzeliły fajerwerki, a pokaz był na tyle efektowny, że wiele mógł mówić o kosztach przyjęcia, które uświetniał – wszakże tylko pośrednio. Freischütz wrócił na dworzec z dwuznacznymi odczuciami. Wóz strażacki wciąż nie dając znaku życia parkował po przeciwnej stronie, u wlotu na plac.

Nie minęło więcej niż kilka dni, gdy historia powtórzyła się i znowu coś skłoniło najpierw parę osób, a potem kilka kolejnych, i tak dalej, by zacząć – tym razem z większą może ostrożnością i nieśmiałością – zajmowanie miejsc w wagonach; teraz odbyło się to jednak w znacznie gorszej atmosferze, nie bez awantur i przepychanek w poszukiwaniu najwygodniejszego miejsca, w pew­nym momencie zaś wyłoniła się grupka Konduktorów, którzy zaczęli czuwać nad porządkiem i sankcjonować uprawnienia. Traf chciał, że wszystko to byli młodzi lub nieco mniej młodzi męż­czy­źni o zdecydowanej postawie; tak zwane silne charaktery, paru z nich było bystrych, paru bardzo przystojnych, paru bardzo mocno zbudowanych i wysokich; niektórzy łączyli wszystkie cztery cechy – lecz wtedy jednak żadnej w stopniu superlatywnym (tych było wszakże najmniej i wcale nie byli najważniejszymi z nich); inni mieli trzy lub dwie z nich, ale wówczas nierzadko jedna lub wręcz dwie w stopniu bardzo wysokim. Tacy to byli ci konduktorzy, a stało się to dość szybko, jak przejęli władzę; błyskawicznie. Bowiem co do pozostałych, zauważył Freischütz, to większość po prostu przyjęła to z obojętnością, niejako bez sprzeciwu, niepostrzeżenie przechodząc nad tym do porządku (zwłaszcza teraz to powiedzenie nabierało dodatkowego znaczenia) – jakby przyjmując za oczywistość, że młodzieńcy owi działają słusznie i we wspólnym interesie. Mniejszość próbowała zadawać pytania lub awanturować się. Konduktorom – czy też tym, którzy się nimi stali, starając się, trzeba im przyznać, zrobić to w sposób możliwie naturalny i bezbolesny, bez zbędnych dyskusji czy przepychanek (co mogło zresztą usprawiedliwiać bierność znaczącej reszty) – stawiło opór paru co krzykliwszych wymoczków i kilka kobiet, raczej brzydkich bądź grubych; tamci tonem ostro-łagodnym niczym doskonale znany im wszystkim sos, jaki dodawano do wszystkich prawie codziennych potraw, biało-czerwony w cętki, próbowali tłumaczyć, że to dla ich dobra, że to pożyteczne i lepsze, niż gdyby miało dojść do bratobójczych walk o miejsce i przestrzeń; już oni – jako mężczyźni bystrzy i dobrze się do tego zadania nadający – zajmą się porządkiem, a może to ich wszystkich zbliżyć do upragnionego celu, czyli realnej restytucji kolei i transportu. Ale wtedy słusznie zauważył ktoś z wątpiącego tłumu, który otaczał Konduktorów (wyraźnie mieli już sytuację pod kontrolą, a jeśli próbowali jeszcze przekonywać ludzi, to świadczyło o ich dobrej woli), że sami konduktorzy kolei nie ożywią, że potrzeba maszynisty, by choćby zacząć myśleć o odjeździe pociągów, i co oni na to? Wtedy jeden z nich – ów silny i inteligentny zarazem – wskazał na Freischütza – oto on, oto nasz maszynista, a kiedy wszystkie oczy zwróciły się na Freischütza, podbiegł do niego i objął mocno ramieniem jego plecy. Miał rękę ciężką i silną, głos donośny, bystre spojrzenie. Przedstawiam wam, powiedział, naszego maszynistę. To on właśnie. A na ucho wyszeptał Freischützowi: będziesz maszynistą albo zginiesz.

Konduktorzy będą od tej pory strzec sprawiedliwości i prawa

Ta zaradna i szybka odpowiedź Konduktora na mocną, zdawałoby się, obiekcję, zrobiła na pasa­że­rach duże wrażenie. A więc Konduktorzy byli przygotowani, działali z premedytacją. Część z tych, co już ustawili się w kolejce, żeby wygłosić własne zdanie, postanowiła teraz zamilknąć, pyskujący i podskakujący poczuli się jakby gorzej, spuszczając nosy na kwintę, a trzeba też przyznać, że nie zapowiadali się oni na lepszych pretendentów do sprawowania funkcji konduktorskich niż ci, którzy właśnie je przejęli, wykazując się refleksem i śmiałością, toteż w końcu większość po prostu wzruszyła na wszystko ramionami, jakby milcząco godząc się, że Konduktorzy będą od tej pory strzec sprawiedliwości i prawa. Freischütz jednakże się wahał i wcale nie chciał być maszynistą, ale wtedy – właśnie gdy błąkał się pośród największej rozterki – podeszła do niego pewna kobieta, nie­zbyt wysoka i niepozorna, a może wręcz niezauważalna, gdyby nie jej wąsy. Wąsaczka wspięła się na palce i powiedziała mu na ucho – tak, znowu ktoś coś mówił Freischützowi na ucho – że musi to zrobić, że musi podjąć to wyzwanie i przejąć na własną rękę kontrolę nad Konduktorami. To zgraja pierwszych lepszych łotrów, powinieneś nad nimi zapanować, powiedziała Wąsaczka, i uratować nas wszystkich. Freischütz jednak zauważył na to, że po drugiej stronie placu wciąż stoi wóz stra­ża­cki; trzeba być ostrożnym, powiedział, nie ma sensu się narażać bez pełnego rozpoznania wszyst­kich czynników. Wąsaczka żachnęła się. Nie bądź tchórzem. Musisz przejąć władzę nad Kon­duk­torami, inaczej oni będą mieli władzę nad tobą. Nie masz wyboru, powiedziała i stanęła z powrotem na piętach, będę wracać do ciebie, pamiętaj, że możesz na mnie liczyć, powiedziała, a następnie odeszła szybkim krokiem.

3. Freischütz daleki był już teraz od nastroju, w jakim tu przybył w roli chłodnego i neutralnego obserwatora – nic zresztą z tego nie wynikło, więc trzeba było przejrzeć wreszcie na oczy i przeorientować cały projekt. A przejęcie władzy przez Konduktorów przyjął z silnym wewnę­trznym oporem. Co prawda, nie sprzeciwił się czynnie. Niemniej miał swoje zdanie na ten temat i czuł gniew. Tak, był wściekły – czy to dlatego, że ktoś uzurpował sobie nad nim władzę, przejmu­jąc bez jego zgody jego uprawnienia, czy dlatego, że go ubiegli gorsi od niego… Owszem, po niewczasie doszedł Freischütz do wniosku, że sam o wiele lepiej nadałby się do władzy nad resztą, że wiedziałby, jak sprawować ją sprawiedliwie i bezstronnie. Tymczasem nowi Konduktorzy nie wydawali mu się bardzo zatroskani o kwestię dobra ogółu; już raczej wyglądali na spryciarzy, którzy chcą przede wszystkim zapewnić sobie przywileje. Nie zgadzał się na to i uznał w końcu, że powinien zrobić co w jego mocy, by się temu sprzeciwić. Oczywiście nie poświęcając życia. Los dał mu zresztą do rąk środek: został maszynistą, sami konduktorzy uczynili go maszynistą, a więc wystarczy, że wykorzysta to przeciwko nim. O, nie bez pewnej lekkomyślności uczynili go ci konduktorzy maszynistą. Może jeszcze pożałują tego, łajdacy.

Tak, poczuł się teraz mężniej i w pełni sił, by ich przechytrzyć, wstąpiła w niego wiara we własną moc, łaskotała go duma, unosiło zdecydowanie. To dziwne, ale postanowił przejść do czynu, wal­czyć o swoje. Konduktorów nie było znowu tak dużo. A przede wszystkim, nie byli oni zbyt inteli­gentni. Owszem, paru z nich było bystrzejszych, ale i paru kompletnych głupców też wśród nich się znalazło, toteż średnio nie odbiegali pod tym względem od reszty. Tu Freischütz czuł nad nimi prze­wagę; od dziecka radził sobie sprytem i przebiegłością, dzięki nim zawsze prędzej czy później potrafił postawić na swoim, czyż nie było tak? Tak, o tak, trzeba wreszcie upomnieć się czynnie o swoje, wejść do gry, a nie być biernym widzem własnego losu; trzeba pokazać kły.

Co prawda okazało się, że takich, którzy w przebłysku l’esprit d’escalier pomyśleli podobnie jak on, było jeszcze kilku, co komplikowało kwestię na wstępie – już od pierwszego kroku walczyć na dwa fronty, niełatwa to rzecz. A jak się to okazało? Otóż Freischütz wyszedł na chwilę na plac przed dworcem i tam znienacka, gdy w samotności i zadumie palił papierosa, został zaatakowany. Ktoś po prostu podszedł od tyłu. Po prostu. Jakiś facet. Zakapior. Walnął Freischütza w kark bez zapowiedzi. Freischütz aż zachwiał się, zrobił parę niepewnych kroków i w ostatniej chwili uniknął kolejnego ciosu. Napastnik miał śniadą twarz żbika, gęste włosy i przekrwione oczy; był niewysoki, lecz krępy i ciężki, w ustach trzymał krótkiego skręta. Freischütz wykorzystał chwilę jego dezorien­tacji po tym, jak cios minął celu. Nie miał wiele do stracenia, toteż włożył wszystkie siły i z całą precyzją, maksymalnie skoncentrowany, kopnął zbira w kostkę, dwukrotnie. Zakapior zawył z bólu; Freischütz uciekł. Gdy potem zastanawiał się, co mogło być przyczyną ataku, doszedł do wniosku, że chodziło o konkurencję do władzy; w jakimś sensie to on był teraz symbolem uzurpacji Kon­duk­torów i jako taki był bardziej niż którykolwiek z nich narażony na cios.

Już niebawem wszakże Konduktorzy wzięli się do roboty i by pokazać, że coś potrafią, postanowili urządzić dansing z wyszynkiem w jednym z wagonów restauracyjnych; na ogół inicjatywa ta zjed­ny­wała im głosy, bo ludzie na dworcu byli już znużeni monotonią swego oczekiwania, żądni jakiej­kol­wiek rozrywki, kultury. Trudno więc było krytykować politykę Konduktorów, którzy zresztą wyłonili już spośród siebie menedżera klubu, selekcjonera, szefa kuchni i kierownika artysty­cz­nego, pozostałe stanowiska powierzając innym, wskazanym przez siebie z dużym znawstwem oso­bom. Robotnicy szybko zabrali się do aranżacji wnętrz przybytku, zaś oni zajęli się zapleczem gas­tro­nomiczno-logistycznym. I trudno się było temu sprzeciwiać. Freischütz też nie miał zresztą nic przeciwko klubowi, ba, był nawet jego zwolennikiem, mimo nieufności wobec Konduktorów, przy­klasnął temu pomysłowi, uważając skądinąd, że ludziom zabawa jest niezbędna; sam miał na nią ochotę, toteż jeszcze tej nocy pił sprowadzoną naprędce przez właścicieli lokalu horyłkę i tańczył – na otwarciu klubokawiarni „Pociąg”, jak ją nazwali. Ktoś przy tym powiedział, że Konduktorzy zaczęli spełniać obietnice, że udało im się zrewitalizować kolej, a paru co bardziej rozochoconych, choć nie wszyscy, to podchwyciło; Freischütz już chciał skomentować to i zacząć choćby wstępną agitację, ale machnął ręką, nikt nie wyglądał na chętnego do krytyki, to nie był jeszcze ten moment, tym bardziej, że większość była na gazie. Zamiast tego wdał się więc w pogawędkę z pewną dziewczyną o dużych, rozbieganych i pogardliwych oczach; choć nie uciekała, a nawet zgodziła się tańczyć z nim, nie chciała zdradzić, jak ma na imię, a potem, gdy już Freischütz zdążył pomyśleć, że jest jego, po prostu oddaliła się – niby to na chwilę – i nie wróciła. Nigdy więcej jej nie spotkał.

4. Następnego dnia z rana obudził go przedwcześnie zamęt na peronach. Odkryto, że zerwane zo­stały plomby z drzwi do maszynowozów. Na miejscu zdarzenia była już większość Konduktorów. Większość z nich wyglądało na chorych i znużonych, mrużyli oczy w ostrym słońcu upału, popijali wodę z buteleczek, które upychali po kieszeniach, ich ruchy były spowolnione. Lecz paru dawało sobie radę bardzo dobrze. Albo nie wypili za dużo poprzedniego wieczora, albo mieli wyjątkowo mocną kondycję, tak czy owak, trzeźwo stali na nogach i starali się dokładnie ocenić znaczenie faktów oraz wypracować taktykę, jaką w konsekwencji należy zastosować. Tak, w chwilach takich jak ta, pomyślał Freischütz, ci, co zawsze się pilnują, zgarniają swoją premię od losu. Całe życie może czekali na ten moment, odmawiali sobie od ust, utrzymywali abstynencję, by w czas decyzji być przytomnymi. Freischütz, sam niezbyt wypoczęty po nocy, osłabiony, musiał przyznać, że im­po­nowali chłodem i stanowczością – kiedy on zmagał się z uczuciem bezsiły, wyobcowania, z nas­tro­jem melancholii, to prawda bowiem, że w kacu nie ból głowy jest najgorszy, nie cielesne zmo­żenie, lecz niemoc i ból duszy, która, zatruta, zwija się w kłębek smutku, kontempluje go, zapada się weń, pozbawiona wszelkiej pewności siebie, znudzona sobą. W takim stanie Freischütz całkiem biernie odnotował, że jeden z Konduktorów po paru chwilach wspólnej deliberacji, którą prze­pro­wa­dzili na osobności w wagonie restauracyjnym, ogłosił z platformy wszystkim zebranym na miejscu, że pojawili się wrogowie, że są oni na razie jeszcze niezidentyfikowani i że należy zaostrzyć środki bezpieczeństwa na terenie całego dworca, w poczekalniach, na peronach i w pociągach.

Jego słowa przyjęto nie tylko z aprobatą, ale i z zadowoleniem, a wręcz ulgą i wdzięcznością; większość zebranych zdawała się pochwalać przemówienie; rozległy się brawa.

Ty, zawołał wówczas Freischütza Główny Konduktor, choć tu do nas, musimy pomówić. Czy nie ty jesteś maszynistą? Czy nie ty więc odpowiadasz za bezpieczeństwo maszynowozów? Takie to py­ta­nia padły, gdy Freischütz znalazł się w przedziale wraz z resztą najbardziej nieskacowanych Kon­duk­torów. I zanim zdążył nadziwić się, że tak stawiają sprawę – choć wcześniej nie było przecież mowy o tym, żeby miał pilnować maszynowozów, nie należy to przecież do standardowego zakresu obowiązków maszynisty – któryś z nich, najniższy, choć wszyscy byli raczej wysocy, dał mu w pysk. Freischütz poczuł silny ból twarzy, lecz nie omieszkał nadstawić wówczas – aby jakoś zane­go­wać doznane upokorzenie – drugiego policzka. Nadstawił go wręcz ostentacyjnie, a wtedy znów trafił go cios, rach-ciach i dostał dwa razy, obustronnie, już bez kolejnego nadstawienia. Piekło tak mocno, że łzy napłynęły mu do oczu. No już, nie płacz, powiedział któryś z Konduktorów, a reszta śmiała się z beksy w nagłym przypływie dobrego humoru. Potem dostał jeszcze dwa razy. Jakby bardziej już od niechcenia, dla zabawy, a nie z potrzeby, w zasadzie były to raczej pogardliwe klepnięcia niż ciosy. Zadano je niejako mimochodem, pośród śmichów-chichów, poszturchiwanek, w chwili krótkiego rozluźnienia, tak przecież potrzebnego tym, którzy skądinąd w ciągłym napięciu muszą czuwać, czy wszystko idzie właściwym torem, przytłoczeni ciężarem odpowiedzialności, o jakiej przeciętni ludzie nie mają najmniejszego pojęcia. Hałas zwabił pozostałych Konduktorów, tych bardziej skacowanych, którzy nie chcieli stracić żadnej ekscytującej okazji do wyżycia się w swojej roli – wszak wciąż jeszcze dla nich nowej i nieoswojonej – zatem także od nich Frei­schützowi dostało się parę dodatkowych kuksańców i szturchnięć, bo paru z nich pomyślało, że mal­tretując Freischütza zmyją z siebie przynajmniej część wstydu, jakiego się najedli w swym mizernym stanie, i dowiedzą innym kolegom, że nie są aż tak bezużyteczni.

Był gotów uderzać natychmiast, gdyby uznał, że atmosfera do tego dojrzała

Tymczasem ci najsprawniejsi w zarządzaniu przeszli już od reprymendy dla niefrasobliwego maszy­nisty do ważniejszej kwestii, jaką był werbunek nowych pod-konduktorów spośród okupu­ją­cych dworzec. Potrzeba było kilkudziesięciu mężczyzn do całodziennych patroli peronowych. Ta milicja obywatelska miała zapobiec wszelkim dalszym stratom w mieniu kolejowym i czuwać nad bezpieczeństwem pasażerów. W hali głównej ustawiono biurko z komputerem, do którego szybko sformowała się hałaśliwa i nerwowa kolejka kandydatów. Freischütz dostrzegł w niej z niedo­wie­rza­niem, i to prawie na samym jej początku, zakapiora, który onegdaj go napadł. Wyglądało na to, że człowiek ten postanowił jednak oddać się w służbę prawa. Tak to przynajmniej wyglądało w opty­mistycznej interpretacji. Co prawda Freischütz skłaniał się do pesymistycznej i nie mógł po­zbyć się pewnego niepokoju, postanowił więc interweniować u Konduktorów, powiadamiając jed­nego z nich, którego nie znał zbyt dobrze (a przecież należało już od dawna poznać się przynaj­mniej z niektórymi z nich), ale którego na pierwszy rzut oka dobrze ocenił jako kogoś kompeten­tne­go, że zakapior to osoba niegodna zaufania i raczej nieodpowiedzialna, skłonna do aktów agresji. Poin­formowany o tym Konduktor – mężczyzna o bardzo przystojnej twarzy – uśmiechnął się chy­trze i poklepał informatora konfidencjonalnie, dziękując, tak, dziękując, była to bowiem istotna dla nich wiadomość, rzekł, i zostanie wzięta pod uwagę. Pokrzepiony tym małym taktycznym suk­ce­sem, który uznał za początek serii, Freischütz odszedł wolnym krokiem, by zorientować się w nastrojach na dworcu. Był gotów uderzać natychmiast, gdyby uznał, że atmosfera do tego dojrzała.

Opowiadanie ukazało się pierwotnie w „Twórczości” nr 4/2013

Jednak ludzie snujący się, stojący lub leżący tu i ówdzie w poczekalniach, w halach, choć wciąż czekali, choć nie przestali na pewno wierzyć w kolej i mieć nadzieję na odjazd, nie, cierpliwie oczekiwali oddając się rozmowom, grom w karty lub domino, spożywaniu wspólnie posiłków, albo w milczeniu patrząc w nieokreśloną dal, tworząc inskrypcje na drewnianych ławkach, karmiąc niemowlęta, dusząc złapane w potrzask wróble, wybuchając jazgotliwym śmiechem – zdawali mu się przecież teraz całkiem nieprzeniknieni i nieokreśleni, równanie z samym niewiadomymi… Czegóż mogli chcieć, jakie mogli mieć przekonania, jak rozumieli ostatnie wydarzenia, jak widzieli swoją rolę, to wszystko nagle wydało się Freischützowi zupełnie nieodgadnione i poczuł przepaść między nimi a sobą, zrozumiał nagle, że nic go z nimi nie łączy, że nie wie, co miałby im po­wie­dzieć – i sam nie wiedział, czy martwi go to, czy cieszy, tak jak nie wiedział, kim oni są, czego chcą i co to w ogóle znaczy, że miałby być niby jednym z nich. Stali tam w grupkach lub pojedynczo, ubrani rozmaicie, acz przeważnie źle, ich spojrzenia były puste, a jeśli nie puste, to pełne obcości i własnych, hermetycznych perspektyw, których z nim nie podzielali. I każdy myślał nawet nie „tyl­ko o sobie”, ale gorzej: o czymkolwiek, o byle czym. O czymś, można się było domyślać, lepkim, bezkształtnym, miazgowatym, nieokreślonym, niejakim. To była przypadkowa zbieranina! Żadni pasażerowie, tylko ludzie bez właściwości, bez określonych celów, z niskimi aspiracjami i krótko­wzro­cznymi pojęciami. Błąkali się tu jak we mgle, byli słabi i amorficzni, niesamowicie dużo wśród nich było garbatych, brzydkich i chorych, a i najbardziej inteligentni z nich mieli w sobie jeszcze coś byle jakiego. Niektórzy nie umieli nawet chodzić, tylko człapali. Niektórzy nie umieli stać na dwóch nogach, tylko sterczeli. Nie, nie miał z nimi wiele wspólnego. Gdzie się podziali ci wszyscy piękni dumni ludzie, którzy, pamiętał, byli na dworcu na samym początku? (Ach, no tak, ci piękni stali się Konduktorami!) I jak miał szukać teraz wśród nich sojuszników? Ogarnęła go rozpacz i prawie zapłakał nad sobą, nad sobą wśród nich, nad nimi.

Rozglądał się też, czy nie znajdzie kogoś znajomego, wąsaczki, dziewczyny z dansingu lub choćby kogoś ze znajomych z czasów „przed dworcem” (choć to już było tak dawno temu), lecz nie znalazł nikogo, ani znajomego, ani nieznajomego, z którym chciałby się zaznajomić. Poczuł się do cna znużony i zniechęcony. Jak to się stało i kiedy, że ci ludzie tak bardzo spodleli, zbrzydli? Za sprawą jakich to tajemniczych procesów narosło tyle nikczemności? Tyle niespodziewanego zaduchu i przytłoczenia? Nawarstwiło się tyle szumowiny, zakumulowało wścieklizny? Co to sprawiło? Czyżby sam czas? Czyżby z czasem wszystko musiało schodzić na psy?

 

Koniec części pierwszej   [Część II/II]

DATA PUBLIKACJI: 6 września 2016
OSTATNIA AKTUALIZACJA: 9 września 2016
Tagi:
opowiadanie