źródło: https://www.flickr.com/photos/30591976@N05/4060888228#, Rokin' Bones
źródło: https://www.flickr.com/photos/30591976@N05/4060888228#, Rokin' Bones

Zagadkowy człowiek

Enigmatyczne perypetie pewnego jegomościa

Nasz zagadkowy człowiek pochodził z zagadkowej rodziny z krótką przeszłością. Od dziadków wstecz, jego drzewo genealogiczne ginęło w mroku zagadkowości i nieodgadnioności, którego to mroku nie potrafili rozproszyć w późniejszym wieku nawet Mormoni. Człowiek był zagadkowy z powodu swojej całkowitej nowości, najpierw dla swoich, skądinąd także zagadkowych rodziców, następnie dla swoich zagadkowych dzieci. Pomiędzy tymi dwiema wyspami zagadkowości familijnej rozciągał się szeroki pas zagadkowości niczyjej, anonimowej zagadkowości przechodniów i kierowców, do której dołączała zagadkowość kamieni, drzew, powietrza, przestrzeni, czasu i, zwłaszcza, zagadkowość chmur oraz gwiazd. Zagadkowy człowiek rósł i rosła mu też jego zagadkowość. Kiedy już przestał rosnąć i zaczął się starzeć, zagadkowość rosła mu nadal, w jednostajnym tempie poprzeplatanym tu i ówdzie gwałtownymi okresami skokowej akceleracji. Zagadkowe narodziny zagadkowego człowieka odbyły się bez komplikacji, jeśli nie liczyć cesarskiego cięcia spowodowanego owinięciem szyi tego zagadkowego noworodka – jak pomyślał (ale chwilę później na zawsze zapomniał o tej myśli) lekarz prowadzący operację – pępowiną. W pierwszych miesiącach i latach życia zagadkowy człowiek prawie wszystko wiedział, i nawet nie wiedział, że to wiedział, z kolei nieco później zaczął coraz więcej nie wiedzieć. Najpierw jednak przestał nie wiedzieć, że wszystko wie i stał się oficjalnie wszechwiedzący. Wiedział, że wiedział wszystko itd., czyli że już mył zęby, lecz jeszcze nie umył twarzy, że siusiu, że kupka, że mama i że tata. I jeszcze, że dzieci się z niego śmieją bo jest zagadkowo rudy, podczas gdy śmiejące się dzieci miały inne, zupełnie nie zagadkowo ubarwione owłosienie. Zagadkowy człowiek stawał się tym bardziej wszechwiedzący, im bardziej dokuczały mu te nierozumiejące jego nadzwyczajnej zagadkowości dzieci. Ich drapieżny śmiech wzmagał jego wszechwiedzę i w pewnym momencie zagadkowy człowiek naprawdę wiedział już wszystko o wszystkim. Prędko polubił swoją wszechwiedzę i się w niej rozsmakował, do tego stopnia, że wiedział już wszystko o wszystkim we wszystkim, jeszcze zanim o tym wiedział i wiedział, że to wie. Na przykład narciarstwo. Wszechwiedzący zagadkowy człowiek potrafił od zawsze jeździć na nartach, wiedział o tym, mimo że nigdy nie przypiął nart, że dopiero myślał o włożeniu butów narciarskich po raz pierwszy, że dopiero wybierał sobie w wyobraźni odpowiedni dla siebie kask. Jednak w jeździe na nartach nie było dla zagadkowego człowieka niczego zagadkowego. W pewnym momencie, bez żadnej przyczyny, a w każdym razie nikt takiej nie zna, nikt takiej nigdy nie podał, nie zlokalizował, u zagadkowego człowieka rozpoczął się proces nabywania niewiedzy, wzrostu niepewności i zagadkowości różnych spraw. Ów proces toczył się jak śnieżna kula i powoli ogarniał coraz większe połacie rozmaitych pól aktywności i nieaktywności zagadkowego człowieka. W samym środku życia człowiek był, pół na pół, zagadkowy i całkiem oczywisty. Gdy przekroczył tę połowiczną zagadkowość, co dokonało się gdzieś mniej więcej pod koniec okresu dojrzewania, w okolicach czterdziestki, uruchomił się w nim jakiś mechanizm spustowy, niby w machinie neurobalistycznej. Zagadkowość rosła zagadkowemu człowiekowi z każdym niewypowiedzianym zdaniem, z każdym zamilknięciem, z każdym powstrzymanym słowem, grymasem czy spojrzeniem. Zagadkowy człowiek nie za bardzo wiedział, co ma myśleć o tej swojej przypadłości, nie wiedział nawet czy i czym się to leczy, i ta niewiedza, którą z nikim się nie dzielił, przemieniała się oczywiście w co? W coraz większą i większą zagadkowość. Wtem, spiętrzona zagadkowość, dopływająca do zagadkowego kilkoma bądź kilkunastoma kanałami, które drążyła sobie przez tak wiele lat w jego, nie jego, życiu, osiągnęła masę krytyczną. Zagadkowy człowiek stał się zagadkowy sam dla siebie. Stopniowo zupełnie przestał orientować się w elementarnych sprawach. Najpierw przestał wiedzieć, dlaczego lubi narty. Miał świadomość, że je lubi, ale to, dlaczego właściwie je lubi, stało się dla niego z dnia na dzień niesamowite i – naturalnie (nienaturalnie?) – zagadkowe. Zagadkowość lubienia nart weszła w zagadkowym człowieku w symbiozę z zagadkowością wszystkich czynności higienicznych, jakie ów wykonywał codziennie, rano i wieczorem, a czasami zdarzało się to także w ciągu dnia i nocy, gdzie bądź, podczas wieczornego spaceru, w sypialni domu wypoczynkowego i pod prysznicem zalewała go fala zagadkowości. Zagadkowość rudych włosów, które zagadkowy człowiek posiadał na sobie od urodzenia, które od urodzenia produkował swoim zagadkowym ciałem, nagle wyrosła przed nim jak jakaś samosiejka, nieoczekiwanie, razem z zagadkowością niebycia brunetem, kobietą, psem, pterodaktylem, drzewem, chmurą, swoim własnym snem, ferworem porannej bryzy, i tak dalej w nieskończoność. Do zagadkowości jego własnych narodzin – ale także wszystkich innych narodzin i śmierci – sprawnie dołączyła zagadkowemu człowiekowi zagadkowość zbliżającej się właśnie śmierci. Zagadkowy człowiek umarł w zagadkowych okolicznościach.

Nikt nie wie, czy zagadkowy człowiek popełnił samobójstwo, czy zabił się przypadkiem (a może ktoś go zabił?). Podobnie jak nikt nie wie, czym było owo zagadkowe życie zagadkowego człowieka. Faktem jest, że gdyby nie było zagadkowego człowieka, nie byłoby żadnych zagadek. Wszystko byłoby od razu jasne albo ciemne. Tak jasne, że nikomu nigdy nie przyszłoby do głowy, że kiedykolwiek mogłoby nie być światła, i tak ciemne, że nikomu nigdy nie przyszłoby do głowy, iż kiedykolwiek mogłoby nie być nocy. Nie byłoby zresztą ani nocy, ani dnia. Nie byłoby ani światła, ani nicości. Chociaż nicość jest chyba jedyną rzeczą, która nie ma żadnego związku z zagadkowym człowiekiem. I właśnie ten brak związku czyni ją mimo wszystko tak zagadkową. Jak wyglądał – w szczegółach – mechanizm spustowy, który sprawił, że zagadkowy człowiek stał się zagadkowy dla samego siebie? Prześledźmy go krok po kroku:

Ogromna biała ryba wynurza się powoli z głębin oceanu i w pełnym słońcu błyska rytmicznymi łuskami ponad gładką powierzchnią nieskończonej tafli bez wysp. Ten wszechświat jest kroplą.

DATA PUBLIKACJI: 22 maja 2017
OSTATNIA AKTUALIZACJA: 30 maja 2017