mona-lisa-imbecile

Po wszystkim. Uwagi o końcu sztuki

Niezależnie od wielkiej narracji o współczesności, całkiem poza nią, mamy swoją mikronarrację o dziś, mamy swoje małe teraz, którego spe­cy­fiką jest i to, że od ni­cze­go nie jesteśmy od­cięci, wszystkie zasoby przeszłości są dane do dyspo­zy­cji i możemy ich używać, czasem nawet nie wiedząc o ich pochodzeniu

Robert Musil zauważył już jakieś sto lat temu, że odkąd tylko człowiek zdał sobie sprawę, iż historia unosi go w nieznane, każda „aktualna sytuacja” okazuje się zupełnie niebywała i unikalna, bezprecedensowa i ostateczna. Konstatacja ta odnosi się do całej historii nowo­cze­snej, również historii sztuki. Dlatego nie powinniśmy być bezkrytyczni wobec własnego his­to­rio­zo­fi­cznego krytycyzmu w stosunku do naszej aktualnej kondycji. Z zasady wydaje nam się ona czymś zupełnie nowym, nieznanym i skrajnym. I niestety mamy w tym rację. Wsza­kże pamiętajmy, że od co najmniej pięciuset lat człowiek stawia nieustannie czoła temu, co bez­precedensowe, wie­rząc niezmiennie i nieustannie, wobec naporu zmian i meta­mor­foz, je­dy­nie w to, że ponad wszy­stkimi nimi, ponad wszelkim przemijaniem i ginięciem, on sam za­w­sze zachowa zdol­ność do odnowy, wydobędzie się z każdego nieznanego wcześniej kłopotu, pokona wszelkie przeszkody.

Wiara w nowość nie jest niczym nowym, wręcz przeciwnie, ma już swoje lata, podobnie jak przekonanie, że żyje się za późno – a to jest druga z rzeczy, w którą wierzy każde niemal kolejne pokolenie, w każdej kolejnej chwili. Wieczna nowość i wieczne „za późno” to także dwa bieguny samopoczucia historycznego artysty nowoczesnego – przynajmniej od czasów dojrzałej nowoczesności, czyli romantyzmu – bo w erze poprzedzającej ją, klasycznej oraz wczesnej nowoczesności, poczucie, że przyszło się na scenę świata „za późno” nie wy­stę­po­wało – była to era radykalnego odrodzenia, w której poczucie „rozpoczynania” było pow­sze­ch­ne i proste, nieuwikłane w żadną jeszcze dialektykę i aporetykę historyczną. Jednak w tym akurat względzie samopoczucie duchowe człowieka wczesnej i klasycznej nowoczesności (renesansu i post-renesansowej kultury aż do oświecenia włącznie) jest dla nas – nader już dojrzałych, a nawet przejrzałych jego potomków, którzy zbyt wiele widzieli i doświadczyli, by podzielać jego optymizm – czymś niedostępnym, nie do powtórzenia.

zdążyliśmy zapomnieć o Baudrillardzie, jak również o świecie zadowolonego z siebie konsumpcyjnego Disneylandu

Otóż właśnie od czasu romantyzmu przekonanie, że to, co najważniejsze, już było, i że dziś można tylko nostalgicznie reinkarnować w bardziej pokutniczych wcieleniach niegdysiejszą chwałę, stało się komunałem o dużym wzięciu wśród szerokiej, oczytanej mieszczańskiej publiczności i do dzisiaj wśród tych, którzy jeszcze żyją wedle standardów wielkomiejskich o stosunkowo wyso­kim profilu edukacyjnym, stanowi ono jeden z biegunów świato­po­glą­do­wego odnie­sie­nia do rzeczywistości, nieuniknione i nieuchronne, zagrażające wielu twórczym umysłom, ale i znakomicie legitymizujące wielu naśladowców i epigonów, którymi zawsze łatwiej być niż odkrywcami czy prekursorami. To jasne zresztą, że zawsze jest za późno na to, co było: tęskniący za wspaniałościami dawnego życia – jakiegokolwiek zresztą, byle już minionego i nie­osiągalnego, począwszy od eksploratorów jakże przereklamowanych „czasów dzieciń­stwa”, skończywszy na naśladowcach Lawrence’a Sterna – nostalgicy z tego powodu często kończą jako wszelkiej maści banaliści, repetytywiści, postkursorzy. Nie da się nie zauważyć, że do tej kategorii należy dziś wielu twórców w każdej w zasadzie branży. Wszyscy jesteśmy w tym sensie post-romantyczni, czyli przekonani, że w „naszych czasach” nic nie może już być – także w sztuce – naprawdę autentyczne i proste.

Należy z powyższych racji być podejrzliwym również wobec przeczucia, iż żyjemy w szczególnych czasach, kiedy to nowość już tylko męczy, zaś „za późno” stało się bardziej dotkliwe, niż kiedykolwiek, i trudno powiedzieć, co jest tutaj mniejszym złem, zmęczenie nowością czy niewiara w nią. Dla potrzeb nazewniczych, dla uproszczenia i unikając większych kon­tro­wersji można założyć, że jest to sytuacja późnej nowoczesności, że wciąż mamy tu do czy­nienia z kontynuacją jej warunków opisywanych już przed dwudziestu, trzydziestu laty. Można by ją dla precyzji nazwać póź­ną późną (sic) nowoczesnością, bo tymczasem nawet pojęcie postmo­der­nizmu sta­­ło się już tro­chę demodé i jakby rzadziej się go używa – zdążyliśmy się tymczasem cał­kiem przyzwy­czaić nawet i do tego, że to, co nowe, nie jest już wcale w naszych czasach (i to od jakiegoś już czasu) nowsze od tego, co odeń starsze – wszystko się oddala i z tej dalekiej perspe­kty­­wy staje jedna­ko­wo „dawne”. Dy­na­mika tej przemiany jest zaś tak wielka, że produkuje ona świadomość, w któ­rej współczes­nych odmianach mieściłaby się opinia, że Pulp Fiction Quenti­na Tarantino – onegdaj sztan­da­rowy przypadek postmo­der­nizmu – to już dziś „stary”, klasyczny film, który stawia się na półce obok filmów Johna Hustona czy Felliniego.

Ta sytuacja wydaje nam się zresztą na tyle „od dawna” już aktualna, że przestajemy na to tak bardzo zwracać uwagę. Śledząc bieżące nowości, bardzo często zresztą wi­dzi­my, jak rzeczy najnowsze i uznawane za wciąż jakoś wska­zu­ją­ce kierunki, przo­du­­jące i ory­ginalne (w czasach, gdy skądinąd każdy głupi wie, że nie ma już ukierunkowań, nie ma awan­gardy i nie ma oryginalności, że są one czymś totalnie wzglę­d­nym), okazują się w sumie jakby „bardziej zachowawcze” duchem od tych, które powstały przed nimi i których są niejako kon­tynuacją (weźmy np. filmy Michaela Haneke – przy całym ich mistrzostwie, które każe nam myśleć z uznaniem o ich pierwszo­rzęd­nej randze wśród najno­w­szych reali­zacji, sprawiają one wrażenie „starszych”, bardziej konser­wa­ty­wnych niż nie­je­den film zro­bio­ny, dajmy na to, przez Bergmana) – zarówno dlatego, że for­malnie chcą być o wiele mniej wyuzdane, jak i dlatego, że z jakichś powodów niezdolne są do skonden­so­wa­nia po­rów­ny­wal­nego ładunku intensyw­no­ści wyrazu, przeżycia, wzniosłości.

Z tego samego powodu również prowokacyjna teza Jeana Baudrillarda sprzed dwudziestu lat – że sztuka się skończyła – jest już dla nas czymś starym i prawie wyblakłym – od tego czasu w sztuce zdążyło się wydarzyć kilka ciekawych rzeczy, a i my zdążyliśmy zapomnieć o Baudrillardzie, jak również o świecie zadowolonego z siebie konsumpcyjnego Disneylandu, o jakim pisał francuski prorok końca rze­czywistości. Bo tymczasem przecież rzeczywistość wróciła, a Disneyowska hiper­real­ność wycofała się na pozycje wyjściowe, wypluła czy zwróciła połkniętą przez siebie wcze­śniej rzeczywistość w postaci wpół strawionej – i tak rzeczywistość wróciła w postaci agonii kapitalistycznego społeczeństwa, jego fazy postkon­sump­cyjnej i post-symulakrycznej, w której oznaką dyna­mi­ki upadku jest to, że turbokonsum­pcja towarzyszy niedoborom konsumpcyjnym doty­ka­ją­cym połowę ludzkości i rosnącym – mimo jednoczesnego wzrostu produktywności. I ten wzrost to nie jest symulakr – tu symu­la­cja przestała mieć swoją moc zakrywania, zawoalowania. Nagłe odkrycie się, objawienie kapitalistycznego okrucieństwa (wyrażającego się w równaniu: wzrost produktywności = wzrost nierówności), sfalsyfikowało symulację, ustanawiając dyssymulatywny porządek uniwersalnej deziluzji (jedynymi, którzy mają jeszcze jakieś złudzenia co do dobroczynności kapitalizmu są milionerzy i miliarderzy, choć też już nie wszyscy) – sztuka masowa jako „przykrywka” realnego zniewolenia mas wyraźnie straciła siłę przekonywania i opiumiczną moc łagodzenia frustracji. Dlatego nawet kraj wiodący w sztuce ponowoczesnej symulacji doczekał się dziś powrotu realnego w postaci najbardziej z pozoru nieprawdopodobnej: mogłoby się wydawać, że Trump jest kolejnym symulakrem wyższego rzędu, ale nie dajcie się zwieść: on jest prawdziwy, najprawdziwszy, najszczerszy; w tym nie ma żadnego udawania. To Hillary Clinton jest reprezentantką starego porządku, to Clinton „nie istnieje” (mówiąc po baudrillardowsku) – i właśnie dlatego – jest, paradoksalnie, mniejszym złem. Podobnie szturmujący zasieki Europy uchodźcy nie są symulakrami, choć przybywają z regionów dawnych wojen symulacyjnych Zachodu. Re­alne powróciło w postaci tego, co zdawała się wykluczać już rzeczywistość masowego dobrobytu – zaostrzenia walki klas, która wraz z nadejściem kryzysu powróciła zza kulis na pier­wszy plan społecznego przedstawienia, przywdziewając zarazem nierzadko najbardziej absurdalne szaty z lamusa starego teatru ludzkich namiętności.

Częściej niż o konsumpcjonizmie mówi się dziś prze­to o kondycji klasowej, a może „podklasowej” prekariatu – o niepewności, niestabilności i lęku w warunkach kon­sumpcji i hipertroficznej hodowli sztucznie pompowanych pragnień. Postmoder­nizm polega najwy­raź­niej również na krótkotrwałości wszystkich samookreśleń, na ich wy­cho­­­dze­niu z użycia szybciej, niż same się spostrzegą – i na powracaniu idei z urlopu wcześ­niej­szym niż spodzie­wa­ne. Choć bowiem stan hiper­real­ności wydawał się zasłużoną emery­tu­rą real­nego, powrót materialnego świata i jego twardych problemów stał się faktem: wojna w zatoce w 1991 roku mogła być wojną, której, jak zauważył Baudrillard, naprawdę nie było, ale na pewno nie jest już taką wojną ta w Syrii czy na Ukrainie – zresztą nie cieszą się aż ta­kim zain­teresowaniem mediów, nadających niegdyś bezpośrednio i live transmisje z ataków rakietowych na Bagdad, przypominające obrazy z gier komputerowych. Gdy teraz widzimy na ekranach anonimowe, nieoznaczone i zamaskowane wojska, które pojawiają się znikąd i zestrzeliwują niechcący samoloty pasażerskie, wiemy, że to wszystko jest w swej nieprawdo­po­dobnej dynamice, dramaturgii i nagłości czymś zupełnie realnym, tu nic nie dzieje się „wirtualnie” i „na ekranach”. Podobnie „Państwo Islamskie” choć na swój sposób zdradza ono pewne oczytanie w klasycznych tekstach postmodernizmu, nie jest wcale symulacją – jest wielką desymulacją, która odbywa się w drodze przechwycenia przez ultraliteralną, antypodyczną wobec wszelkiej ironii postawę światopoglądową narzędzi współczesnej i najbardziej up-to-date kultury masowej (media społecznościowe oraz profil kalifatu na fb – hasztag isis etc.) Nie da się co prawda nie podejrzewać, że twórcy tego wszystkiego, choć naprawdę ucinają głowy nożami niewinnym ofiarom, mają przy tych makabrycznych czynnościach, profesjonalnie filmowanych i pozycjonowanych następnie na youtubie, dziecięcy ubaw i fun graczy w komputerowe strzelanki – są oni również nowocześni, postmodernistyczni, ale już post-baudrillardowscy.

jest już jed­no­­cześnie tak bardzo po wszystkim, że właściwie można równie dobrze powiedzieć: nic się nie stało, nic się naprawdę nie skończyło, trwamy nadal, wszystko zostaje po staremu

Czasem można więc odnieść wrażenie, jak gdyby dokonał się krok w tył – tym bardziej więc nie ma żadnego sensu po­szukiwanie kolejnych określeń, które rzekomo miałyby artykułować ja­kiś kolejny po post­mo­dernizmie skok jakościowy. Ale kontemplując ideę cofania się czasu do­chodzimy wkrótce do innej typowej dla teraźniejszości (chyba wszelkiej teraźniejszości) myśli, że przecież myślenie o bieżących wydarzeniach w per­spektywie długotrwałej historii i naszego w niej miej­sca nie ma więk­szego sensu, że to rozry­wka przesadnej i niezdrowej erudycji i zbyt wy­so­kich lotów ponad najbliższymi okolicami, która każe nam odnosić wszystko do prze­szło­ści, umieszczać wszystko w kontekście minionych wydarzeń, czasem bardzo odległych, na przykład tak odległych jak jakiś romantyzm (a kto z was, czytelnicy, nie pomyślał sobie, czytając wcześniejsze uwagi, „co mnie obchodzi jakiś romantyzm”?), cią­żąc nam tym samym i nie pozwalając cieszyć tym, co mamy pod ręką; a mamy przecież właś­ciwie wszy­stko, czego nam potrzeba (póki co – doda realista).

To prawda, że długofalowo rzecz ujmując wciąż jeszcze trwa i określa naszą świa­do­mość epoka powojenna: żyjemy po mo­der­nizmie i po Auschwitz (zapewne z dala od Europy środ­ko­wej to twierdzenie znacznie traci na oczywis­tości) – co naj­wy­żej doszło jeszcze parę innych rzeczy, po których żyjemy – ale jest już jed­no­­cześnie tak bardzo po wszystkim, że właściwie można równie dobrze powiedzieć: nic się nie stało, nic się naprawdę nie skończyło, trwamy nadal, wszystko zostaje po staremu. Głównymi atraktorami uwagi twórczej są w epoce powojennej traumy i doświadczenia zła – sztuka dzisiejsza czerpie dziś wiele soków żywotnych z różnorakich form traumaturgii. Jej życie nie jest w niczym zagrożone, wręcz przeciwnie, nieskończoność traumy po katastrofie antropologicznej XX wieku otwiera przed nią niewyczerpane obszary kontemplacji i wszelkiego rodzaju interwencji.

Ale jest również prawdą, że sztuka soki żywotne czerpie też z nieprzebranej aktywności kolej­nych pokoleń ludzi, kolejnych jednostek, których praca nie potrzebuje żadnej histo­rycz­nej legitymizacji i ma prawo powoływać się wyłącznie na indywidualne pragnienie ekspresji, uwagi, uznania i zarobku – te potrzeby, ściśle podstawowe, jak się wydaje, sprawiają, że w każdych bodajże warunkach historycznych i społecznych sztuka trwa, jest obecna wszędzie, gdzie obecny jest człowiek, jakikolwiek by był. Jeśli jest to człowiek późnej późnej (sic) nowoczesności, to oznacza to właściwie tylko tyle, że wolno mu wszystko; wolno mu artykułować dowolne ludzkie doświadczenie, dowolne przeżycie, sztuka teraźniejszości stała się maksymalnie inkluzywna i ahierarchiczna – wszędzie jak okiem sięgnąć rozciągają się równiny działalności twórczej, dookoła nas ciągną się we wszystkie strony krajobrazy horyzontalnie dystrybuowanych i zagęszczanych dóbr artystycznych, dla których najczęściej jedynym uzasadnieniem – ale rzecz w tym, że wymagać dalszych uzasadnień byłoby niedemokratycznie – jest to, że artykułują czyjąś pojedynczość, że – jednym słowem – ktoś je stworzył, często bardzo pomysłowo i inteligentnie.

Pozostaje zatem skon­sta­tować z zachwytem graniczącym z euforią przeogromne i nieogarnialne bogactwo bieżącej produ­kcji kulturowej, w której na­prawdę zdarzają się wciąż wielkie czy ważne i intensywne wyda­rze­nia, w której mimo wszelkich denuncjacji i deklaracji wciąż dość wyraźnie oddziela się sferę produkcji wysokiej od produkcji masowo-popularnej – i nie ma co robić wielkiego hała­su o historię i naszą w niej pozycję, naszą starość; zimę dzie­jów i martwotę ducha ogólnego, transkatas­tro­fal­nego, jaki jest naszym dzie­jo­wym udziałem – wszystko to w końcu tylko wiel­kie idee współczesności. A przecież życie polega na­pra­wdę na małym, na drobnych, małych, oderwanych wydarzeniach czy przeżyciach – na teraźniejszości. I sztuka znaj­dzie sobie w nim dość inspiracji, pożywki, po­prze­stając na małych sprawach oko­licznych lu­dzi, ściszając głos, schodząc z maksyma­li­z­mu ku minima­lizmowi – stylu, te­ma­tu, celu, pro­ce­su, także: samoświadomości.

Niezależnie zatem od wielkiej narracji o współczesności, całkiem poza nią, mamy swoją mikronarrację o dziś, mamy swoje małe teraz, którego spe­cy­fiką jest i to, że od ni­cze­go nie jesteśmy od­cięci, zasoby przeszłości są dane do dyspo­zy­cji i możemy ich używać, czasem nawet nie wiedząc o ich pochodzeniu – coraz częstsze są dziś przecież zjawiska pseudonowości, o których orygi­na­łach czy źródłach się nie wie, nie pamięta. Jest to jednak zdrowe, życiodajne zapomnienie. Tak samo zapomina się i o pytaniu, który z dzisiej­szych przebojów będzie miał coś do powie­dzenia o nas przyszłości. Artysta nie jest już szcze­gólnie chętny do tego, by za Horacym po­dej­mować wątek budowy własnego pomnika trwal­szego od spiżu, pamiątki po sobie dla nie­skoń­czoności przyszłych pokoleń. Takie myśli mo­żna jeszcze co prawda miewać, ale raczej „prywatnie” i wstydliwie bawić się nimi w domu, gdy nie ma świadków.

Nie należy nie doceniać potęgi rozróżnienia współczesności od teraźniejszości – w rzeczy samej, jest to różnica o fundamentalnym charakterze, którego nie wolno przeoczyć. Naświe­tlmy go dobrze, a uzyskamy klucz do zrozumienia statusu sztuki w naszych czasach (i chyba jeszcze na jakiś czas tak zostanie) – do zrozumienia, innymi słowy, tego, jak to możliwe, że choć martwa, sztuka jest tak żywa; że choć wyczerpana, jest tak bogata i rozpleniona; choć bezwartościowa, fałszywa i zbudowana na wielkiej iluzji – osiąga takie ceny, cieszy się wciąż zna­cznym prestiżem społecznym, ma sponsorów, ściąga nadmiar kolejnych uczących się, prag­nących się w niej sprawdzić i wybić. Dlaczego jest to możliwe, skąd ten dziwny stan roz­dwojenia?

Otóż tylko jedną nogą żyje się w historii i pośród wielkich dziejowych idej (cho­ćby i upadłych – w  braku wyraźnej i dobrej alternatywy trzeba się nimi zadowalać) – drugą nogą zaś zawsze stoi się w jakimś pozaczasowym i ponadczasowym „teraz”; w „obec­ności”. W istocie, odkąd rozpoczął się bieg mieszczańskiej historii, odtąd też istnieje miesz­czań­ska umiejętność niezwracania większej uwagi na to, gdzie w historii sytuujemy się obec­nie; znaj­dowania przed nią i naporem jej przemożnych tendencji i innych plag natural­nego schro­nu w dziedzinie tego, co niezmiennie w swej formie bezpośredniości dane: bycia tu i teraz, bez pa­mięci tego, co było. Oczywiście, „zawartość” każdego teraz jest określona przez miejsce w historii – ale zarazem forma teraźniejszości stanowi abstrakcję od wszelkiego upływu czasu: teraz wszystko może być na chwilę młode; co będzie za chwilę teraz się nie zastanawia. Jeśli więc mówimy o tym, że sztuka się wyczerpała, skończyła czy stała nudna, to sens ma to tylko w wymiarze współczesności, w perspektywie historycznej, która porównuje współczesność do przeszłości i ustawia ją na linii kontynuacji dawnych prądów, względnie nad krawędziami zerwania z tym, co było przed nią, a co odrzuciła. W odróżnieniu do tego teraźniejszość ani nie kontynuuje, ani nie zrywa, ona po prostu nie bierze pod uwagę takich odniesień, jest ich szczęśliwie nieświadoma.

sklerotyczna świadomość teraźniejszości, jakkolwiek mogłaby się wydawać głup­kowata i niezorientowana w okolicznościach, źródłach i szerokich perspektywach, wy­twarza przecież dostatecznie isto­t­ną masę ludzkiej obecności spoglądająco-komentującej

Zarzut pod adresem teraźniejszości ze strony współczesności, mówiący całkiem trafnie, że jej rzekome uniezależnienie od historii, owo nienaruszalne, odwieczne „tu i teraz”, jest history­cz­nie bardzo względne i zależne od owych pozornie przez nią ignorowanych tendencji/plag, i że tylko głupiec odwraca się plecami do historii, wierzy w bezpieczny schron w bezczasie dnia dzisiejszego, ta pierwsza odpiera wskazując, również całkiem trafnie, że to, jak wyobra­ża­my sobie przeszłość, naszą sytuację w stosunku do niej, ciągłości, determinacje i zerwania, jest w dużej mierze konstruktem czasu obecnego, a nie czymś obiektywnie prawdziwym, zatem to his­­toria bardziej zależy od współczesności niż współczesność od historii – nic bardziej wzglę­­d­­nego, abstrakcyjnego i arbitralnego niż takie ogólniki jak „nowoczesność” czy dzieje pow­szechne; nic bardziej ryzykownego, jak porównywać to, co obecne, z tym, co minione, i z tych porów­nań wyciągać jakieś totalizujące wnioski, które miałyby nas uśmiercić za życia i kazać sądzić, że jesteśmy martwi, gdy wszelkie świadectwa dowodzą, że jesteśmy żywi, jak zawsze.

Tak zarysowana antynomia pomiędzy rozumem w czasie a rozumem bez czasu nie zo­staje roz­wią­zana, nie ma ona rozwiązania, artykułuje bowiem prawdę wszelkiego życia po­je­dyn­czego, którą jest właśnie owo schizoidalne rozdarcie pomiędzy świadomością his­tory­cz­ną, czyli samo­wiedzą współczesności (rozpoznającą w naszych czasach wszelakie „końce” i „upadki”), a świa­domością ahistoryczną, czyli samo-nie-wiedzą teraźniejszości (dzi­wią­­cą się tamtym roz­poznaniom i wzruszającą na nie obojętnie ramionami). Rozdarcie to jest funda­men­talne i nie da się przerzucić tu jakiegoś mostu – syntezy. Po prostu – oscyluje się między tymi bie­gunami samowiedzy. Owa przestrzeń czystej, oderwanej od dziejów teraźniejszości, wydaje się czymś zarazem skrajnie sztucznym i bardzo naturalnym. Sztucz­nym, bo wymaga ona „oś­wieconej fałszywej świadomości”, udawania, że nie wie się o czymś, o czym się wie, i to przed samym sobą, co wydawać mogłoby się trudniejsze. Oto każdy wie, jak jest, a jednak każdy też jakoś trzyma to „dla siebie” i oficjalnie żyje tak, jakby nie wiedział i jakby też nie wiedział, że nie tylko on, ale każdy inny też to wie[1]. Naturalnym, bo ostatecznie wszy­scy jes­teśmy na szczęście dość głupi, naiwni, leniwi i zapominalscy, by po prostu drogą rutyno­wej bezrefleksyjności dość gładko przejść od stanu samooszukiwania się do „wyuczonej” niewiedzy, już nie „sztucznej”, lecz przyswojonej jako druga natura, do czyn­nego zapomnienia o wszelkich przesłankach związanych ze współczesnymi uwarun­ko­wa­niami.

Taka sklerotyczna świadomość teraźniejszości, jakkolwiek mogłaby się wydawać głup­kowata i niezorientowana w okolicznościach, źródłach i szerokich perspektywach, wy­twarza przecież dostatecznie isto­t­ną masę ludzkiej obecności spoglądająco-komentującej, by należało brać i ją w rachubę we wszelkiej działalności artystycznej, tym bardziej, że jest ona również łatwa do kupienia, bo mało koniec końców krytyczna i wymagająca, głównym jej wymaganiem zawsze musi być z samej natury to, żeby przede wszystkim nie wymagano zbyt wiele od niej. Zresztą, stan ducha, jakim jest teraźniejszość, ma swoje stopnie oddalenia i oderwania od współ­czes­ności i je­dynie w najskrajniejszej postaci przypomina tępotę braku wszelkiej pamięci; generalnie „czło­wiek inteligentny” naszych czasów to ktoś, kto wie, jak dokładnie i najlepiej, w zależ­no­ści od kontekstu, w jakim się akurat znajduje, odmierzyć proporcję bycia „tu” do bycia w historii, jak negocjować i meandrować między nimi, żeby nie zostać przez żadną z tych po­zy­cji przyduszonym. Na tym nieustannym balanso­wa­niu, odmie­rzaniu proporcji i wychyleń ku ekstremom polega może sztuka samoświadomego, ref­lek­syjnego bycia sobą w świecie zde­rze­nia martwej współczesności z żywą i kipiącą teraź­niej­szością – jest to sztuka mobilności, ruchomych pozycji, sztuka utrzymywania równowagi, równego dystansu tak do dystansu, jak i bezpośredniości, do ironii i do naturalności.

Dzięki temu balansowaniu zdołamy może odnaleźć w miarę stabilną pozycję, z której „ko­niec” sztuki możemy ująć w cudzysłów, jakim opatruje się zbyt wielkie słowa. Teraźniejszość nie zna końców ni początków, one zawsze jakoś wykraczają poza jej dośrodkowy wir, roz­my­wają się w jej zamglonym spojrzeniu – bo owszem, teraźniejszość jest zawsze zamglona, wi­dzimy ją niewyraźnie, bo zbyt wielorako i szczegółowo, w przeciwieństwie do ostrej jak brzy­twa przeszłości. Wszakże cu­dzysłów, w który bierze wszelką grandilokwencję, to instrument emancypacyjnego śmiechu, wydawać by się mogło, że przysłowiowo ostatniego, najlep­sze­go ze śmiechów, choć kto to może ostatecznie wiedzieć; śmiechu potęgi teraź­niejszości, która nie wstydzi się wbrew wszelkim „duchom czasu” być sobą, tylko sobą, czyli zarazem, w na­szym wypadku – dzięki specyfice naszych archiwów i powszechnie dostępnych danych, rów­nież tych dotyczących przeszłości – wszystkim, czym zechce, choćby nawet najbardziej nie-dzi­siejszym. Bo nasza teraźniejszość to raj dla wszelkiego rodzaju grup rekonstruk­cyj­nych, prze­­bie­rających się w szaty, jakie tylko zechcą, i zdolnych dzięki sile relacji społeczno-iden­ty­fi­­ka­cyjnych do wytworzenia dla samych siebie i w obrębie własnych praktyk „bańki” czy „bą­bla” o transhistorycznym charakterze, w którego ramach estetyka czy idea, jakiej się po­świę­cają, odzyskuje lokalnie blask absolutnej powagi, czegoś, co bez reszty angażujące, czegoś, czemu oddaje się całego siebie, może nawet „życie”, które w takiej bańce też można wziąć w cudzysłów. W każdym takim bąblu panuje swoista ideowa autarkia i samowys­tar­czal­ność, zarówno na poziomie dyskursu, jak i na poziomie towarzyskim (obok inicjatorów i animatorów – stali bywalcy, zwolennicy itd.) – są to dzisiejsze wersje „cyganerii”, każdy taki bą­bel to osobna nisza sztuki – miłośnicy i miłośniczki Powstania Warszawskiego; maniaczki wie­­żowców i urbanistyki modernistycznej; grupy skupione wokół cieszących się renomą dłu­go­wieczności i modernistyczną jeszcze proweniencją czasopism literackich czy artys­ty­cz­nych; fani i fanki neodandyzmu, przywdziewający cylindry, na które sikał Rimbaud; albo neo­­mo­der­nistyczni rekonstruktorzy i rekonstruktorki awangardowych gestów, manifes­tów i hap­peningów – wszyscy oni są takimi bąblami, które, niczym Leibnizjańskie monady wypeł­nia­ją świat teraźniejszości szczelnie, nie posiadając zarazem drzwi i okien – każdy światem dla siebie, brakuje wszakże pełnej harmonizacji, czego jednak się nie zauważa.

Tekst jest rozszerzonym fragmentem rozdziału książki Jacka Dobrowolskiego „Sztuka człowieka nowoczesnego”, która ukazała się latem 2016 roku

Urok i szarm czystej teraźniejszości polega także na tym, że wprowadzona w dostatecznie dionizyjski nastrój może się ona stać przestrzenią wiecznego powrotu wszystkich wielkich idei i konceptów, ich powrotu w „wielkim stylu”, niekoniecznie na zasadzie neotradycjo­na­liz­mu, w kostiumach z epoki szytych najpiękniej choćby i przez najzręczniejszych projek­tan­tów, ale raczej przebranych idealnie na nasz bal, tak, żebyśmy nie widzieli od razu, z jak da­le­kiej przeszłości przybywają. Owszem, nowoczesność jest już bardzo stara, tak stara, że wiele razy już zdążyła o tym za­po­mnieć. Nie zmienia to faktu, że wciąż czasem chce się jesz­cze, tak po ludzku, odnowić marzenie o byciu nowoczesnym, o odkrywaniu nowych światów, być znów młodymi zapaleń­ca­mi; zwłaszcza w jego moder­nistycznej, najbliższej naszym ser­com od­mia­nie. Gdzież są niegdysiejsze orgie? – to pytanie powraca do teraźniejszości tak z „przed-wie­cz­ności”, jak i z ultramodernizmu, z tych dwóch jakże różnych, lecz komple­men­tar­nych źró­deł – i nie daje się zbyć; nie można całkiem bez reszty wzruszyć na nie ramionami bez od­powiedniej dozy zobojętnienia na samego siebie, na możliwości przeżywania i do­zna­nia, jakie kryją się w człowieku i jego sztuce. Teraźniejszość chce na nie odpowiedzieć afir­ma­­ty­wnie, chce wszystkiego „od nowa” jakby nigdy nic, mówi: więcej, więcej! Chce w warunkach tego, co jej dane, odnaleźć klucz do własnych innowacji, własnych wzlotów.

Bowiem nagrodą czy najwyższą stawką w procesie konstytuowania się teraźniejszości oder­wanej od współczesności jest przestrzeń reafirmacji, powrotu wielkiego „tak!”. Jest to łąka owych szczęśliwych krów (być może nawet świętych krów), które niepomne niczego, co się sta­ło i stanie, cierpliwie i z rozkoszą przeżuwają, przeżywają swoje życie. To antypody świadomości współ­­­­czes­ności z jej malteistycznym nihilizmem i odrętwieniem, niewiarą w jakiekolwiek unie­­­sienia, strachem przed przyszłością – od jej nihilizmu odbiliśmy się teraz mocno i pogrążyliśmy w pozahistorii, gdzie czas płynie bardzo szybko, lecz w miejscu, niczym biegacz na sztu­cznej bieżni. W tym miejscu możemy robić, co chcemy – możemy nawet zajmo­wać się sztu­ką, jak gdyby nigdy nic, cieszyć się, że odziedziczyliśmy tak wiele zabawek po przod­kach i robić z nimi swoje – a także tworzyć nowe. W ten sposób teraźniejszość zapełnia się wszel­kie­go rodzaju ewenementami, wernisażami, performansami, wydarzeniami, z których każde jest niejako czymś w swoim rodzaju, niepodobnym do niczego innego z bieżących rzeczy – w konstytuowaniu ta­kie­go świata radosnej teraźniej­szo­ści sztuka ma doświadczenie, dlatego nie dość, że nie jest martwa, zbędna, skończona, to wręcz jest czymś najbardziej niezbędnym, głównym źródłem energii iluzji, potęgi teraź­niej­szo­ści jako sztuczności – póki sztuka, póty życie jest znośne, twierdził Nietzsche, a w wiecz­nej teraźniejszości okazuje się to prawdą nieprzemijającą. W fazie swo­jej najwyższej inten­syw­ności teraźniejszość, choć z zasady krótko­trwa­ła, krucha i efeme­ry­czna, nie bierze już nawet „końca” w cudzy­słów, ale go przekreśla: koniec pozostaje co pra­wda wypisany na tablicy, nie da się go całkiem odwołać (nie ma już żadnej skutecznej me­to­dy dialektycznej negacji negacji – w tej kwestii nastąpił totalny impas), nie można go zmazać, ale można skreślić – i to właśnie nieustannie robimy, żyjąc w stanie odwróconego Kantow­skie­­go „jak gdyby” – żyjemy tak, jak gdyby końca nie było, szczęśliwi, upojeni życiem – jak­by wszystko się dla nas dopiero zaczynało.

rozowakrowa

 

 

[1]                    Dla zilustrowania tej skomplikowanej struktury samowiedzy moglibyśmy przywołać ujawnione w 2014 roku podsłuchy z prywatnych rozmów ministra spraw wewnętrznych – uwaga ministra na temat tego, że państwo, którego jest ministrem, nie istnieje, dokładnie wyraża świadomość postcyniczną czy „małoduszną”, o którą nam tutaj chodzi.

DATA PUBLIKACJI: 7 października 2016
OSTATNIA AKTUALIZACJA: 29 października 2016