mementoparkarmiaczerwona

Czy Rosja zaatakuje?

Używając standardowych narzędzi analizy zdroworozsądkowej Maks Wolski zastanawia się nad sensem coraz częściej pojawiających się tu i tam ostrzeżeń przed wojną z Rosją

Bieżąca prasa – dlaczego nie dziwi nas, że głównie prawicowa? – przynosi, po raz kolejny zresztą, złowrogie ostrzeżenia przed zbliżającą się rzekomo inwazją Rosji na Polskę – do której Polska ma być nieprzygotowana. „Jesteśmy bezbronni” – głoszą kasandryczne nagłówki.

„Wojna z Rosją”  to w naszym kraju odwieczny śpiew – w tym sensie wieszczyć ją to wpisywać się w tę „odwieczną” logikę i być zawsze gotowym do tego, by mieć rację. „Wojna z Rosją” to pewnego rodzaju polskie „a priori”, „polski los”. Czy wobec tego powinniśmy już kupować konserwy i wodę na wypadek zbliżających się działań wojskowych? Czy te ostrzeżenia należy brać serio?

To prawda, że wojna z Rosją to również ulubiona idea, jaką gra sama Rosja. Rosja lubuje się w sprawianiu wrażenia, że wojna z nią wisi na włosku. Prężący muskuły macho Putin to eponim tego aspektu charakteru Rosji. Wszakże do tego samego porządku logicznego, jaki wyznacza odwieczne zagrożenie wojną z Rosją, należy i to, że Polska jako taka nigdy nie może być przygotowana do wojny z Rosją, nigdy nie może sama z siebie stać się od Rosji bezpieczna – i co do zasady jest bezbronna. Zawsze. Rosja bowiem ma potencjał mocy, także militarnej, z natury znacznie przewyższający ten, jakim na własną rękę może dysponować Polska, nawet przy najlepszych chęciach i największym wysiłku Polaków (z rzadka przecież zdolnych do postępowania z najlepszymi chęciami i z największym wysiłkiem). Bezpieczeństwo Polski względem Rosji jest czymś zapośredniczonym w sojuszach z innymi podmiotami międzynarodowymi, w tym przede wszystkim z Zachodem. Ściśle rzecz biorąc, nasza siła twarzą w twarz z Rosją polega w istocie tylko na tym, do jakiego stopnia kraje Zachodu uważają i skłonne są podkreślać w rozmowach z Rosją, że jesteśmy jednymi z nich, członkiem ich klubu, i że Rosja musi się z tym na serio liczyć. Otóż Rosja zawsze też stoi przed pokusą tego, by zastanawiać się – a nawet prowadzić coś w rodzaju „rozpoznania walką” – nad tym, do jakiego stopnia „na serio” są te deklaracje. Rosja z zasady bowiem wątpi w to, że jakikolwiek naród słowiański mógłby stać się częścią Zachodu.

Wciąż jeszcze wydaje nam się, że to państwo istnieje

W świetle tego wszystkiego nie mamy wielu powodów do poczucia bezpieczeństwa, nieprawdaż? I mamy ich coraz mniej. Właściwie w ogóle ich już nie mamy. Nawet za poprzedniego rządu raczej niewielka była nasza wiara w gwarancje NATO. Teraz ta wiara już nie ma prawa nawet się tlić. Właściwie, jak się nad tym zastanowić, to Polska już nie istnieje (a Rosjanie mogliby wejść do niej już jutro i zajęliby ją błyskawicznie, bo chyba nikt tutaj nie jest na tyle szalony, żeby samotnie bronić się przed Rosją) – tylko jeszcze sobie tego nie uświadomiliśmy. Jeśli wziąć pod uwagę, jak kruche było zawsze nasze zakorzenienie na Zachodzie, jak warunkowo i z oporami przyjmowano tam nasz nowy, po upadku komunizmu, wizerunek państwa zachodniego, państwa, które jest Zachodu oczywistą, nieodzowną i zasługującą na obronę częścią, bo niczym od innych tamtejszych państw się nie różni – to łatwo zrozumieć, że w ciągu ostatniego roku został on skutecznie zrujnowany. Wciąż jeszcze wydaje nam się, że to państwo istnieje, zresztą nigdy nie było ono jakimś silnym bytem, zawsze było prowizorką, zapowiedzią, czymś „dopiero rozwijającym się” – ale teraz nie jest już nawet zapowiedzią czy wstępem, teraz stało się nagle epilogiem i epitafium po własnej nierozpoczętej (czy może: lekko napoczętej tylko) świetlanej europejskiej przyszłości.

Ci na Zachodzie, którzy mieli nadzieję, że jeśli tylko dostaniemy szansę, dołączymy do ludów stawiających przeważnie na nowoczesność i jej wartości – zawiedli się. Ci, którzy zawsze twierdzili, że to nie dla nas, mają teraz gorzką satysfakcję. Jedni i drudzy są jak najdalsi od tego, by mieć dla naszego krnąbrnego narodu jakikolwiek sentyment. Wy byście mieli? Nie możemy już chyba nawet liczyć na litość. A ponieważ Rosja nie jest już komunistycznym Związkiem Radzieckim, nie stanowimy już także – jak stanowiliśmy w latach zimnej wojny – karty w globalnej grze kapitalizmu z jego śmiertelnymi zagrożeniami.

Koniunktura wydaje się więc obecnie dla Rosji bardzo dobra po temu, by zaatakować Polskę. Kto bowiem w dzisiejszej sytuacji , przy aktualnej reputacji międzynarodowej naszego rządu (a ten przecież reprezentuje państwo na zewnątrz i jest urzeczywistnieniem jego aktualnej kondycji) – kto stanie w naszej obronie? Kto kiwnie palcem? Kto będzie umierał za Polskę z ryjem Międlara, z arogancją Legutki w europarlamencie, który z uśmiechem wyższości pana profesora z Krakowa wypowiada na tym międzynarodowym forum opinie rodem z najciemniejszego ciemnogrodu? Za Polskę, co uczyła Francuzów jeść widelcem, za Polskę, która sympatię wśród sąsiadów ma już tylko na Białorusi? Pomyślmy, czy żal byłoby nam odległego kraiku, o którego wyskokach i dziwactwach – nawet jeśli tylko są to wyskoki rządu – słuchamy jak o obyczajach dyktatur w jakimś Kirgistanie?

Gdyby Rosjanie nas zbombardowali, to zapewne nie zdołaliby nas skuteczniej wymazać z wyobrażeniowej mapy Europy, niż zrobiliśmy to sami

Jednak o ile Rosjanie nie są szaleni – a jest to jedno z najciekawszych zagadnień filozofii polityki, czy państwa, narody bywają szalone? – to nie mają żadnego interesu w tym, by bezpośrednio wikłać się w Polsce, napadać na nią i w ten sposób eskalować ogromnie międzynarodowe napięcie w imię bardzo wątpliwego zysku, jakim jest zajmowanie Polski – po co im to? W interesie Rosji jest nie tyle Polska wcielona w jej obręb czy choćby w orbitę wpływów, ale raczej Polska jako ziemia jałowa i strefa buforowa oddzielająca ich od Zachodu, wszelako Zachodem nie będąca. Polska jako wielkie nigdzie i jako wielkie nigdy. Czyli dokładnie to, co teraz już mamy – bo staliśmy się właśnie krajem ani zachodnim, ani wschodnim, staliśmy się krajem leżącym na nizinie węgierskiej… W tym więc sensie inwazja Rosji nam nie grozi, bo poniekąd to najlepszego, co Rosja mogłaby dzięki niej uzyskać, już się samo dokonało – już staliśmy się krajem zrujnowanym, „odpadłym”; a odpadliśmy mianowicie od tego, co stanowi rdzeń naszej tożsamości, wyalienowaliśmy się od samych siebie, zanegowaliśmy swoją europejskość i aspirację/orientację na Zachód; przekreśliliśmy Polskę i staliśmy się Polską. Ośmieszyliśmy ją i wyśmialiśmy sami, przy okazji osłabiając Zachód.

Ci, którzy grożą nam wojną z Rosją, robią to, obok innych przyczyn, także po to, by podtrzymywać iluzję, że wciąż jest jeszcze czego bronić. Gdyby bowiem Rosjanie nas zbombardowali, to zapewne nie zdołaliby nas skuteczniej wymazać z wyobrażeniowej mapy Europy, niż zrobiliśmy to sami – wiem, że to „my” budzi opór, bo wśród moich czytelników raczej nie spodziewam się zwolenników obecnego reżimu – za pomocą tysiąca większych i mniejszych niezręczności, głupstw, nieudolności i innych świadectw braku oświecenia i kultury, w jakich specjalizuje się władza narodowej prawicy.

Tych więc, którzy boją się bezpośredniej wojny z Rosją, należy zapytać – po pierwsze, na co miałaby być Rosji Polska? A po drugie: w czyim interesie jest rozniecanie tego strachu?

Ani nasze terytorium, ani nasze zasoby, ani nasza cywilizacja czy gospodarka nie są dla Rosji łakomym kąskiem, nie są jej do niczego jako takie potrzebne. Nasz potencjał nie doda Rosji skrzydeł; nie mamy niczego, co byłoby jej przydatne. Nie oszukujmy się, Polska to nie jest jakiś diament, jakiś skarb, który każdy by chciał zagarnąć. Gdyby to był jakiś diament, to pewnie już dawno by to Polacy stracili, ze swoją lekkomyślnością. To tak, jak ze słynną kwestią wykupywania ziemi przez cudzoziemców – mimo wielkiego strachu, okazuje się, że nikt tego nie robi, bo i kto z zewnątrz chciałby kupować fragment Polski?!… Nawet my Polacy w większości nie kochamy tej krainy do tego stopnia, że oszpecamy ją i zawalamy śmieciami i reklamami, traktujemy ją jak wielką „powierzchnię reklamową”, a niebo nad nią jak rurę wydechową. Czyż cała Polska to nie „miejsce, które czeka na twoją reklamę”? Wygląda ona w 99% jak obszar „za płotem”, jak przestrzeń uważana za na tyle brzydką i nieobiecującą, że niezasługującą na jakąkolwiek ochronę, jakąkolwiek troskę. Tak więc nawet my Polacy nie uważamy – choćbyśmy nie przyznawali się do tego przed samymi sobą – żeby Polska była atrakcyjna; nie kochamy jej, tak jak i ona nas nie kocha (jesteśmy jednak jak ów mąż, który choć od dawna ma gdzieś swoją żonę, to jednak na wszelką wzmiankę o jej niewierności gotów jest do bitki, tym bardziej, im bardziej ma ją faktycznie gdzieś). W większości najchętniej sami byśmy stąd uciekali, gdzie pieprz rośnie (albo jeśli nie pieprz, to cytryna lub winorośl) – a obawiamy się, że ktoś by chciał to kiepskie miejsce siłą nam odebrać?… Więcej luzu, bracia rodacy! Czyli – trochę realizmu! Nikt na Polskę nie dybie.

Wiara, że ktoś tu przyjdzie, by zabrać nam naszą ziemię, by nas podbić, jest naiwnością. Minęły już czasy walki o „lebensraum”, obecnie samo terytorium, sama „ziemia” nie mają już takiej wartości, by ktokolwiek chciał ryzykować dużo w celu ich zdobycia (- a Krym? Cóż, Krym to szczególna sprawa, nie tylko i nie przede wszystkim o ziemię w awanturze z Krymem chodziło). A warto jeszcze zauważyć, że Polska to nie tylko samo terytorium. Sama Polska jako taka może jeszcze – przy całej swej nieatrakcyjności – byłaby do wzięcia, ale niestety i na nieszczęście dla każdego ewentualnego zdobywcy Polska zawiera w sobie Polaków. Którzy jakkolwiek nie kochają naprawdę Polski, to jednak są mistrzami w robieniu kłopotów. Ostatecznie więc wiadomo dobrze na całym świecie, że najlepiej pozostawić Polaków samym sobie, bo wtedy samym sobie przede wszystkim robią kłopoty. Rosjanie, co prawda, nie boją się kłopotów i są z kolei mistrzami w zarządzaniu za pomocą kryzysów, czyli mnożenia kłopotów, ale nawet oni wiedzą, że kłopot z Polakami to wielki zawikłany szalony kłopot, którego nie da się łatwo zażegnać i którym trudno zarządzać ze względu na polityczną nieobliczalność, przewrotność oraz autodestruktywność Polaków. Nie powinni zatem być skłonni do lekkomyślnego sięgania po to rozwiązanie, przynajmniej na razie, gdy mają jeszcze coś do stracenia w relacjach z Zachodem. Wiadomo co prawda, że znane jest tam powiedzenie „kurica nie ptica, Polsza nie zagranica” – jednak każdy trzeźwo myślący Rosjanin wie, że ma ono w sobie tyle samo prawdy, co powiedzenie, że Warszawa jest Paryżem wschodu. Otóż Polsza to zagranica, o tym Rosjanie dobrze wiedzą, a przywołane powiedzonko jest tylko krotochwilnym i przewrotnym potwierdzeniem tej prawdy w ustach przekonanych skądinąd o swej potędze i nieskorych do przyznawania się do porażek Wielkorusów; jednakowoż dla kraju, który nawet z wchłonięciem półrosyjskiego Donbasu ma pewien „zgryz”, awantura o Polskę byłaby samobójcza.

jest jasne, że gadanina o rzekomo rosnącym bezpośrednim zagrożeniu ze strony Rosji to inspirowana przez sam rząd próba zarządzania za pomocą strachu

Póki co można więc chyba wierzyć, że Polska, jako bezpośrednio nikomu do niczego niepotrzebna, chyba nawet samym Polakom, skoro ci od wieków już wiedzą, że jednym z najlepszych sposobów na osiągnięcie indywidualnego sukcesu jest ucieczka z Polski, pozostaje względnie bezpieczna – tym bardziej jako coś, co już i tak właściwie nie istnieje, bo z wiecznej prowizorki stało się pełzającą katastrofą. Nie musimy obawiać się wojny z Rosją, bo już ją właśnie sami przegraliśmy, samobójczo stawiając u władzy ludzi intelektualnie do niej nieprzygotowanych i częściowo, jak można domniemywać, nieobliczalnych.

W tej sytuacji jest jasne, że gadanina o rzekomo rosnącym bezpośrednim zagrożeniu ze strony Rosji to inspirowana przez sam rząd próba zarządzania za pomocą strachu, podbijania napięcia i zagęszczania atmosfery, dzięki którym zawsze można potem usprawiedliwić represje, wzrost „gotowości bojowej” czy plany stworzenia paramilitarnych bojówek. „Zamiast bać się nas, bójcie się Rosji” szepcze w ten sposób prorządowa propaganda do tych, którzy właśnie zaczęli zastanawiać się, czy przypadkiem nie należy bać się tego rządu – a jest ich ostatnio, jak można sądzić, więcej. Być może plan maksimum tej wielkiej ściemy zakłada, że gdy już minister obrony zakupi – w trybie natychmiastowym – swoje wymarzone niefrancuskie helikoptery, napięcie i histeria stopniowo wygaśnie, a potem ogłosi się, że ten zbawczy, strategiczny manewr ministra ocalił nas od niechybnego najazdu; zostanie to nazwane „drugim cudem nad Wisłą”, a niektórzy najbardziej zażarci apologeci dowodzić będą, że to nawet nie „drugi”, a „pierwszy” cud, bo w porównaniu z tym manewr Piłsudskiego „był tylko taktyką”.

Głupota i zaślepienie głównych „strategów” obecnej polityki rządu – podejrzewać można, że są to dwie rozpalone głowy i kilka jeszcze równie rozgorączkowanych pod-głów – prowadzić mogą jednak do tego, że w celu dodatkowego zalegitymizowania i przy okazji dalszego eskalowania jej przesłanek wykonane zostaną gesty czy kroki realnie obniżające poziom bezpieczeństwa międzynarodowego, a już na pewno – dalej utwierdzające naszą reputację kraju post-europejskiego, kłopotliwego, destrukcyjnego, nieodpowiedzialnego i de facto dokonującego nieformalnego plexitu. Kto wie, do jakich jeszcze wypowiedzi gotów posunąć się któryś z obecnych ministrów? Kto wie, jakie kolejne dziwactwa staną się udziałem polskiej dyplomacji i strategii w strukturach UE? Nasze faktyczne choć nieformalne wyjście z Europy okaże się przy tym czymś jeszcze łatwiejszym niż brexit.

Bardziej długofalowo grozi nam zatem nie tyle konwencjonalna wojna z Rosją, ile raczej coś, co zdaje się dziś o wiele bardziej nieprawdopodobne, dziwaczne i „z dziedziny science-fiction”, niż wizja ataku rosyjskich dywizji pancernych i okupacji Warszawy oraz Krakowa przez specnaz. Ponieważ staniemy się z czasem czarną dziurą, krainą jeszcze bardziej nigdzie i ziemią jeszcze bardziej niczyją niż kiedykolwiek. Staniemy się jeszcze bardziej niewarci zachodu, jeszcze bardziej „na sprzedaż” i to tanio, jeszcze taniej niż kiedyś. Staniemy się jeszcze bardziej tym, czym zawsze byli ludzie w tym zapomnianym i przeklętym regionie Europy środkowo-wschodniej (ze wskazaniem na „ani środkowej, ani żadnej w ogóle Europy”) – mięsem armatnim, tymi, którzy pierwsi idą na rzeź. Otóż jeśli kiedyś w dalszej, lecz nie dalekiej przyszłości Rosja z tego czy innego powodu poczuje potrzebę zastraszenia Zachodu i dania mu zimnego prysznica, udowodnienia po chojracku, w stylu macho, że jest gotowa na wszystko i może pierwsza, zanim zaczniecie się jeszcze na serio bać, wyjechać „z byka” i zwalić was z nóg, to wówczas taka padlina, jaką będzie w międzynarodowym postrzeganiu Polska, może okazać się dobrym „chłopcem do bicia”, bo kimś w rodzaju klasowego pariasa, na którego smutnym przykładzie klasowy „bully” pokazuje wszystkim dookoła, kto tu rządzi i jak daleko gotów się posunąć – wówczas dostaniemy od Rosji przykładowy „wpierdol”, ale taki, żeby przestraszyć Zachód  nie na żarty, a nie, żeby „zająć Polskę”. Co znaczy, że i na tę okazję nie ma potrzeby magazynować konserw.

 

 

DATA PUBLIKACJI: 18 października 2016
OSTATNIA AKTUALIZACJA: 20 października 2016