skoczek

Skoczek wzwyż

Choć stał się mistrzem i nikt mu już nie mógł dorównać, nie przestał uważać, że wciąż jeszcze skacze za nisko. Wciąż poprawiał swoje rekordy i walczył już tylko sam ze sobą.

Był mistrzem skoku wzwyż.

Skakał od dziecka. Nie w dal, nie przed siebie. Tylko do góry. Zawsze, odkąd pamiętał.

Właściwie nie umiał nic więcej, za to do góry skakał jak nikt. Nie nauczył się jeszcze czytać i pisać. Ledwie w ogóle zaczął mówić. Ledwie jego nogi nauczyły się utrzymywać go w pozycji pionowej, jak na człowieka przystało. Gdy już ugięły się kolanka, naprężyły łydeczki i… hop w górę! Chłopiec skoczył. Niewysoko. Wywrócił się. Zapłakał. I odtąd zawsze już skakał.

Skakanie to było jego główne zajęcie, tak. Z biegiem dni i lat – skakał w górę, a jego wprawa w skakaniu w górę rosła. Gdy poszedł do szkoły, od razu zwrócił na siebie uwagę tym niebywałym talentem do skoków. Jak również brakiem talentu we wszystkich innych dziedzinach. Zdawało się, że wszystkie jego ambicje, siły, zdolności skumulowały się w skakaniu wzwyż, bez reszty i rezerwy na cokolwiek innego. Szybko zatem skierowano go na ścieżkę edukacji sportowej. Skakał bowiem jak sprężyna, był niebywale gibki, elastyczny, skoczny, anatomicznie wręcz stworzony na skoczka, stwierdzono w badaniach.

Więc skakał i skakał, skakał coraz wyżej, coraz wyższe pokonywał przeszkody. Jeden z nauczycieli został jego trenerem, poświęcał mu czas, ale nawet on – a może zwłaszcza on – wiedział, że taki talent do skoków rozwinąłby się nawet bez troskliwego trenera.

Tym bardziej, że nie przeszkadzały mu w rozwoju żadne inne zainteresowania. Kto bowiem oddaje się w pełni i z pasją jakiemuś powołaniu, nie dba już prawie o nic innego; skacze. I jak to bywa, gdy ktoś utalentowany bierze się do czegoś z zupełnym oddaniem i pracuje, nadeszły spodziewane rezultaty i zasłużone sukcesy. Wkrótce stał się mistrzem skoku wzwyż. Zdobył złote medale; uwieńczyły go laury; zarobił dużo pieniędzy – zwłaszcza jak na kogoś, kto umie tylko skakać. No, ale jak skakać! Jak wysoko! Jak gibko!

Wciąż poprawiał swoje rekordy i walczył już tylko sam ze sobą

Przyniósł wielką radość swojej rodzinie, swojemu rodzinnemu miastu i swojemu rodzinnemu krajowi. Wychwalano go – pod niebiosa. Nazywano lotnikiem. Mówiono: nie, on nie skacze, on lata. Nazywano go aniołem. Wychwalano jego skromność. Przeprowadzano z nim rozmowy i pytano o opinie. Chętnie odpowiadał im na pytania i udzielał rad, chociaż jeszcze chętniej skakał wzwyż.

Wcale bowiem, choć stał się mistrzem i nikt mu już nie mógł dorównać, nie przestał uważać, że wciąż jeszcze skacze za nisko. Wciąż poprawiał swoje rekordy i walczył już tylko sam ze sobą. I jak to bywa – skakał coraz wyżej. Budził coraz większy podziw. Mówiono: człowiek nie może skakać tak wysoko. On przekroczył wszelkie ograniczenia. Budził zdumienie.

Powiedzieli: oto mistrz, oto wielki człowiek. Bo tylko człowiek wielki może skakać tak wysoko, jak nie podskoczy nikt. (Drugi po nim był w stanie doskoczyć do trzech czwartych wysokości, jaką pokonał.) A on słuchał ich i kiwał głową. Był szczęśliwy, że go tak chwalą. Powiedzieli: wielki jest i wspaniały. A on ich słuchał i wierzył im. I radował się, bo przecież od dzieciństwa skakał i skakał – po coś to w końcu było. Zrozumiał, że został powołany.

I pomyślał wówczas: skaczę, więc jestem wielki, jestem wielki, więc jestem szczęśliwy. Skakanie wzwyż czyni szczęśliwym i wielkim. Czyli lepszym. A zatem ludzie powinni więcej skakać, jak ja. Wszyscy powinni wziąć ze mnie przykład, pomyślał też skoczek. Czemu tak mało ludzi skacze wzwyż? – myślał sobie dalej. Tylko garstka ludzi skacze wzwyż, a przecież byliby lepsi, gdyby wszyscy skakali. Byliby szczęśliwsi. Czemu nie skaczą? – myślał sobie skoczek wzwyż. A zatem trzeba ich zachęcić do skoków wzwyż.

Tak pomyślał i postanowił, a jak postanowił, tak zrobił. Zaczął więc aktywnie działać na rzecz upowszechnienia skoku wzwyż. Stał się promotorem i sponsorem tego sportu wśród całej populacji. Powołał fundację na rzecz skoków wzwyż, której został głównym fundatorem; udzielał się na forach publicznych i w mediach społecznościowych. Założył fanpejdż na fb „Pokochaj skoki wzwyż”, który zebrał szybko kilkadziesiąt tysięcy fanów; zatrudnił zespół do jego prowadzenia. Jego działania odniosły szybko spodziewane rezultaty. Wzrosły rzesze jego wielbicieli i fanów, zapanowała prawdziwa skoczkomania; tysiące dzieci obojga płci zgłaszało się do szkółek skoków, które osobiście otwierał w kolejnych miastach i miasteczkach. Także władzom było to bardzo w smak i wielu wojewodów oraz marszałków sejmików zaangażowało się w propagowanie skoku wzwyż. Prasa i telewizja podjęły intensywną kampanię zachęcania. Nie wypadało wręcz od pewnego momentu kwestionować akcji – stała się dobrem publicznym, przedmiotem narodowego konsensusu; mówiono: różnić się możemy pod wieloma względami, ale wszyscy, od lewa do prawa, zgadzamy się, że skoki wzwyż to nasza przyszłość! Zaniedbano wręcz inne dziedziny sportu, tak bardzo skoki wzwyż stały się popularne.

Jemu jednak wciąż było za mało, nawet gdy został w kolejnych wyborach senatorem z ramienia partii rządzącej, a nawet kimś wymienianym wśród silnych kandydatów na ministra sportu. Wciąż było mu za mało, bo uważał, że sprawy skoków nikt nie traktuje z należną powagą; czuł też niejednokrotnie, że podejmowane są próby jej instrumentalizacji, że i jego traktuje się nierzadko protekcjonalnie. W jego fundacji, która zdążyła rozrosnąć się do wielkich rozmiarów, miały miejsce pierwsze defraudacje i pomniejsze afery; kręciło się wokół niej coraz więcej dziwnych osób. I choć wszystko zdawało się być na wspaniałej drodze ekspansji i nie można było odmówić jego wielkiej akcji wielkiego powodzenia – wszystko jednocześnie zdawało mu się teraz „nie takie, jak miało być”. Mistrz był sfrustrowany. Jedynie skoki były dziedziną, w której wciąż dokonywał niemożliwego.

Prezydent zaprosił go pewnego razu na rozmowę w cztery oczy

Głównym jego zmartwieniem było oczywiście to, że wciąż nie wszyscy obywatele oddają się skakaniu wzwyż; wciąż, mimo wszelkich jego wysiłków, była to tylko kropla w morzu. Marzyło mu się tymczasem społeczeństwo skoczków; społeczeństwo, w którym wszystko skokom jest podporządkowane, w którym skaczą wzwyż i młodzi, i starzy, i lud, i klasa średnia, i wyższa, i biali, i czarni – wszyscy, wszyscy! Wciąż zaś było do tego stanu rzeczy bardzo daleko. Przytłaczał go czasem ogrom zadania, jakie jeszcze przed nim stało, oraz samotność, w jakiej był z nim pogrążony. Nikt bowiem nie rozumiał dostatecznie głęboko jego idei ludzkości-skoczków. Nawet prezydent, który, też miłośnik sportu, był z nim w dobrej komitywie i lubił się z nim fotografować. Przez pewien czas pokładał nawet pewne nadzieje w prezydencie. Prezydent zaprosił go pewnego razu na rozmowę w cztery oczy, okazał się jego wielbicielem i fanem; zapalił się do idei społecznego upowszechnienia skoku wzwyż. Zdawał się całkiem przekonany do argumentów: nasze społeczeństwo potrzebuje ambitnego zadania; jeśli staniemy się narodem przodującym w skokach wzwyż, będziemy też w stanie osiągnąć wiele na innych polach. Skoki unowocześnią nas i uczynią bardziej rzutkimi. Prezydent słuchał go z uwagą w swoich okrągłych oczach, a na jego wydatnych policzkach pojawiły się nawet delikatne rumieńce. Być prezydentem narodu skoczków, to byłoby przecież coś. Jednak po jakimś czasie okazało się, że prezydent ma własną agendę, w której skoki wzwyż mogą pełnić jedynie rolę drugorzędną. A nie o to chodziło – myślał mistrz.

Wciąż skakał coraz wyżej – pod tym względem nic się nie zmieniło. Ale nie był już szczęśliwy.

W pewnym momencie zresztą impet przedsięwzięcia zaczął się jakby wytracać. Spadła dynamika przyrostu liczby fanów na fb. Do szkółek też zgłaszało się nie dość chętnych. Władze, zajęte kolejnym kryzysem, mniej miały dla niego uwagi. Zaczął rozumieć, że w ten sposób nie uda mu się urzeczywistnić swej wielkiej idei. Potrzebne były bardziej radykalne kroki.

Był na to przygotowany. Już od jakiegoś czasu przygotowywał plan B. Zakładał, że kilku najbardziej mu oddanych współpracowników zechce mu pomóc. Ale rozumiał już także, że w głębszym sensie nie miało to żadnego znaczenia, czy tych kilkoro wielbicieli będzie z nim, czy nie. Nie miało to znaczenia, bowiem nie od tego zależało powodzenie przedsięwzięcia, czy tych kilkoro z nim będzie. Powodzenie przedsięwzięcia, rozumiał to dobrze i promieniowało w jego umyśle jak wielkie wewnętrzne słońce to zrozumienie, że tylko jego żarliwość, tylko jego absolutne oddanie ma decydujący charakter. Jeśli jednak zechcą mu pomóc, to tym lepiej, choć nie zależało mu na nich.

Wszystko zależało tylko od żarliwości, z jaką powstanie w końcu spontaniczny, oddolny, powstańczy rozpalony przez jego iskrę Ruch. Ruch na rzecz skoków. To właśnie było działanie, które musiał podjąć. Ruch – nie inicjatywa, nie stowarzyszenie, nie fundacja, tylko wielki ogólnospołeczny, ogólnoludzki Ruch, który pójdzie za nim.

Musiał tylko rzucić hasło, iskrę.

Wszyscy ludzie zrozumieją wreszcie prawdę

Gdy już ten ruch powstanie i ogarnie ludzką rzeszę, zniesione zostaną wszelkie sztuczne bariery, jakie dotychczasowa cywilizacja postawiła instynktownej ludzkiej potrzebie skakania wzwyż. W szczególności z woli ruchu zakazane zostaną wszelkie inne sporty. Zwłaszcza skok w dal, najbardziej znienawidzony i szkodliwy ze skoków, zwyrodniały i zdegenerowany konkurent, w istocie karykaturalny karzeł wśród skoków – kto to w ogóle widział, jak to można pojąć, żeby ludzie skakali w dal, to szaleństwo od dawna już psuje wszelką kulturę. Ruch nakaże jednocześnie wszystkim skakanie wzwyż. Będzie to podstawowym obowiązkiem wszystkich obywateli; jedynie specjalne diagnozy komisji lekarskich będą zwalniały od praktykowania skoków wzwyż. Tak się stanie, bo taka będzie wola Ruchu.

A kiedy zapanuje Ruch nad krajem, rozszerzy się w oczywisty sposób także na inne kraje, kontynenty, narody. Wszyscy ludzie zrozumieją wreszcie prawdę – a on, choć wcale to nie jest jego ambicją, zostanie ich przywódcą. Powszechna wspólnota skoczków szybko rozwiąże wszystkie problemy, z jakimi dotąd ludzkość boryka się bezskutecznie, skrępowana przez niepisany zakaz skakania. Po jego zniesieniu i po wprowadzeniu przeciwnego nakazu nastanie jednak zupełnie nowa era. Zrozumiał to wszystko w jednej chwili, a było to tak jasne, jakby nosił w swojej głowie wewnętrzne słońce.

Iskrą, która to rozpali, będzie jego najwyższy skok. W końcu skoczy tak wysoko, że Ruch sam powstanie w reakcji na to wydarzenie. Ludzie wylegną na ulice w zachwycie, oszołomieni jego dokonaniem. Uformują się w wielkie kolumny, ruszą, żądając wolności skakania. W końcu doskoczy tak wysoko.

Musi tylko wciąż trenować. To najważniejsze, wciąż skakać wyżej.

 

 

DATA PUBLIKACJI: 4 września 2017
OSTATNIA AKTUALIZACJA: 1 czerwca 2018