Ewa Kalinowska Bajek, Korzenie - żółte nenufary, olej na płótnie, 120 x 100 cm, 2015-2016
Ewa Kalinowska Bajek, Korzenie - żółte nenufary, olej na płótnie, 120 x 100 cm, 2015-2016

Po nihilizmie albo abisalizm

Wielokrotnie mówiono nam, żebyśmy się otworzyli, że trzeba być otwartym na różne możliwości, na to, co niesie życie. A kiedy się otworzyliśmy, zobaczyliśmy nieskończone możliwości, oraz to, że nihilizm nie jest ostatnim słowem.

Żałoba po kamieniu, żałoba po powietrzu, żałoba po przestrzeni. I po żałobie.

bratu

W co wierzę? Wierzę, że w każdej chwili mogę stać się niczym, lub innym, zwłaszcza w chwili śmierci. Mogę się stać, w to wierzę. Umrę, umrzemy, oczywiście. Odmieniamy „umierać” przez wszystkie osoby. Będzie to chwila przeskoku w coś zupełnie innego. W tym innym będzie moja, twoja, nasza – inna zmysłowość, być może świadomość, albo nic. Nicość jest też inna niż jest, więc tak czy inaczej stanę się innym. To będzie inne niż to, co jest teraz. Nawet jeżeli w chwili śmierci urodzę się ponownie i przeżyję dokładnie to samo życie, które przeżywam, i jeżeli będę w nieskończoność przeżywał tylko to jedno życie, to także będzie inność – nieskończonych powtórzeń tego samego – ponieważ jak dotąd każde zdarzenie postrzegam jednorazowo i bezpowrotnie, niezależnie od powtarzalnych procedur naukowych, rzadkich chwil dèja vu i niektórych snów. Możliwych scenariuszy jest nieskończenie wiele, każda religia jest jednym (lub kilkoma, w zależności od interpretacji) z takich scenariuszy.

Sartre odczuwał mdłości w zetknięciu z bytem-w-sobie, z objawieniem nieludzkiej materii. Pamiętacie opis lustrzanego odbicia twarzy narratora Mdłości?

„W lustrze ukazał się szary przedmiot. Zbliżam się i spoglądam, nie mogę już odejść. To odbicie mojej twarzy. Często stoję i przyglądam się mu w taki przegrany dzień. Nic nie rozumiem z tej twarzy. Twarze innych mają sens. Ale nie moja. Nie mogę nawet zdecydować, czy jest ładna, czy brzydka. Myślę, że jest brzydka, bo tak mi powiedziano. Ale nie uderza mnie to. Szczerze mówiąc, jestem nawet zdumiony, że można jej przypisywać takie właściwości, to tak jakby określać jako piękny czy brzydki kawałek ziemi lub blok skalny.”[1]

Jaka jest odległość, z której widać człowieka?

Materialność rzeczy jest swojego rodzaju objawieniem, chwilowym, niewysłowionym. Do centrum tego objawienia, do oka cyklonu znaczeń możemy się tylko zbliżać po spirali języka, która osiąga cel jednocześnie go tracąc. Sensownie mówimy o tym, co bezsensowne. A zatem mówimy bezsensownie, ale przecież z sensem itd. Kręcimy się w kółko… uprawiamy cielistą, materialną poezję, bełkoczemy. Zwykle patrzymy na nasze własne odbite w lustrach twarze, oraz na twarze innych, przez okulary sensu. Twarze mają przypisane imiona i nastroje, miny mają znaczenia, które chwytamy w lot lub których się stopniowo domyślamy. Są też takie, które nas niepokoją. Kiedy spadają nam różowe okulary sensu, na jaw wychodzi realność materii. Jej obojętne, uporczywe trwanie. A materia może trwać i dzielić się w nieskończoność, jest lasem, w którym się gubimy. Materialne objawienie czyni wolnym, ale to objawienie ma swoją cenę: brak sensu i przymus zapisania tego braku. Pragnienie odtworzenia sensu jest pozbawione sensu, zatem, może ono samo jest sensem? Raczej nie, a może? Człowiek jest wszak sensotropiczny, odnajduje sens nawet we własnym bezsensownym kręceniu się w kółko. Powraca pytanie o racjonalność podstawy. Jest czy nie jest racjonalna? Po chwilach pełnych niepokoju sens (pragmatyczny, językowy, jakikolwiek) powoli wraca, materialna rana w porządku symbolicznym się zasklepia, ale już inaczej, już z blizną, teraz róż naszych nowych okularów ma nieco ciemniejszy odcień. Roquentin zbliża się do tego doświadczenia, przybliżając twarz do tafli lustra.

„Kiedy byłem mały, ciotka Bigeois mówiła: «Jak będziesz za długo patrzył w lustro, zobaczysz małpę». Widocznie patrzyłem jeszcze dłużej: to, co widzę, jest poniżej małpy, na pograniczu świata roślinnego, na poziomie polipów. Nie powiem, że to nie żyje; ale nie o tym życiu myślała Anny. Spostrzegam lekkie drgania, widzę skórę bez wyrazu, która rozszerza się i bezwiednie pulsuje. Z tak bliska okropne są zwłaszcza oczy. Szklane, miękkie, ślepe, podczerwienione, prawie jak rybie łuski. Opieram się o fajansowy gzyms, przybliżam twarz do lustra, tak że go dotykam. Oczy, nos i usta znikają: nie ma już nic ludzkiego. Brązowe rowki z każdej strony nabrzmiałych gorączką warg, zapadliny, kretowiska. Jedwabisty biały puch pokrywa wielkie zbocza policzków, dwa włosy wychodzą z nozdrzy. To plastyczna mapa geologiczna.”[2]

Właśnie, jaka jest odległość, z której widać człowieka?

Rozmrowiony język zabiera ze sobą lustro, odbicie i odbite ciało. Rozprasza je w wielości znaczących skojarzeń, nie wolnych, nie swobodnych, lecz w sposób uporządkowany osuwających się ku materii, ku objawieniu masywnego obiektu, ku innemu porządkowi zróżnicowania, niż ten, do którego patrzący jest przyzwyczajony. Ten inny porządek to także inne życie, wegetatywne życie twarzy, które nie jest życiem człowieka, które będzie trwało także po śmierci człowieka. Dostrzeżenie wegetatywnego lub wręcz mineralnego wymiaru ciała jest Sartre’owskim studium materialnego spojrzenia. Odbita w lustrze twarz jako nieludzki krajobraz. Być może tak patrzyli na Żydów naziści. Być może tak patrzyli najpierw na samych siebie, odciążając się z odpowiedzialności, postrzegając siebie samych jako elementy kosmicznego krajobrazu. Jeden krajobraz wypiera inny, zgodnie z procesami naturalnymi, geologicznymi, fizykalnymi. Wychylenie głowy poza obszar oddziaływania sensu humanistycznego, jest utratą głowy, która staje się grudką materii.

Z daleka ludzie przypominają mrówki lub kłębiące się robaki. Z bliska przypominają krajobrazy. Sens jest zawsze, ale sens ludzki, humanistyczny, występuje jedynie w wąskim zakresie racjonalności. Sens się różnicuje i mnoży w zależności od skali w jakiej patrzymy na obiekt. Kiedy zbliżamy twarz do lustra lub powiększamy pod mikroskopem, rzeczy mezoświata codzienności dzielą się na jeszcze mniejsze rzeczy itd. w nieskończoność, czyli w poznawczą (a być może metafizyczną) pustkę. Taką sytuację nazywamy w matematyce chaosem. Pustka może być tylko jednym z nieskończenie wielu aspektów rzeczywistości, może być plamką ślepą jakiejś niesłychanej metafizyki, którą widać z innej, nieludzkiej perspektywy. To wszystko ludzie absolutnie znudzeni uznają za najzupełniej w każdej chwili możliwe.

Wracając jeszcze do Sartre’a powiem, a mówię to zwłaszcza do sartrologów, że owo słynne zdanie „egzystencja poprzedza esencję” jest konsekwencją odkrycia Potwora.

Sartre’owi w czasach absolutnej nudy z lat 1933-1938 objawiał się absolut przygodności, czemu towarzyszyła silna świadomość możliwości zajścia nieskończenie wielu mutacji istnienia. Przy czym zmiana mogła się dokonać w każdej chwili. Dotykanie materii jest dotykaniem istnienia. Dotykanie istnienia wywołuje mdłości. Co wywołuje mdłości i lęk przede wszystkim? Widok lub dotyk, ledwie muśnięcie, potwora w z głębi. Cthulhu (opowiadanie Lovecrafta Zew Cthulhu zostało opublikowane dwanaście lat przed Mdłościami Sartre’a), Lewiatana. Sartre odkrył metafizyczne monstrum. Kartezjusz wcześniej odkrył złośliwego geniusza, czystego i schludnego, i nie dość, że odległego, to jeszcze wycofującego się posłusznie do jaskini hipotezy, odesłanego przez autora w kąt już po drugiej medytacji. Natomiast Sartre odkrył monstrum. Naturę, istnienie, naturalne istnienie jako przygodny absolut. Dlaczego? Co właściwie stoi na przeszkodzie, żeby nie powiedzieć za autorem Mdłości: „Ja  w i d z ę  tę naturę,  w i d z ę  ją… Wiem, że jej uległość to tylko lenistwo”[3]? Może ją widzieć, może widzieć jej uległość, ale nie może wiedzieć, że jest ono tylko lenistwem. Co do tego pewności nie ma, ponieważ absolut przygodności sam jest niepewny. Ta niepewność co do jego istnienia z jednej strony nie jest sprzeczna z jego istnieniem, ale z drugiej strony jednak to istnienie podważa, a przynajmniej uniemożliwia nam wiedzę w sensie słowa wiedza, którego konotację podzielają ludzie po kursie epistemologii. Wiedzieć może tylko mistycznie, ale taką wiedzę zaakceptują jedynie członkowie sartre’owskiej sekty. Potwór nie jest pewien, ale czasami podchodzi blisko, ociera się o skórę i myśli filozofów. Kiedy zbliża się do zdań, mnożą się wieloznaczności, język mutuje.

Sartre nie był pierwszy. Przed nim monstrum natury odkrył też Pascal, który przeraził się tak bardzo – w nieskończoności liczb nie ma racji, żeby przyjąć tę albo inną, przerażający ogrom tych nieskończonych przestrzeni, niewiedza, stałość grozy, wieczna samotność, itd. – że aż uwierzył w Jezusa Chrystusa i został gorliwym jansenistą. Wracając jeszcze do Sartre’a powiem, a mówię to zwłaszcza do sartrologów, że owo słynne zdanie „egzystencja poprzedza esencję” jest konsekwencją odkrycia nieskończonej głębi, czy też potwora przygodności. Egzystencja pojęta jako istnienie poprzedza istotę, jakąkolwiek, ponieważ jest przygodna, jest poza prawem uporządkowanej bądź co bądź istoty. Jedyne prawo, to prawo mocy istnienia, prawo dynamiki jego kapryśnych przemian. Takie istnienie do pewnego stopnia przypomina postać woluntarystycznego Boga Dunsa Szkota. Jako egzystencja ludzka poprzedzamy naszą istotę, ponieważ nasza ewentualna istota jest produktem głębi istnienia, która może w każdej chwili, przez jedno małe drgnienie, odwołać nas z tego padołu, czy też z powierzchni tej oto ziemi, po której balansujemy w dzień i w nocy. Ta nieznana głębia jest ograniczeniem dla istoty.

Gdyby przygodność absolutna nie była ograniczeniem istoty, więc trwałego rdzenia rzeczy, zestawu jej cech, programu czy prawa, zgodnie z którymi rzecz się strukturyzuje i organizuje a organizm rozwija, wtedy nie byłoby żadnego ograniczenia dla wiecznych praw istoty, jej trwałości i formy. I wszystko dokonywałoby się zgodnie z prawem, tak, jak u Arystotelesa. Tymczasem nietrwała, skrajnie jednostkowa materia w doświadczeniu Sartre’a wygrywa z formą (istotą) spór o miano absolutu. Jednostkowa materia obdarzona zostaje absolutnością, więc absolutną mocą, czego rezultatem jest powstanie potwora przygodności, który odbiera trwały sens nawet swoim własnym narodzinom. Zdaniem Roquentina ludzie nie wiedzą pewnych rzeczy o naturze:

„Gdyby się coś stało? Gdyby nagle zaczęła drgać? Wtedy dostrzegliby, że jest obecna i poczuliby skurcz serca. Na cóż więc zdałyby się im tamy i wały, elektrownie i wielkie piece, i młoty mechaniczne? Może się to zdarzyć kiedykolwiek, może zaraz: są przecież znaki. […] I zobaczą, że ubrania stały się żywymi rzeczami. A ktoś inny odkryje, że coś drapie go w usta. Stanie więc przed lustrem [sic! – MP], otworzy usta: a jego język okaże się ogromną stonogą, żywą, przebierającą łapami i drapiącą go w podniebienie. […] A ten kto uśnie w swoim wygodnym łóżku, w słodkim ciepłym pokoju, obudzi się nagle w niebieskawej ziemi, w lesie szeleszczących członków, czerwonych i białych, wnoszących się ku niebu, jak kominy Jouxtebouville, z wielkimi jajami ledwo wynurzającymi się z ziemi, owłosionymi i okrągłymi jak cebula. A wokół tych członków będą latać ptaki, będą je dziobać i rozkrwawią je dziobami. A z ran tych będzie się wolno, łagodnie sączyć sperma, sperma pomieszana z krwią, szkląca się i ciepła, z małymi pęcherzykami.”[4]

Sztuka przygodności to surrealizm i pornografia, pornograficzny surrealizm lub surrealistyczna pornografia. W filozofii surrealizm wyłania się w głębi realizmu, któremu brakuje podstawy. Konsekwentnie przemyślany realizm prowadzi do surrealizmu. Potwór przygodności to rezultat poszukiwania zasady bezzałożeniowości, której tak długo i bezskutecznie poszukiwał Husserl, podczas gdy była cały czas tutaj, pod nogami, w nogach, we krwi, w mózgu, w oddechu, w płucach, w oczach. Ta zasada jest irracjonalna, ale lepiej powiedzieć, że jest irracjonalnym źródłem racjonalności, aby stępić pejoratywne ostrze irracjonalizmu. Zasady biorą się z bezzasadności.

Po Sartrze, dalej w szeregu odkrywców wymiaru abisalnego, absolutu przygodności staje młody filozof Quentin Meillassoux oraz dojrzały pisarz Michel Houellebecq. Jeśli chodzi o reżyserów filmowych, to kapryśnego potwora istnienia widzą z całą pewnością Lars Von Trier oraz Michael Haneke. Dlaczego nie ma w tym składzie Polaków? Ale przecież Polacy są, tak właśnie wypada powiedzieć, z najwyższą skromnością, po czym można wymienić na przykład nazwisko Witolda Gombrowicza.

Czy to jest pesymizm? Chyba jest, ale nie do końca. Niesamowitość i niepewność są tym, co różni filozofię abisalizmu, tej nowotworzącej, nowotworowej natury – od pesymizmu. Z tego źródła pijemy wodę życia, w nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy. Nasze życie nie jest tragiczne, lecz niesamowite.

Podzielność materii, liczne sposoby na jakie można o niej mówić, ale i bełkotliwe pomyłki, zmienność i kondensacja sensów, dają nam do myślenia o rozmaitych innych możliwościach przeżywania życia. Natomiast wizja śmierci otwiera pole nieskończonych przemian, ponieważ w chwili śmierci zerwana zostaje nasza więź ze światem, czyli ze wszystkim co tutaj znamy i czego się spodziewamy. Trup nie ma twarzy, jakkolwiek specjaliści od tanatopraksji robią wiele, aby odtworzyć złudzenie twarzy na potrzeby ceremonii pogrzebowej, złudzenie ostatniego pożegnania, tego, że jest się jeszcze z kim żegnać, że ten ktoś wciąż jeszcze tutaj jest. Ale człowiek zniknął z ciała w chwili śmierci i pozostało tylko ciało. W trupie nie widać człowieka, skądkolwiek byśmy nie patrzyli, chyba że patrzymy w przeszłość i raz jeszcze przeglądamy sobie nasze wspomnienia. Są oczywiście wyobrażenia zombie, ale świat pełen zombie stanowi jeden z możliwych światów w nieskończonym ogromie możliwych przemian, którym może ulec nasz świat. W nieskończonym ogromie światów nie ma powodu, żeby wybrać raczej świat z zombie niż bez, dlatego powracamy nieustannie do naszego świata, czyli do tego, który trwa niezależnie od ekscesów wyobraźni, ku temu co możliwe. Jednocześnie groza nieskończonych możliwości przemian stanów świata, wisi nieustannie nad naszym stabilnym światem. Ta stabilność może być tylko lenistwem przygodnego absolutu. Nikt nie zaprzeczy, że śmierć jest możliwa zawsze, dlatego w każdej chwili mogę się stać inny niż jestem, mogę zmienić się na nieskończenie wiele możliwych sposobów. Jest to sytuacja niesamowita i życie w poczuciu niesamowitości. Ani ateistyczne, ani religijne. Pozycja nietzscheańskiego linoskoczka.

Plaża, z której ktoś wyniósł jedno ziarenko piasku, pozostaje plażą.

Oto egzystencjalny nihilizm przekroczony w sobie, przechodzący momentami w abisalizm (od άβυσσος, abyss, abîme, Abgrund). Otchłań i ogrom możliwych historii, plątanina ścieżek, w której skacze się z nitki na nitkę, w nieskończonej sieci światów i wszechświatów. W tym wieloaspektowym ogromie każdy akt jest cudownym przejawem absolutu, nawet jeśli ów absolut jest bliższy ogromnej maszynie bez sternika niż człowiekowi (jak też antropomorficznemu Bogu). Abisalizm, który można by także nazwać apeironizmem lub monstrualizmem, jest wynalazkiem Anaksymandra. Wracało do niego także kilku ważnych filozofów nieskończoności, m. in. Pascal, Spinoza, Hegel, Nietzsche z jego nieskończonymi perspektywami czy właśnie Sartre. Gdybyśmy poczytali Husserla bądź Heideggera, również u nich dostrzeglibyśmy niejedno głębinowe rozpoznanie grozy przygodności. U Husserla przyjmowane z rezerwą, natomiast u Heideggera witane z radością, której nauczył się od Nietzschego. Bo Heidegger chyba niekoniecznie umiał się śmiać sam z siebie, jego śmiech był wyuczony. Wymieńmy jeszcze Deleuze’a z jego rozróżnieniem na przestrzeń jako głębinowe, metafizyczne spatium i fizyczne, euklidesowe extensio, nie zapominajmy też o greckiej Chorze, podobnie jak nie zapominajmy o Derridzie. Jednym tchem wymieńmy też koniecznie Kafkę i Becketta, Bernharda, cofnijmy się do Szekspira. Gdzie byśmy nie poszli, natrafiamy na piewców absolutnej przygodności, ogromu, głębi i bezbrzeżności. Przejrzyjmy teksty autorów zafascynowanych wzniosłością i szaleństwem, poczytajmy o boskim szale świętych idiotów. Wszędzie tam znajdziemy wymykający się racjonalności odniesienia do nieskończonej otchłani możliwych przemian. Być może też Heraklit powiadający, że „natura lubi się ukrywać”, miał na myśli ów przygodny ogrom, w którym wszystko płynie, a zatem w którym wszystko może się w każdej chwili zmienić. Natura ukrywałaby się w stałości i niezmienności logosu, w stałości prawa. Logos byłby w takiej interpretacji kryjówką prawdziwej natury, physis jako absolutnej i ostatecznej przygodności. Zwykle myślimy, że ukryte jest prawo, logos natury, którego nie widzą głupcy. A co jeśli prawo skrywa w sobie, gdzieś w głębi, u źródła, suwerenną władzę obscenicznej przygodności?

Jak dotąd zawsze wracam z bieguna nieskończonych możliwości do mojej aktualnej sytuacji, czyli do tego dobrze nam, postnihilistom, znanego, zdroworozsądkowego nihilizmu niesamowitości, który w ciągu dnia przejawia się podmiotową wolnością i swobodą, natomiast w nocy staje się twórczą fantazją. Po czym zaraz myślę, że to wszystko i tak nie ma większego znaczenia, ponieważ ma już znaczenie największe jakie może mieć, ma znaczenie w absolutnej nieskończoności, która jest wszędzie, tutaj i tam, nad którą nie mamy kontroli, nie możemy też wywierać na nią znaczącego wpływu. Nasz wpływ na nieskończoną ilość (f)aktów jest bez znaczenia. Plaża, z której ktoś wyniósł jedno ziarenko piasku, pozostaje plażą. Wszystkie opowieści rozkwitają w niezmierzonej przestrzeni zdarzeń. Teraz wchodzimy w te opowieści jak do ogrodu pełnego egzotycznych kwiatów, afirmując ich nieczułe piękno.

Ewa Kalinowska Bajek, Pejzaż liliowy, olej na płótnie, 43x53 cm, 2015
Ewa Kalinowska Bajek, Pejzaż liliowy, olej na płótnie, 43×53 cm, 2015

[1] Jean-Paul Sartre, Mdłości, przeł. Jacek Trznadel, Zielona Sowa, Kraków 2005, s. 25.

[2] Tamże, s. 26.

[3] Tamże, s. 181.

[4] Tamże, s. 182.

DATA PUBLIKACJI: 16 marca 2017
OSTATNIA AKTUALIZACJA: 28 marca 2017