burningtrain

Stacja końcowa (2)

Ludzie byli zrezygnowani i bierni, udawali, że ich nie ma: matki wołały za niesfornymi dzieciakami naraz zaaferowane, gdzież się to podziały pociechy, ojcowie robili ponure i zamyślone miny, które maskowały tylko ich brak woli i słabość, młodzież pogardliwie wydymała usta, jak to robią ci, którym totalnie zwisa. Patrzyli na Freischütza podejrzliwie, nieufnie lub ze zdziwieniem, zwykle z wyrazem bezgranicznej głupoty.

   [5 tys. słów]

Część II/II  [Część I/II]

 

Opuścił dworzec i wybrał się do miasta, które jednak okazało się senne i wyludnione, była bowiem niedziela, o czym donosiło bicie dzwonów w kościołach. Panował skwar. Ulice, place, zaułki nie cieszyły się wielkim powodzeniem wśród mieszkańców, zresztą zdawały się dość zanieczyszczone. Widziało się pojedynczych przechodniów, którzy szybkim krokiem zmierzali do swojego celu. Było trochę włóczęgów okupujących zacienione miejsca w arkadach czy pod drzewami na skwe­rach; ktoś wyprowadzał psa. Wiele jednak innych czworonogów było bezpańskich i należało w związku z tym zachować ostrożność, toteż na wszelki wypadek Freischütz zaopatrzył się w kamień. Na szczęście pełno ich dokoła leżało na chodnikach i na trawie.

Miasto, a przynajmniej ta dzielnica zdawała się należeć do nich i czuli się z tym królewsko, piękni jak egzekucja bez sądu, jak zapach cyjanku, jak ropiejąca rana.

I dopiero z kamieniem w garści zapuścił się w bardziej ciasne ulice Malizny, jak nazywała się dziel­nica przylegająca do dworca od północnego wschodu, tak, od północnego wschodu, najokrut­niejszego z kierunków świata. Wzdłuż ulic stały tu stare i biedne kamienice czynszowe, niejedno okno było stłuczone, na balkonach piętrzyły się graty, tynk odpadał od ścian, słońce tonęło w cuch­nących czarnych kałużach pośród rozłażącego się bruku, latarnie stały tak, jakby oddawały mocz. W nocy czuć by tu było kolczastą woń nożowników wałęsających się między spelunkami. Już od dłuższego czasu nie spotkał na swej drodze człowieka, lecz nagle, gdy mijał wąski przesmyk mię­dzy budynkami, potrąciła go wybiegająca zeń przerażona kobieta o szmatławym wyglądzie i roz­wianych rudych włosach, gęstych, lecz mocno splątanych, skołtunionych i zmierzwionych, wrze­sz­cząc w niebogłosy niezrozumiałe słowa – słowa? – bełkocząc coś, porykując i gnając na bosaka przed siebie, uciekając przed czymś nieznanym, przejęła Freischütza zgrozą ta postać. A w chwilę po­tem z tego samego zaułka wyjechało na skuterze dwóch zbirów, śmiejąc się głośno najbardziej złowieszczym i krwiopijczym rechotem, jaki kiedykolwiek usłyszał. Błyskając szyderczo zębami zatrzymali się przy Freischützu i przyjrzeli mu ze świeżą myśliwską ciekawością w oczach, z których wciąż jeszcze promieniowała głęboka rozkosz po tym, jak skrzywdzili dziewczynę, przyłożywszy jej do krocza maczetę. Szacowali go, czy jest łakomym kąskiem. Przyglądali mu się tak przez moment, lecz po chwili na ich twarzach wykwitła pogarda i śmiejąc się ruszyli skuterem ostro dalej – jeden tylko na odjezdnym smagnął Freischütza po tyłku maczetą, jej tępą stroną – i krzycząc „kęsim, kęsim!”, pognali w szlak dalszego gwałtu. Miasto, a przynajmniej dzielnica zdawała się należeć do nich i czuli się z tym królewsko, piękni jak egzekucja bez sądu, jak zapach cyjanku, jak ropiejąca rana. Dopiero teraz Freischütz odetchnął z ulgą i postanowił wracać na dworzec, tylko że chwilowo stracił orientację i poszedł intuicyjnie w kolejną uliczkę, jeszcze węż­szą, licząc, że będzie to droga na skrót. Było tu bardziej gnilne powietrze, cieniste i amoniakowe, wiele okien w kamienicach zamurowano wielkimi betonowymi pustakami, skądś dobiegał nie­uchron­ny w takich miejscach płacz niemowlęcia, parskały i prychały koty, piszczały, jakby ktoś je poddawał torturom, niewidoczne.

Nagle ktoś krzyknął z góry: hej, ty! Freischütz uniósł wzrok mocno zadzierając głowę i mrużąc oczy. Na jednym ze zrujnowanych balkonów bez balustrady stały dwie dziewczyny ubrane z niedbałą miejską elegancją. Trzymały się jedynego fragmentu oparcia, jaki wystawał ze ściany, i robiąc całkiem niebezpieczne pozy machały najwyraźniej do niego, fiufiu, gwizdnęła któraś. Halo! Halo, dżentelmenie! Nie bój się! Czy możemy cię o coś zapytać? He-ej! Freischütz był tym wszystkim zdziwiony. A kim wy jesteście i czego ode mnie chcecie, zapytał dziewczęta na balkonie. Rozumiał rzecz jasna, że chcą zaoferować mu jakieś swoje usługi, ale nie rozumiał, jak mogą podejrzewać, że stać go na nie; był już od tak dawna bez grosza, że wydawało mu się to niewiarygodne. Nie za bardzo odgadywał ich intencje, co to w ogóle wszystko miało znaczyć. Czyżby były aż tak zdesperowane, te dziewczyny, żeby jego zaczepiać, i to z balkonu? I czy nie powinien raczej brać nóg za pas?

-A umiesz ty tańczyć? – zapytała wówczas jedna, blondynka. Heeej! Poczekaj, śliczny chłopcze!… – dodała druga, też blondynka.

-Umiem – odrzekł Freischütz, na co dziewczyny bardzo się ucieszyły i jeszcze bardziej oży­wiły. – To wchodź zaraz na górę – zawołały i zachęcały rękoma, dopiero teraz w tych wymownych ges­tach ukazując, jak ponętnymi cieszą się kształtami ich skąpo, ze względu na panujący upał, ubrane ciała.

Freischütz wiedział doskonale, że odkąd wybuchł kryzys, wielu mężczyzn pojechało za pracą do mniej lub bardziej odległych regionów, znacznie bogatszych niż wszystkie regiony w kraju, tak bo­gat­ych, że zbierając tam truskawki mogli zarobić więcej niż tutaj robiąc rzeczy znacznie bardziej wyrafinowane, toteż bardzo wielu wyjeżdżało, zostawiając na miejscu swe żony i narzeczone, które w ten sposób skazane były na samotność, tęsknotę. Zapewne w tym wypadku miał do czynienia właśnie z czymś takim, bowiem gdy dotarł na górę, okazało się, że dziewczyn jest więcej, było ich łącznie chyba z siedem, nie wiedział nawet z początku dokładnie ile, bo od razu zaczęły się z nim przekomarzać w kilkupokojowym mieszkaniu. Gdy jedna się pojawiała, inna znikała i na odwrót, najwyraźniej chciały go kompletnie otumanić, zmylić. Och, jak trudne to było dla niego, dostawał prawie zawrotów głowy, ale zdał sobie szybko sprawę, że te ze środka były całkiem zaskoczone jego zjawieniem się, jakby nieświadome, iż ich dwie najbezczelniejsze, być może, a może najbardziej rezolutne koleżanki prowadzą z balkonu coś w rodzaju castingu. Całkiem się go nie spodziewały lub miały zupełnie oderwane od rzeczywistości pojęcia na jego temat; i tak jedna, najwyższa z nich, lecz nie bardzo wysoka, aczkolwiek rosła i mówiąca tubalnym głosem, klasnęła na jego widok w dłonie, ach, to ten tancerz, to ten tancerz z baletu królewskiego! Nareszcie przy­szedł, długo oczekiwany… Czy ty wstydu nie masz, że tak długo kazałeś na siebie czekać tak stęsknionym, tak niecierpliwym damom?! – zwróciła się doń z pretensją, biorąc się przy tym pod boki. Naprawdę, co za impertynencja!

-Ależ dołożyłem wszelkich starań, by przybyć jak najszybciej, ale ze względu na kryzys na kolei trochę rzeczywiście się spóźniłem – zablefował wobec tego Freischütz. – Ale daję słowo honoru, że zrobiłem wszystko, co mogłem, abyście czekały na mnie jak najkrócej. Jednak dworzec został zamknięty, a to była okoliczność, na którą nie miałem żadnego wpływu. Olala! – zakrzyknęła na to dziewczyna i podchodząc tanecznym krokiem naraz oparła się o Freischütza i przegięła plecami do tyłu przez jego ramię, tak że gdyby nie objął jej w ostatniej chwili ręką, byłaby padła na ziemię; natychmiast potem przechyliła się znów do przodu i wparła piersią w jego pierś, co przeszyło go dreszczem. Ach, wreszcie tancerz, prawdziwy tancerz, westchnęła i przytuliła się do niego mocno, a następnie odskoczyła z wdziękiem. – Tancerz, oczywiście, potwierdził szarmancko Freischütz, przytrzymując ją za wyciągniętą rękę i przyciągając z powrotem do siebie tak, żeby wykonała półobrót. Hej, dziewczęta, chodźcie tu wszystkie, przyszedł wreszcie prawdziwy tancerz! – krzyk­nę­ła, gdy tylko to się stało, a wtedy dość szybko do pokoju zeszło się może nawet i dziesięć dziew­czyn, które zaczęły mu się przyglądać, jedne z nieufnością, inne z sympatią, jeszcze inne nie wia­domo z czym, a wśród nich pojawiły się też wreszcie balkonowe prowodyrki, lecz miały obojętne miny niewiniątek. Dziewczyny z początku milczały, lecz szybko zaczęły komentować taniec Frei­schütza, przeważnie zresztą przychylnie, bo choć Freischütz tańczył bardzo, bardzo rzadko, prawie nigdy, to jednak radził sobie teraz nadspodziewanie dobrze. Podejrzewał, że to jego partnerka miała duży talent i umiejętności, bo w jakimś sensie wystarczyło mu tylko dopasować się do jej ruchów, naturalnie na nie reagując, aby tańczyć, po prostu tańczyć, i to bez muzyki, choć kilka dziewcząt klaskało im do rytmu, nieustannie go zresztą zmieniając. Niezły jest! – posłyszał kilkakrotnie szept i coraz więcej kobiecych twarzy rozjaśniało się, co z kolei uskrzydlało go tak, że wywijał hołubce, o których nawet mu się nie śniło. To była zupełnie samoistna, nieoczekiwana i radosna impro­wi­zacja jego ciała, które wpadło w jakiś trans, Freischütz nie poznawał wręcz siebie, nie wierzył w to, co jego ciało teraz wyczyniało, czasem łącząc się w niesamowite figury z ciałem dziewczyny, cza­sem zaś odłączając od niego, lecz cały czas pozostając z nim w intensywnej komunikacji, wręcz w jedności. Teraz klaskały im już do rytmu wszystkie, wykonując przy tym osobliwe zaśpiewy i melo­recytacje, pomrukując i wokalizując. Freischütz był w samym epicentrum elastyczności i ekstazy, unosił się w nim falując, wykonywał piruety, botafogi i enchufle… Cóż za natchnienie na­pę­dzało go. Wkrótce i pozostałe dziewczyny dołączyły i wszyscy tańczyli, wszyscy! Wspaniale, wspaniale, zrobiło się bardzo radośnie i miło, ta i owa przybiła z nim piątkę, dziewczyny były zachwycone, a Freischütz wciąż tańczył, tańczył, tańczył, wręcz nie mógł przestać, tak świetnie mu szło: i salsa, i samba, i rock and roll.

Był im potrzebny co najmniej jeden tancerz

-Mamy zespół taneczny, wytłumaczyły mu po chwili dziewczyny, gdy zrobili sobie przerwę na wytchnienie, ale nasi jedyni dwaj tancerze pojechali dokądś ostatnim pociągiem i słuch wszelki po nich zaginął. Już od dwóch miesięcy nie dają znaku życia. Tymczasem one muszą przecież tańczyć dalej, nawet gdy ich nie ma. Tylko że trudno im było się przestawić na formację wyłącznie żeńską. Mimo wszystko obecność faceta daje dodatkowe możliwości i jest ciekawiej, o ile oczywiście facet nie próbuje rządzić i niczego narzucać, musi być w zespole demokracja. Tak więc rozesłały szeptane ogłoszenia, że poszukują mężczyzn do zespołu, lecz rzadko kiedy ktoś się zgłosił, a jak się zgłosił, to nie był wcale dobry, a jak był dobry, to nie wydawał się być w porządku. A Freischütz był pierwszym dobrym i wydającym się w porządku. Czy to Wąsata go do nich przysłała, ta słynna impresario, zwana też Buldogiem? Freischütz nie zaprzeczył.

Bardzo to było przyjemne, być wśród tych dziewczyn i czuć ich sympatię, ich ciepło, ich spocone po tańcu ciała, śmiać się z nimi, przechwytywać ich zachęcające spojrzenia. Trenowały akurat no­wy program. Był im potrzebny co najmniej jeden tancerz, by go w pełni zrealizować. Były znako­mi­cie zgranym zespołem, a udział tancerza można było tak dopasować do całości, by poradził sobie ktoś o nawet przeciętnej technice. Z nim, Freischützem, mogłyby właściwie pokusić się o coś zna­cz­nie bardziej ambitnego, ale na razie wersja minimalna wystarczy, bo na pojutrze i tak nie zdążą wypracować większych modyfikacji, a tymczasem mają świetne zamówienie: zakontraktowano ich półgodzinny występ podczas imienin prezydenta. Odbędą się one w jednej z ogromnych podmiej­skich posiadłości, podobno należącej do najbogatszego obywatela kraju, a po występie mogą zostać i bawić się na imprezie w towarzystwie vipów, gdyby miały na to chęć, lub jeśli nie, mogą udać się do pokojów gościnnych na terenie posiadłości i tam przenocować do rana, kiedy to zabierze je z powrotem do domu specjalnie podstawiony autobus (zważywszy, że kompanie transportowe od tygodnia zawiesiły wszystkie kursy ze względu na ich nieopłacalność, był to miły gest, prawdziwy fawor). Dziewczyny były niesamowicie podekscytowane tym wydarzeniem i naprawdę zaczął je już ogarniać strach, że bez choćby jednego faceta w grupie program trzeba będzie okroić i nie pokażą na vipowskim party wszystkiego, co potrafią, a potrafią naprawdę dużo i chciałyby naprawdę dać z siebie wszystko na takiej imprezie, a nie być tylko cheerliderkami. Bo niestety tak to już jest na tym świecie, że formacje ściśle żeńskie są traktowane mniej poważnie. Tak więc Freischütz spadł im po prostu z nieba, dziewczyny były zakręcone, wniebowzięte, aż czerwieniły się z radości, że w ostat­niej chwili ktoś jednak się pojawił, kto mógłby doskonale i szybko zżyć się z zespołem. Przybijały piątki, były naprawdę pełne energii, szczęścia i niczym niezmąconej pogody ducha.

Cały wieczór tańczyli więc i ćwiczyli dalej, choć gdy się znów poderwali do pracy, Freischütz nie potrafił już wznieść się na takie wyżyny, jak wcześniej. Teraz tańczył przyzwoicie, ale już nie w euforycznym natchnieniu. Na szczęście rozumiał się z dziewczynami i wciąż czuł się z nimi doskonale, a one nie krytykowały nadmiernie paru jego błędów; nawet gdy raz wykopyrtnął się, straciwszy równowagę, wraz z partnerką, przyjęły to z serdecznym rozbawieniem. Próba trwała bardzo długo, aż Freischütz poczuł się zmęczony, wręcz wyczerpany (to prawda, że ostatnio jego forma pozostawiała do życzenia), acz i dziewczyny dyszały ciężko po długim i ofiarnym treningu.

W końcu jednak po tak przyjemnych, choć męczących godzinach przyszedł czas na odpoczynek. Dziewczyny rozłożyły materace i poduszki na ziemi i położyły się lub usadowiły po turecku, a Freischütz między nimi. Któraś skręciła blunta i puściła w obieg, zaczęły się rozmowy i żarty, klimat przesączony słodkim dymem zrobił się błogo kołyszący, powoli wieczór przemieniał się w noc, dziewczyny mówiły do niego, każda jakby chciała właśnie jemu coś powiedzieć, nawet gdy mówiła ogólnie, a tymczasem Freischütz pozapominał wszystkich ich imion, po kolei przedstawiały mu się wcześniej w tańcu, w miarę, jak jedną po drugiej obejmował, ale teraz wszystkie imiona mu się pomieszały i czuł się z tym głupio, więc milczał, pozwalając im mówić, przyglądając się im z zachwytem. Powoli jednak dziewczyny zasypiały na swoich legowiskach, niektóre przytulone delikatnie do siebie, inne same; ta i owa zaczęła nawet pochrapywać i w końcu usnęły wszystkie i tylko on pozostał na jawie. Przyglądał im się przez jakiś czas, uśpione wyglądały jak tajemnicze znaki bez znaczenia, szyfry. Ich twarze przestały wyrażać cokolwiek poza jakąś słodką nieokreślo­no­ścią życia. Uspokojony, lecz jakby i dotknięty doznaniem pustki, Freischütz położył się na wolnym materacu na wznak i patrząc w sufit postanowił zasnąć. Trudno jednak było wykonać to postanowienie i to mimo że był bardzo zmęczony i senny. Tak, był bardzo zmęczony i senny, ale mimo to postanowienia o zaśnięciu wykonać nie mógł, przeszkadzał mu strasznie ten cienki i cudzy materac. Nie lubił, okropnie wręcz nie lubił spać na cudzych materacach, toteż wiercił się i prze­wracał z boku na bok, nie mogąc zasnąć. A im bardziej nie mógł, tym bardziej zarazem głośno chrapały dziewczyny, teraz już wszystkie, w chórze wielu rytmów i form, od świstu, westchnienia po charkotanie, co łącznie przypominało pod względem akustycznym staw z rechoczącymi w nocy żabami, a Freischütz w samym środku tego chrapiącego chóru przewracał się z boku na bok, próbując nie zwracać na to uwagi, ale im bardziej nie chciał zwracać uwagi na ten koszmarny staw pełen ropuch, ryczących ropuch, tym bardziej nie mógł uwolnić się od maksymalnej koncentracji uwagi na tym koszmarnym, upiornym bajorze, pełnym ropuch, i oczywiście tym bardziej nie był w stanie wykonać nieustannie zresztą ponawianego postanowienia o natychmiastowym zaśnięciu, albowiem im bardziej postanawiał zasnąć, tym bardziej nie mógł zasnąć w ogóle, i tym bardziej ropuchy się sierdziły. I tylko wiercił się z boku na bok, coraz częściej przewracając się w samym środku tego makabrycznego bagna, z boku na bok, z boku na bok, podczas gdy chrapanie dziew­czyn eskalowało z minuty na minutę: świszczały, charczały, pierdziały, wzdychały, pfarfotały z minuty na minutę coraz głośniej i głośniej, aż w końcu, prawie już nad ranem, prawie na skraju załamania nerwowego, o szarej godzinie Freischütz powstał z legowiska i lawirując wśród uśpio­nych chrapiących tancerek na palcach podreptał do wyjścia i delikatnie odemknąwszy drzwi czmychnął od nich z prawdziwą ulgą. I tak był już zresztą na niego najwyższy czas.

5. Kiedy wrócił wczesnym rankiem na dworzec, dowiedział się, że w nocy odjechał jeden z pociągów i w związku z tym Konduktorzy zarządzili ewakuację wszystkich pozostałych składów. A ściśle, przymusową ewakuację podyktowaną troską o ogólne bezpieczeństwo pasażerów. Albowiem pociąg najwyraźniej odjechał wraz z tymi, którzy zajęli w nim miejsca, i nie było po nich ani widu, ani słychu, kontakt się urwał, telefony komórkowe nie odpowiadały, abonent czasowo niedostępny, brzmiał nieodmiennie komunikat sieciowy, co dla niejednego było niepokojące, zwłaszcza, gdy okazało się, że parę osób, o niczym niewiedzących, z pociągu, który odjechał, pozostało na miejscu. – Odjazd był niezapowiedziany i zaskakujący dla wszystkich, ci, którzy nie pojechali, chociaż mieli w nim zajęte miejsca, sami nie wiedzieli, czy cieszyć się, czy martwić. Ci z nich, których bliscy odjechali nagle w siną dal, musieli mieć bardzo mieszane uczucia, bo choć niby stało się to, na co wszyscy czekali, to jednak było to przede wszystkim denerwujące, ten niezapowiedziany nocny odjazd jednego z pociągów. Także Konduktorzy byli tą sprawą zdziwieni (znikło zresztą wraz z pociągiem trzech spośród nich, w tym jeden należący do głównych rozgrywających, osobnik zarazem bardzo przystojny, inteligentny i mocno zbudowany) i nie wiedzieli nawet, co o tym myśleć, zniknięcie pociągu było zupełnie nieodgadnione. Choć Freischütz bał się, że znów spadnie na niego reprymenda z powodu tej historii – i był już w zasadzie na nią przygotowany – to jednak tym bardziej może niepokojące było właśnie to, że Konduktorzy ani myśleli robić z niego kozła ofiarnego, byli chyba zbyt sami zdezorientowani. W każdym razie na wszelki wypadek kazali się wszystkim wynieść z pociągów i nakazali pod-konduktorom nadzorować ewakuację, szeptem dodając, by „zastosowali wszelkie niezbędne środki”.

Większość pasażerów niechętnie opuszczała wagony. Wszyscy już zdążyli się całkiem dobrze umo­ścić i rozgościć w nich. Dało się więc słyszeć pomruki niezadowolenia. Ktoś półgłosem dopytywał, na jak długo ta ewakuacja, ale Konduktorzy mieli bardzo stanowcze miny, tak samo pod-konduk­torzy z kijkami w dłoniach, zgrupowani w tyraliery na peronach. Chcąc nie chcąc wszyscy pasaże­ro­wie musieli opuścić swoje miejsca, bez żadnych gwarancji w sprawie planowanego powrotu – ewakuowano wagony „do odwołania.” Opornie przeszli do już nieco zapomnianych sal dworco­wych i poczekalni, które wydały się teraz większości bardzo niewygodne. Ogólny szum był więc wysoki, hałaśliwy, ktoś czasem krzyknął jakieś przekleństwo, ktoś czasem charchnął i splunął, czuło się niezadowolenie i oddolne wrzenie. Gwar był nadzwyczajny.

Tu tkwiło zarzewie buntu i Freischütz postanowił zacząć działać, pomny doświadczenia, które pod­po­wiadało, że pasażerowie, cokolwiek by o nich sądzić, już dwukrotnie zajmowali pociągi i że to jest dobra przesłanka, żeby zrobili to po raz trzeci. Tyle tylko, że tym razem to ich pospolite ruszenie do wagonów będzie musiał ktoś konkretnie zainicjować, i to będzie właśnie on, Freischütz, który tym samym musi po prostu wykorzystać szansę na przejęcie władzy, na rebelię. Tak, oto wła­ś­nie moment się nadarzył, a on musiał tylko inteligentnie zeń skorzystać, na tym właśnie polega przecież tajemnica każdego większego ludzkiego osiągnięcia, czyż nie? Będzie przy tym powo­ły­wać się na niedemokratyczne powstanie władzy Konduktorów i wskazywać na konieczność oddol­nej samoorganizacji w celu odzyskania politycznej podmiotowości rzeszy na dworcu. Bo jego in­ten­cje były czyste, chciał zrobić coś dobrego dla wszystkich tam – może za wyjątkiem Konduk­to­rów, lecz ci byli przecie ciemiężycielami reszty, większości, którą chciał Freischütz wyswobodzić.

Ten i ów położył uszy po sobie, niejeden miał pół­otwar­te usta i słuchał tylko na poły

Ale ta była niemrawa. Kiedy im tłumaczył, ich oswobodziciel, na czym polega sprawa, w hali głównej dworca, nieopodal dawnych kas biletowych, tam, gdzie dostrzegł największe zagęszczenie ludzi o jako takich twarzach (twarzach, które od biedy można było uznać za obiecujące), o w miarę myślących spojrzeniach, jak można było obstawiać, patrząc na nich pobieżnie, coś oni jednak byli niezbyt skorzy do czynnego oporu, ta rzesza dworcowa jakoś była marudna i bezwolna, jakoś tak słuchając go kiwali się, oklapli, skapcaniali. Ten i ów położył uszy po sobie, niejeden miał pół­otwar­te usta i słuchał tylko na poły zwrócony w stronę rozgadanego Freischütza, rzucając okiem w bok; ktoś podniósł ręce do góry, jakby mówił, nam tylko spokoju trzeba, proszę pana. Ten czy tamten ziewnął, jeśli nie przysnął wręcz na stojąco, opuszczając śmiesznie bezwładną nagle głowę na bark i budząc się od tego w równie śmieszny, kukiełkowy sposób. Tyle to z tych niby obiecu­jących twarzy pozostało, gdy Freischütz zaczął agitować i podburzać. Ludzie byli zrezygnowani i bierni, udawali, że ich nie ma, matki wołały za niesfornymi dzieciakami naraz zaaferowane, gdzież się to podziały pociechy, ojcowie robili ponure i zamyślone miny, które maskowały tylko ich brak woli i słabość, młodzież pogardliwie wydymała usta, jak to robią ci, którym totalnie zwisa. Twarde argu­men­ty tak samo mało obchodziły ich jak to, co Freischütz pokazywał im w ich nędznym położeniu; w ogóle nie przekonywała ich perspektywa, że może być lepiej, gdy pozbędą się Konduktorów. Patrzyli na Freischütza podejrzliwie, nieufnie lub ze zdziwieniem, zwykle z wyrazem bezgranicznej głupoty. Freischütz dwoił się i troił, ale niebawem wśród ludzi gruchnęła plotka, że wszystkich z zaginionego pociągu właśnie odnaleziono kilometr od stacji, w niewielkim opuszczonym chlewie leżały na kupie ich porąbane ciała, często bez głowy. Wiadomość poruszyła ludzi niebywale, część natychmiast wyruszyła wzdłuż torów, by sprawdzić rzecz osobiście, inni, sparaliżowani strachem i osłupiali, zostali na miejscu, niekiedy dyskutując w grupkach, często jednak w samotności przeży­wając szok i grozę, nierzadko modląc się z rękoma wzniesionymi do nieba, klęcząc i lamentując lub nawet czołgając się po ziemi. Rozległy się płacze, piski i krzyki, dzieci zrobiły niebotyczny wrzask, nastał chaos, w którym nikt już go nie słuchał – szanse na wzniecenie buntu zupełnie się rozwiały i Freischütz, machnąwszy ręką, postanowił taktycznie wycofać się w bezpieczniejsze miejsce. Lecz wówczas to nieoczekiwanie został aresztowany.

To był trzyosobowy patrol pod-konduktorów w cywilu, dowódcą był, ku zdumieniu i przerażeniu Freischütza, nie kto inny jak zakapior, który obwieścił z sadystycznym uśmiechem powitania, że Freischütz zostaje zatrzymany pod zarzutem szerzenia niepokoju społecznego w sytuacji szczegól­ne­go zagrożenia bezpieczeństwa, i założył mu kajdanki. Skąd nagle wzięły się kajdanki, pomyślał Freischütz i spojrzał na niebo, bezchmurne i błękitne tego letniego popołudnia, a potem zakapior i jego pomagierzy poprowadzili go do wagonu Konduktorów. Oto ten człowiek, powiedział zakapior, gdy stanęli przed obliczem Konduktora, jednego z tych, których Freischütz znał, a właściwie, jak to się mówi, kojarzył ledwo ledwo, bo, no właśnie, choć już od dawna powinien był zawrzeć z Kon­duk­torami bliższą znajomość, zaprzyjaźnić się z tymi, co rozdawali teraz karty, to zaniedbał sprawę wa­łęsając się po dworcu, obserwując rzeczy i wydarzenia, lecz nie wchodząc na razie w komu­ni­kację. Tak jakby tylko łudził się wcześniej, że jest reporterem, bo tak naprawdę nie nadawał się do tego fachu w ogóle, powinien raczej ograniczyć się do redagowania tekstów, ewentualnie tłumaczeń czy opracowań, bo do trudnej, wymagającej pracy reportera potrzebne są zdolności illokucyjne i interpersonalne, których najwyraźniej Freischützowi zabrakło, podobnie jak pewności siebie i tu­pe­tu. Nie, nie zawarł znajomości z tym, z kim trzeba było, a teraz mogło już być za późno, żeby za­przy­jaźniać się z Konduktorami. Konduktor przyjrzał się przez chwilę Freischützowi. Znamy tego powsinogę, orzekł pryncypialnie. To szkodnik. Zamknąć go w odosobnieniu, zanim pomyślimy, co dalej.

Wagon więzienny wprawił Freischütza w zdumienie. Nawet nie wiedział dotąd, że na dworcu jest i taki wśród wielu innych. (Nie wiedział również o tym, że na mocy tajnego polecenia władz jeszcze sprzed dwóch lat koleje miały obowiązek do każdego składu doczepiać wagon dla potrzeb służb bezpieczeństwa – i zapewne nienajlepiej ta jego niewiedza świadczyła o nim jako reporterze.) Był to właściwie posterunek na szynach z celami dla aresztantów, który, jak się zorientował, zagospo­da­ro­wali dla swoich potrzeb podkonduktorzy. Zajmował połowę długości wagonu. Stały w nim dwa biurka i dwa komputery na nich, na ekranach obu Freischütz dostrzegł kątem oka czerwone ostrzeżenia o upływie terminu ważności programów antywirusowych, ale nie usadowiono go przy żadnym, aby go przesłuchać, tylko od razu poprowadzono do celi, co poczytał za oznakę ich amatorszczyzny, nie wiedząc, czy jest to dlań raczej groźne czy właśnie pocieszające. Jeśli zaś chodzi o celę, to był to jakby zwykły przedział z sześcioma kuszetkami i zakratowanym, jak we wszystkich zresztą wagonach pasażerskich, oknem. I tylko zamiast zwykłych szklanych drzwi były tam kraty od sufitu do podłogi. W przeciwieństwie jednak do zwykłego zajęcia miejsca w przedziale z kuszetkami, Freischütz nie dostał koca ani poduszki. Nie przeszkodziło mu to jednak prawie od razu zasnąć, tak był wyczerpany po poprzedniej bezsennej nocy.

Śniło mu się, że przyszedł w końcu ranek po tej koszmarnej nocy i obudził się wreszcie. Bo w istocie jednak zasnął, a właściwie te kłopoty z zaśnięciem, podobnie jak koncert chrapiących dziewczyn, były tylko snem, snem o niemożności spania, ale jednak spał, a teraz obudził się. Dziewczyny z zespołu tanecznego były już na nogach. Jedne myły się lub robiły makijaż, inne zaczynały już rozgrzewkę, było wesoło, gwarno, przez wielkie okna wpadały promienie słońca, zapowiadał się kolejny piękny dzień, a z kuchni dobiegał zapach porannej herbaty oraz miły brzęk sztućców i talerzy. Któraś z dziewczyn podśpiewywała pod nosem, inne rozmawiały. Dawno nie obudził się w tak dobrym nastroju, pomyślał, że jednak Pan Bóg zesłał mu z nieba te dziewczyny, cóż to była za cudowna odmiana losu po tym, jak utkwił na dworcu, czekając nie wiadomo na co, próbując sklecić reportaż z niczego. Jako jeden z grupy tanecznej czuł się o wiele lepiej, bezpiecz­niej, niż tam na peronach. A poza tym dostał się do zespołu tylko dlatego, że się nadawał, że miał talent czy przynajmniej jakiś jego zalążek, dziewczyny przyjęły go nie z litości, ale ponieważ stanowił ważny element całości, wzbogacał ją. Ta myśl bardzo go podbudowała, nawet jeśli wciąż trochę dziwne i obce wydawało mu się, że to taniec okazał się dla niego polem do popisu. Nigdy nie myślał o karierze tancerza, no cóż, niezbadane są wyroki, lecz mimo wszystko to dziwne. Przyglądał się dziewczynom, które kręciły się wokół zaabsorbowane porannymi sprawami, lecz mimo trywialności tego, co robiły, potrafiły jako tancerki, a może więcej, jako bardzo uzdolnione, przejęte artystycznym duchem istoty, robić to tak, by nadać temu jakiegoś dodatkowego acz wcale nie wtórnego blasku, wdzięku, który uszlachetniał to, co zwykłe, uświęcając i celebrując wszelkie życie – to, jak któraś smarowała łydki kremem, lub to, jak inna czytała na głos artykuł z poradnika o dobrych manierach… – Czy on, Freischütz, wiedział, jak żyć takim duchem wdzięku i wdzięcz­ności (te słowa, zauważył teraz, nie przypadkiem mają wspólne korzenie), czy umiał być taki jak one, nadawać życiu najgłębszy, a więc i najbardziej ulotny powab, istnieć tak, jakby samo to istnienie było czystą rozkoszą, jakby niczego więcej mu nie było trzeba?

Oczywiście, prócz tego, że przyłączył się do tak wspaniałych artystek i mógł zostać jednym z nich, cieszyło go również, bardziej przyziemnie, i to, że najbliższe perspektywy wydawały się roztaczać teraz przed nim w konkretniejszych kształtach. Jego rzeczywistość stała się nieco mniej nieprzewidywalna: jeśli wszystko pójdzie dobrze, to ich zespół powinien zrobić całkiem przyzwoitą ka­­rierę. Nawet jeśli nie zostaną najbardziej znaną formacją taneczną w kraju, to przy takim po­ten­cjale na pewno dostaną się przynajmniej do szeroko rozumianej pierwszej ligi tańca – tu Freischütz mógł zresztą jedynie spekulować, bo zanim bardziej doświadczone dziewczyny wtajemniczą go w kulisy tanecznego biznesu, był skazany na domysły, niemniej podpowiadały mu one, że jest na to ogromna szansa. Już sam fakt, że zespół został zaproszony do występu podczas tak prestiżowego eventu jak imieniny prezydenta, świadczył niezbicie o tym, że szlak wielkiej kariery leżał przed nimi otworem. Tym bardziej, że w ostatnim roku zaczęły nadawać dwie nowe telewizje komer­cyj­no-rozrywkowe, którym dzięki rezygnacji z nierentownych programów informacyjnych udało się znaleźć przepis na pokonanie kryzysu medialnego. Popyt na taniec będzie więc raczej rósł, niż ma­lał, a grupa, która będzie się mogła pochwalić występami u prezydenta, zyska dodatkowe punkty. Freischütz był więc coraz lepszej myśli, a gdy ktoś zabił gongiem na śniadanie, zerwał się na równe nogi i ucałował dwie najbliżej stojące z dziewczyn. Odpowiedziały mu z nielimitowaną serdecz­nością i czułością obejmując go, tuląc, tuląc w swym cieple – ach, jak dobrze mu teraz było, gdy czuł, jak ich serca wspólnie biją.

6. Obudził go swąd gryzący w nos. Zerwał się na nogi i wyjrzał przez zakratowane okno. Dworzec płonął, blask pożaru był tak silny, że nie wiadomo było, czy to noc, czy dzień. Gmach stał w ogniu, który zaczynał już obejmować zadaszenia nad peronami, wyglądało to groźnie, ale nie było jeszcze za późno na ocalenie, zaczął więc krzyczeć o pomoc – tylko że nikt nie odpowiadał na jego wołania. Najwyraźniej wszyscy zdążyli uciec wcześniej, a o nim zapomniano! Ta myśl przejęła go zimnem. Freischütz zatrząsł się. Ręce, zwłaszcza ręce mu się trzęsły, prawie naraz przestały być jego rękoma, a stały się jakimiś przyczepionymi doń drgającymi kijami. Zapomniano o nim!

Drzwi były oczywiście zamknięte, nie, nikt nie wpadł na pomysł, żeby mu otworzyć drzwi przedziału-celi. Freischütz wydzierał się w niebogłosy, lecz nikt, znowu nikt, nikt nie słyszał go przez ścianę ognia. A gdzie byli strażacy?!

Właśnie, przecież wóz strażacki stał tuż za rogiem, nieopodal stacji – dlaczego strażacy nie gasili pożaru? A może gasili, ale nie dawali z nim sobie rady? Czy to możliwe, że będąc tak blisko, przybyli, kiedy już było za późno? Ależ to absurd, czyż nie po to właśnie stali tam i czuwali prawie od samego początku, żeby nie pozwolić ogniowi wymknąć się spod kontroli? Dlaczego zatem nie ratowali go? Dlaczego wszystko to wyglądało tak, jakby dworzec centralny miał do szczętu spłonąć, wraz z nim, Freischützem, jako jedyną ofiarą? Najwyraźniej wszyscy inni zdążyli uciec, był tu sam wśród płomieni – i nie starano się go wyratować; owszem, wszystko tak wyglądało, jakby dworzec był opuszczony, od dawna już opuszczony i w ruinie, która teraz zajęła się ogniem, zaś on był jedynym mieszkańcem tej ruiny, dlaczego tak to właśnie teraz się wydaje?…

A po jeszcze jednej chwili – w trakcie której płomienie zbliżały się nieubłaganie do pociągów na peronach, aby je zająć – Freischütz zrozumiał, jaką naiwnością było sądzić, że strażacy czekali tam na wypadek pożaru, by nieść pomoc i czuwać. Tak, w oszalałym świecie, w którym władza zam­knę­ła bez wyraźnych racji dworzec, straż pożarna nie musiała istnieć wyłącznie po to, by gasić pożary, ale także i po to, by je wzniecać, kiedy to będzie konieczne; tak to właśnie było, wszystko stanęło do góry nogami w tym świecie… Bo że dworzec został podpalony, to było oczywiste. W trak­cie, gdy spał w celi, ewakuowano wszystkich pasażerów, a następnie podpalono dworzec. Inaczej być nie mogło.

Wówczas Freischütz uprzytomnił sobie, że to właśnie jest jego koniec.

Zaczął szybciej i szybciej oddychać. Powietrze przesiąknięte dymem gryzło go w gardło. Dysząc pomyślał jeszcze, że to żałosny koniec. Pomyślał też, że to właśnie odpowiedź na pytanie, które sobie czasem kiedyś zadawał: jak umrę?

I uświadomił sobie, że ten głupi, żałosny i makabryczny koniec to była właśnie śmierć, na jaką sobie zasłużył, śmierć, w której retrospektywnym ujęciu całe jego życie, większość głównych w nim zdarzeń, układało się w kronikę zapowiedzianej klęski, czyż nie?

Tak, w kronikę zapowiedzianej klęski, klęski na własne życzenie, przez własną niefrasobliwość, klęski, w którą wpada się tak, jak mały chłopczyk wpada biegiem między łażące w trawie stado gołębi i napawa się tym, jak wzbijając się chmarami w popłochu czczą i wynoszą pod niebiosa jego siłę, władzę nad nimi, moc, która zachwyconemu chłopczykowi wydaje się niebotyczna i jego własna, iście królewska i niewyczerpana tak, że biegnie i biegnie kołując, wymachując rękoma, pokrzykując w ekstazie, póki nie wywróci się na drobnym wyboju, obracając całą swą triumfalną błogość w ból i zgrzytanie zębów – tak to właśnie było z nim; jak z tym chłopcem.

Przypomniał sobie, jak to kiedyś ktoś, kogo porzucił, powiedział mu: „Życzę ci, aby ktoś pokochał cię choćby w połowie tak, jak ja!”. A on płakał nad sobą, nad nimi obojgiem, ale też myślał: to za mało, to za mało!

A raz zdarzyło się znowu tak – przypomniał sobie wtedy również – że wystarczyłoby było, aby poprosił kogoś o przysługę, kogoś życzliwego mu, ażeby dokonał istotnego awansu, dzięki któremu nigdy nie znalazłby się był na dworcu. Lecz Freischütz nie poprosił, zabrakło mu śmiałości, a może był zbyt dumny, to zresztą na jedno wychodzi, zrezygnował z bardzo łatwej okazji, aby nie zniżyć się do proszenia kogoś wyżej stojącego i aby nie zawdzięczać nikomu więcej, niż zawdzięczał sa­me­mu sobie; żałował potem i gryzł się, lecz mimo wszystko myślał też: to za mało, za mało!

Za mało? Może jednak był zbyt zachłanny, przestrzelił, tak to wyglądało, ten przedwczesny koniec świadczył o tym, że szybko wykorzystał kredyt życia, szybko wyczerpał pulę darmowych minut, a potem koszty bardzo szybko rosły, bo umowa, której oczywiście nie przeczytał za wczasu, przewi­dy­wała dość wysokie opłaty za „nadlimitowe godziny”; żył rozrzutnie, niefrasobliwie, zapewne ponad swój przydział i ponad bilans taryfowy, zadzierał nosa, nie oszczędzał sobie niczego, ani roz­ko­szy, ani cierpienia, pozostał niezależny i musiał umrzeć przedwcześnie, aby stało się zadość eumenidom, których polityka nie zna litości.

Freischütz pamiętał to przecież doskonale, co bardziej spostrzegawczy Konduktorzy patrzyli na niego z zainteresowaniem, a nawet dość zachęcająco, czasem całkiem zachęcająco, a czasem wręcz bardzo zachęcająco, by nie rzec: nachalnie

A do tego teraz, całkiem już ostatnio, gdy znalazł się na dworcu, który, jak się okazało, miał być jego stacją końcową, być może decydującą próbą, po której przejściu czekało nań, kto wie, czy nie długie i szczęśliwe życie, gdyby tylko udało mu się jakoś z tej matni wydostać, teraz najlepiej było widać, że od początku z niej wydostać się nie miał, nie zrobił ani jednego właściwego kroku, żadnego dobrego posunięcia, aby zabezpieczyć się i w decydującej chwili przetrwać. Nie, nie zrobił niczego, co powinien był zrobić, teraz to było widać jak na dłoni, jakże rozpaczliwie wyraźnie teraz to było widać, że zachowywał się od początku jak idiota, po co w ogóle tu przyszedł, na ten przeklęty dworzec, czego tu szukał, a potem, skoro już tu był i widział, że do niczego dobrego to nie prowadzi, po co trwonił tu czas, jakby utkwił i nie mógł się ruszyć z niewidzialnego potrzasku, z wirtualnych wnyków, co go tak spętało, tak sparaliżowało? Ach, co za absurd! Czyżby to, że chciał koniecznie udowodnić, że jest, jednak jest reporterem, i to dobrym, znakomitym reporterem, a potem, gdy projekt reportażu jakoś się rozlazł po kościach, wpadł na ten idiotyczny pomysł, by spiskować przeciw Konduktorom i uparł się przy tym wbrew wymowie wszelkich okoliczności? I zamiast zrobić jedną jedyną rozsądną rzecz, jaką i bez tego planu należało było zrobić, czyli zawrzeć bliższą znajomość z Konduktorami, a przynajmniej niektórymi z nich, którzy przecież nie zawsze patrzyli nań z pogardą, wręcz przeciwnie, przecież sami uczynili go maszy­ni­stą, a co bystrzejsi z nich, Freischütz pamiętał to przecież doskonale, co bardziej spostrzegawczy Konduktorzy patrzyli na niego z zainteresowaniem, a nawet dość zachęcająco, czasem całkiem zachęcająco, a czasem wręcz bardzo zachęcająco, by nie rzec: nachalnie, pamiętał to doskonale, że tak właśnie spoglądali nań co bardziej interesujący z Konduktorów, zwykle ci bardziej inteligentni, czasem ci bardziej przystojni, najrzadziej ci barczyści, i były to chwile, w których, wiadomo, najłat­wiej byłoby mu było zawrzeć z nimi znajomość, zacząć jakby niezobowiązująco grę, rozmowę, rozwinąć ją dalej, nawiązać stosunki, jakby nigdy nic, zacieśnić je, wejść do jakiegoś kręgu to­wa­rzys­kiego itd., tylko że zawsze w takich chwilach albo akurat czuł się dziwnie zmęczony i bez ener­gii, albo akurat spieszył się do innych spraw (jakich?!), albo nawet już zaczynał się zastanawiać, czy nie jest to dogodna chwila do nawiązania stosunków z którymś z Konduktorów, zbliżenia się do ich kręgu itd., lecz wówczas ów naraz odwracał wzrok lub coś po prostu w tym zachęcającym geś­cie wygasało i już było nagle za późno, zdecydowanie za późno – zamiast więc zrobić to, zaprze­pa­ścił wszystkie szanse, by zabezpieczyć swój byt dworcowy i w chwili decydującej nie zostać zu­pełnie opuszczonym, rzuconym na pożarcie jak właśnie teraz, odrzucił wszystkie podsunięte mu okazje do urządzenia się lepiej. Wolał, jak zwykle – to było jego Zawsze Powracające – na własną rękę szukać tylko swojej szansy, bez oglądania się na nikogo, na żadne stosunki, układy, nie, gdyż to nie było w jego stylu, on kurwa musiał wszystko zdobywać samodzielnie i samowystarczalnie, pod własnym niebem i pod własną szczęśliwą gwiazdą, wszystko zawdzięczać tylko sobie; gdyż on nie chciał być wcale Konduktorem ani nawet jednym z bliskich kręgu Konduktorów, nie! On chciał być tylko sobą! Hahaha! Tyle, że nie zrozumiał, głuptas, że albo zostanie jednym z Konduktorów lub przynajmniej kimś zbliżonym do ich kręgu, albo zginie, bowiem kto jest tylko sobą, ten jest nikim.

Tak, w tej ostatniej chwili przed spłonięciem Freischütz zrozumiał wreszcie, dokonując szybkiego obrachunku ze swoim curriculum vitae, że był jednak ofiarą losu, że jego Fortuna była pomniejsza, może nie zupełnie malutka, lecz niewielka, tak to właśnie trzeba było osądzić w ostatecznej instancji; nie był nikim szczególnie przez nią hołubionym. I nawet te kilka małych zwycięstw, drobnych sukcesów, jakie jakoś tam osiągnął, złożyło się na tę jego nieporadną historię nie-szczególności, dowodząc chytrego uporu przeznaczenia, zwłaszcza tych sukcesów osiągniętych za młodu, kiedy to sukcesy są tak naturalne i oczywiste przecież, wpisane w rozwój, tak, były one rzucone mu tylko na zachętę i dla zmylenia, i dla podbicia jego aspiracji i stawek, żeby tym większym uczynić rozcza­ro­wanie, żeby tym sprawniej uwikłać go w pajęczynę stopniowych klęsk i powolnych degradacji na skutek kolejnych błędów i niewykorzystanych szans. Owszem, zdarzyło się czasem, nie raz, nie dwa, że miał wszy­st­ko, czego akurat zapragnął, każda jego zachcianka zostawała spełniona. Zdarzało się też, że dzięki naturalnym talentom i chęciom zdobywał zasłużone laury. I to była zmyłka, przynęta, którą połknął i dał się wciągnąć w pułapkę. Musiał pogodzić się z tym, że dano mu te wszystkie „nagrody za zasługi”, tylko na zachętę, żeby tym bardziej go upokorzyć, tym bardziej wyśmiać jego mały nikczemny byt, właś­ciwie bytek czy może zbytek, tym bardziej się nim zabawić, tak, bogowie bawili się nim niczym koty półmartwą myszą, której nie uśmiercają zbyt wcześnie, by dłużej delektować się smakiem własnego okrucieństwa.

Opowiadanie ukazało się pierwotnie w „Twórczości” nr 4/2013

Takie to myśli przeleciały mu przez głowę, lecz oto nagle na peronie pojawiła się Wąsaczka. Freischütz poderwał się w radości, a więc ratunek, jednak, jednak, w ostatniej chwili ratunek! Zawołał, lecz niepotrzebnie, bo widziała go, mimo że powietrze zasnuwał już dość gęsty czarny dym, dostrzegła go i już szła w jego stronę szybkim krokiem, och, cóż za nagły przełom, ocalenie… Wypada chyba wręcz odwołać to wszystko, nie, nie jest pechowcem, Freischütz znów odetchnął i poczuł się lepiej, poczuł się królewsko.

-Hej! – zawołał z radością ocalonego.

-Hej – powiedziała Wąsaczka przystając przy nim; w ręku trzymała siatkę na motyle.

-Mogłabyś mi pomóc? Wiem, że to duża przysługa, ale zostawili mnie samego zamkniętego w wagonie… Zapomnieli o mnie, wyobraź sobie! Gdyby nie ty, to bym tutaj spłonął.

-Naprawdę jesteś zamknięty w wagonie, ale dlaczego? – zdziwiła się Wąsaczka.

-Później ci opowiem. A teraz może pomóż mi jakoś!

-Nie.

-Co? Jak to nie? – struchlał znowu Freischütz.

-Nie pomogę ci.

-Dlaczego?

-Nie mam klucza. I nie chce mi się go szukać, bo nie będziesz mi już więcej potrzebny. Nie spisałeś się. Żegnaj.

-Nie, nie wierzę.

-Uwierzysz, jak zobaczysz. Odchodzę – powiedziała i zaczęła oddalać się.

-Kim ty jesteś, Wąsaczko?

i to będzie w tym Wszystkim właśnie najfajniejsze, że zniknę zupełnie

Wąsaczka nie odpowiedziała na to pytanie i wkrótce potem znikła w dymie, a tymczasem ogień zaczynał pochłaniać już pierwsze pociągi i teraz coraz szybciej się zbliżał, swąd był coraz gęstszy, Freischützowi zaczęło się robić słabo, a potem poczuł palenie w przełyku, gardle, a potem zaczęła go strasznie boleć klatka piersiowa, czyli – zrozumiał teraz – nie umrze w płomieniach, tylko przez uduszenie. Ból szybko stał się tak ogromny, że większy niż całe jego ciało, które uginało się pod jego niesamowitym, rosnącym, eksplodującym ciężarem. Tak, była to okropnie bolesna śmierć, zapewne na taką właśnie zasłużył, przynajmniej szybka, ten nieznośny ból już niedługo przeminie wraz ze Wszystkim, ustępując, no właśnie, czemu, już za chwilę będzie to jasne, a może właśnie wcale nie, wciąż to pozostaje niewiadomą; tak, ale ginąc w ten koszmarny i absurdalny sposób nie umiera się przecież wcale bardziej niż umierając w jakikolwiek inny, więc w końcu może nie ma co narzekać, w sumie ból już ustępuje, już najgorsze minęło, za chwilę Wszystko już będzie z głowy, a pocieszające jest jeszcze i to, że potem znikniesz bez śladu, nie odnajdą cię w zgliszczach, zostanie tylko popiół i to będzie w tym Wszystkim właśnie najfajniejsze, że zniknę zupełnie, absolutnie, nie zostawiając żadnego śladu swojej bytności ani w pamięci, ani w grobie, tak jak by mnie nigdy w ogóle nie było, prześliznę się przez tę krótką chwilę między dwiema nicościami w ogóle nie rozpoznany i nie zarejestrowany, jak doskonały włamywacz czy kieszonkowiec.

Koniec

 

DATA PUBLIKACJI: 9 września 2016
OSTATNIA AKTUALIZACJA: 10 listopada 2016