black-and-white-car-photography-vehicle-usa-america-1285985-pxhere.com

Mechanik

Ludzie powinni wziąć przykład z Wilka. U niego jest prosto. Prosto i dobrze.

Warsztat mieścił się na tyłach Piotrkowskiej. Trzeba było przejść między Alkoholami Świata a Lokalnym Ośrodkiem Wsparcia Rodzin, podążać ulicą przy budynkach z czerwonej cegły, aż docierało się do blaszanej bramy, na której namalowano dużego, niebieskiego Fiata 125p. Przednie drzwi samochodu były jednocześnie wejściem do warsztatu. Trzeba było uważać, żeby się nie potknąć, bo zostały wycięte kilkanaście centymetrów nad ziemią.

Andrzej jednak przekraczał je pewnie każdego dnia. Wdychał z rozkoszą zapach benzyny. Mijał wystawiony na podwórku dla ozdoby wrak poloneza i witał się przyjaźnie z napotkanymi pracownikami, zanim dotarł do szatni. Wieszał ubrania na hakach, które kiedyś były korbkami do otwierania okien w autach. Wyjmował granatowy służbowy drelich z szafki zrobionej ze starego bagażnika i przed wyjściem przeglądał się w jednym z lusterek samochodowych przyczepionych do ściany nad umywalkami. Andrzej żył wyzwaniami, jakie co dzień stawiała przed nim jego praca. Rzadko zaglądał myślami w przeszłość. Jeśli jednak mu się to zdarzało, to nie znajdował w swojej pamięci wspomnień z czasów sprzed warsztatu. Jakby się tu urodził.

Warsztat był jego domem, a pracownicy rodziną. Miał wielu braci, którzy wykonywali tę samą pracę co on. Miał też kilka matek uśmiechających się z nieaktualnych kalendarzy. Matki opierały się na drogich samochodach i prezentowały swoje duże, nagie piersi. Niektórym mijający czas nadał niebieskawy odcień. Był też ojciec, właściciel warsztatu, którego zwali Wilkiem. Był wysokim i barczystym mężczyzną. Miał pomarszczoną twarz, a na czole starą bliznę, pod którą tkwiły jasne, łagodne oczy. Swoje długie, mlecznobiałe włosy przeważnie wiązał w kucyk. Wielu żartowało, że powinien nosić na plecach dwa miecze. Nie wiedzieli, że rzeczywiście takowe posiadał. Kupił je podczas wycieczki na Grunwald. Wisiały w gablocie w jego gabinecie wśród wielu innych pamiątek. Najciekawszym elementem na ciele Wilka były tatuaże. Pokaźna część powierzchni jego skóry była zapełniona samochodami i motocyklami. Każdy rysunek powstał na cześć wyjątkowo trudnej naprawy lub ciekawego pojazdu, który odwiedził jego warsztat. Czasami, gdy nie było zbyt wiele pracy, cała rodzina siadała na oponach, a Wilk opowiadał historie, które nosił zapisane na ciele.

Andrzej wiódł spokojne i przewidywalne życie. Lubił samochody. Lubił je nie tylko naprawiać, ale również odmalowywać. W miejsca, które należało ochronić przed farbą, przyklejał wtedy gazety. Białe, czarne i czerwone nagłówki krzyczały do niego, że na świecie dzieje się wiele nieszczęść, a znani i bogaci ludzie mają problemy w małżeństwach. Doceniał wtedy swój spokojny warsztat.

Lubił opowiadać o samochodach klientom, czyli gościom – jak nazywał ich w duchu. Z pasją tłumaczył sposób działania różnych mechanizmów. Samochody nie opuszczały go także po pracy. W domu oglądał programy motoryzacyjne albo szukał części w internecie. Miewał trudności z nazwami w obcych językach. Pół biedy, gdy były to części pochodzące z niedalekich krajów. Gorzej, gdy napotykał „chińskie znaczki”. Wtedy czuł się bezsilny.

To uczucie towarzyszyło mu również wówczas, gdy musiał naprawić samochód, w którym ważną funkcję pełnił komputer. Dawniej nie było ich wcale, potem pojawiały się od czasu do czasu, aż w końcu zaczęto je instalować we wszystkich nowych autach. Andrzej nie rozumiał komputerów. Wraz z nimi pojawił się nowy członek rodziny – Mietek, zaklinacz elektroniki. Podłączał laptopa do samochodu i rozmawiał z nim. Mietek był gruby, nosił kraciaste koszule i czapkę z daszkiem obróconym do tyłu. Andrzej potrzebował czasu, żeby się przekonać do Mietka, ale koniec końców przyzwyczaił się do niego. A nawet polubił, gdy Mietek pokazał mu, jak się doszkalać dzięki filmikom w internecie.

Po raz pierwszy w życiu poczuł gniew

Przed końcem pracy Andrzej miał w zwyczaju zaglądać przez okno do gabinetu Wilka. Jeśli widział, że szef nie był zajęty, pukał w szybę i machał na pożegnanie. Zdarzało się jednak, że zastawał właściciela warsztatu zgarbionego przed komputerem i wpatrującego się w kolumny cyfr. W takiej sytuacji Andrzej nie zdradzał swojej obecności. Wsłuchiwał się w ciężkie westchnienia Wilka, a czasami w jego rozmowy z Żydem z pieniążkiem – postacią z obrazu wiszącego nad biurkiem. Namalowany starzec również siedział zgarbiony nad biurkiem i wpatrywał się w książkę. Był ubrany w czarny płaszcz, na którym miał przewieszony tałes – białą modlitewną chustę w granatowe pasy. Jedna jego ręka była schowana za pustym workiem, a druga trzymała tytułowy pieniążek. Jego mina wskazywała, że dzieli troski właściciela warsztatu, nigdy jednak nie odpowiadał na jego pytania. W takie wieczory Andrzejowi w drodze do domu towarzyszył smutek. Przed snem przekonywał jednak siebie samego, że Wilk na pewno wymyśli, jak pokonać problemy, i wszystko będzie dobrze.

Któregoś razu miało się jednak okazać, że wcale nie jest dobrze. Tego wieczoru Wilk nie wzdychał ani nie rozmawiał z Żydem. Milczał, długo patrząc w ekran. Milcząc, wstał i wyszedł, a następnego dnia przyszedł do pracy spóźniony. Oczy miał zapuchnięte i czuć było od niego alkoholem. Zebrał rodzinę wokół siebie i powiedział, że nie dał rady spłacić pożyczki z banku i że wkrótce przyjdzie komornik i zamknie warsztat. I rzeczywiście, po kilku godzinach pojawił się wysoki, chudy mężczyzna ubrany w czarny płaszcz. Miał na szyi złoty łańcuch z symbolem paragrafu, także ze złota, a na oczach ciemne okulary. Asystowało mu sześciu policjantów. Tworzyli wokół niego jednolitą, niebieską ścianę, z której tu i ówdzie wisiały kajdanki i pałki. Radiowozy oświetlały całą okolicę migającym, czerwono-niebieskim światłem. Komornik uśmiechał się kącikiem ust.

Andrzej pomyślał, że gdyby zło przybrało ludzką postać, ubrało się i wyszło na ulicę, to wyglądałoby właśnie tak jak ten człowiek. Nie rozumiał, dlaczego ktoś mógłby chcieć zamknąć jego warsztat. Zresztą nie było na świecie argumentu, który by go przekonał, że ktoś miałby do tego prawo. Po raz pierwszy w życiu poczuł gniew.

Komornik chwycił za pędzel i zanurzył go w czerni swojego płaszcza, po czym zamaszystym ruchem skreślił warsztat, malując wielkie „X” na jego bramie.

Andrzej poczuł, że kręci mu się w głowie, a pięści zaciskają mimowolnie. Jego wzrok padł na skrzynkę z narzędziami. Chwilę później w jednej ręce trzymał już klucz francuski, a w drugiej klucz nasadowy.

– Nie! – krzyknął.

Wszyscy wokół niego ucichli. Mężczyzna wskoczył na wrak samochodu stojący na środku podwórka, po czym z krzykiem walnął w dach pojazdu. Najpierw kluczem francuskim, potem nasadowym. A potem znowu francuskim. I walił tak rytmicznie, a przy każdym uderzeniu krzyczał jedną sylabę: „Nie!”.

Niebieska ściana policjantów ruszyła w jego kierunku niczym fala. Andrzej jednak nie przestawał. Jego głowa płonęła, a przy każdym uderzeniu z dachu samochodu tryskały iskry.

Jakiś prąd przeszedł po zebranych pracownikach. Wznieśli w górę ramiona i również zakrzyknęli: „Nie!”. Ich głos był tak potężny, że fala policjantów się załamała, a ich pałki opadły.

Drogie rękawy objęły go jednak za szyję i zapewniły, że nauczą go wszystkiego

Komornik przestał się uśmiechać. Z ulicy doszedł go szmer. To ludzie wracający z pracy i inni przechodnie z Piotrkowskiej zaczęli się zbierać, przyciągnięci hałasem i światłami. Wkrótce i oni zaczęli krzyczeć: „Nie!”. Policjanci zrobili się mniejsi. Niebieska ściana skurczyła się, rozrzedziła i podzieliła na poszczególnych oficerów. Niebo zaciągnęło się ciemnofioletowymi chmurami. Nie wiadomo skąd pojawiły się media. Zagrzmiał grzmot wyładowania elektrycznego potrzebnego do teleportacji dziennikarzy. Zewsząd zabłysły zsynchronizowane flesze aparatów. Tego było już za wiele. Komornik dał znak do odwrotu. Rytmiczne okrzyki tłumu odprowadzały oddział policjantów, który podzielił się na kilka strumieni i spłynął do radiowozów. Gdy ostatni pojazd odjechał, skandowanie ucichło i przeszło w szelest oklasków. Powietrze ochłodziło się.

Następnego dnia Andrzej był na okładkach wszystkich gazet. Na zdjęciach jego sylwetka górowała nad tłumem. W rękach trzymał dumnie swoje narzędzia pracy. Okazało się, że bank jest skłonny renegocjować umowę z Wilkiem. Warsztat ocaleje.

Do świadomości Andrzeja powoli docierało, że zrobił coś dobrego, a nawet wielkiego. Pracownicy klepali go po ramieniu. Wilk położył mu dłoń na karku i powiedział: „Dobra robota”, a jego oczy były pełne dumy.

Świat Andrzeja rozszerzył się, gdyż nawet przypadkowi ludzie na ulicy uśmiechali się do niego i chcieli mu uścisnąć dłoń. W jego stronę wyciągały się również wypielęgnowane ręce, na których wisiały drogie zegarki, chowające się w mankietach eleganckich garniturów. Padły pytania: czy może nie chciałby pomóc swojemu krajowi? Uratować go, tak jak uratował swój warsztat? Bo przecież dzieje się źle. Andrzej był onieśmielony. Nigdy nie przyszło mu do głowy, że ktoś mógłby złożyć mu taką propozycję. Drogie rękawy objęły go jednak za szyję i zapewniły, że nauczą go wszystkiego. Wiły się wokół niego i kusiły wysoką pensją. Widząc jednak, że Andrzej nie wydaje się zainteresowany pieniędzmi, wróciły do tematu naprawy państwa. „Pomyśl, Andrzej – syczały – ile jest innych warsztatów w kraju, którym mógłbyś pomóc, gdybyś pracował dla rządu? Ile niesprawiedliwości mógłbyś naprawić?”. Ta wizja spodobała się mechanikowi. Odpowiedział, że przemyśli propozycję, i uwolnił się od ramion.

Wieczorem zaszedł do biura właściciela, aby zasięgnąć jego rady. Rozmawiali tak długo, że światło ich w oknie zgasło tej nocy jako ostatnie w mieście. Rano Andrzej był już pewien swojej decyzji.

– Podrzynam sobie gardło dla kraju – powiedział Waldemar

Został zaproszony do stolicy. Na małej kartce miał wypisany adres siedziby rządu. Okazało się, że nie była potrzebna – wielki gmach był widoczny z daleka. Sprytnie zaprojektowane ruchome ściany odbijały światło słoneczne we wszystkich kierunkach o każdej porze dnia. Przy wyższych piętrach gdzieniegdzie unosiły się powoli chmury, z których wyłaniały się postacie o krótkich włosach, ubrane w czarne garnitury i w czarnych okularach. Andrzej musiał osłonić oczy od światła. Z blasku wynurzył się polityk – Waldemar. Był małym, łysym i grubym człowiekiem w okularach, za którymi ukrywały się oczka pozbawione rzęs. W pierwszej chwili nie budził zaufania. Niemniej Andrzej musiał później przyznać, że jego wiedza wydawała się nieograniczona.

– Podrzynam sobie gardło dla kraju – powiedział Waldemar, a czerwień jego krawatu potwierdzała jego słowa – a ludzie tego nie doceniają. Potrzebujemy cię, Andrzej. Mogę ci mówić „Andrzej”? – zapytał i nie czekając na odpowiedź, kontynuował: – Potrzebujemy cię, żebyś wytłumaczył obywatelom, co my tu robimy. Dostaniesz posadę rzecznika rządu.

Poprowadził mechanika do budynku.

– Przy frontowych drzwiach zawsze roi się od dziennikarzy. Wejdźmy od tyłu.

Przeszli za budkę strażnika, gdzie blask się kończył, jakby go kto nożem uciął. Były tam gęste chaszcze i śmierdziało uryną. Dotarli do drzwi, które były tak małe, że trzeba było się mocno schylić, żeby przez nie przejść. Po drugiej stronie czekała ochrona. Od razu dwóch, niemal identycznie wyglądających mężczyzn w ciemnych hełmach z włączonymi czołówkami, wzięło się za rozbieranie i przeszukiwanie Andrzeja. I gdy już przyszły rzecznik rządu myślał, że ich promienie zajrzały do każdego zakamarka jego ciała, ochroniarze wcisnęli niewidoczne przyciski na hełmach i światła zmieniły kolor na zielony. Oświetlona przez nie skóra stawała się przeźroczysta, a kości stawały się widoczne. Po zakończonej kontroli funkcjonariusze wrzucili Andrzeja do zsypu. Biedny mechanik spadał przez chwilę w ciemnościach, aż wylądował w pomieszczeniu wypełnionym rozwiniętymi miarkami krawieckimi. Szybko się w nich zaplątał, tak że przypominał mumię. Dwie wielkie pałeczki wyciągnęły go stamtąd i położyły na łóżku. Cztery kobiety o azjatyckiej urodzie pochyliły się nad nim i uwolniły go od miarek, którym przyglądały się z uwagą, chichocząc między sobą. Położyły na jego nagim ciele kawałki materiałów i zaczęły wbijać w nie niezliczenie wiele igieł, aż Andrzej zmienił się w jeża. Na koniec jednym zwinnym pociągnięciem zszyły wszystkie skrawki w idealnie dopasowany garnitur. Kobiety popchnęły łóżko ku ścianie, w której znajdował się otwór, i odchyliły je tak, by mężczyzna zsunął się z niego w kolejną ciemną otchłań. Tym razem wylądował w pokoju, w którym jedynym źródłem światła były szpary w niedużych drzwiach. Andrzej podszedł i otworzył je. Znalazł się w wysokim, białym korytarzu pełnym kolumn, gdzie czekał już na niego Waldemar. Polityk poprowadził go przez olbrzymi labirynt do sektora biur. Po drodze kolumny zmieniły się w wielkie rzeźby byłych ministrów. Wszyscy mieli wzniesione ręce, jakby podtrzymywali strop. Andrzej i Waldemar zatrzymali się przy drzwiach, na których wisiała złota tabliczka, a na niej widniały wygrawerowane słowa:

Andrzej

Rzecznik Rządu

W budynku mieściło się wiele instytucji. Między innymi przedszkole dla dzieci pracowników. Okazało się jednak, że ci woleli posyłać swoje potomstwo do prywatnych placówek, więc stało puste. Przez następne tygodnie Andrzej spotykał się tam z Waldemarem i pobierał nauki. Rzecznik siadał w małej ławce na małym krześle, a polityk zajmował miejsce przedszkolanki przy tablicy. Na początku uczeń niewiele rozumiał. Jednak Waldemar okazał się bardzo cierpliwym pedagogiem. Często rysował różnokolorowymi flamastrami schematy mechanizmów i zależności między różnymi instytucjami i prawem. Doczepiał magnesami rozmaite zwierzęta i rośliny, żeby zilustrować hierarchię urzędów i stanowisk.

Któregoś dnia na Andrzeja spłynęło natchnienie.

– Jeśli opowiadając o biedronce można wytłumaczyć pracę ministra, to można to również zrobić za pomocą przewodu hamulcowego!

Waldemar patrzył na niego zdziwiony z zawieszonym w górze flamastrem. Po chwili opuścił rękę i podszedł do swojego ucznia. Miał na twarzy łagodny uśmiech. Położył dłonie na ramionach Andrzeja i zbliżył swoje grube szkła do jego twarzy.

– Jesteś gotowy – oznajmił z wyraźnym wzruszeniem i wkleił mu słoneczko do dzienniczka.

Andrzej został zaproszony na spotkanie Rady Ministrów. Urzędnicy odnosili się do niego przyjaźnie – uśmiechali się i klepali po ramieniu na powitanie. Tematem spotkania była planowana reforma budżetu. Gdy rozmowy się zakończyły, wszystkie spojrzenia skierowały się w stronę nowego rzecznika. Waldemar wskazał dłonią drzwi, których Andrzej wcześniej nie zauważył. Stanął przed nimi, wziął głęboki oddech i nacisnął na klamkę. Oślepiło go światło reflektorów skierowanych na mównicę. Zbliżył się do niej i nachylił nad bukietem mikrofonów. Zebrani dziennikarze czekali w milczeniu na jego słowa. Przez chwilę układał myśli, po czym zaczął opowiadać o spotkaniu, w którym uczestniczył. Tłumaczył, że w silniku to tłok robi całą pracę, a jego energię zbiera akumulator, że najwięcej paliwa zużywa się przy ruszaniu, a potem już coraz mniej, że od czasu do czasu trzeba pamiętać o wymianie oleju, a także wymianie zużytych części na nowe (dlatego częste kontrole są takie ważne) i że nowa reforma finansów uwzględnia wszystkie aspekty działania silnika, jakim jest budżet.

Następnego dnia sekretarka (tak, tak, Andrzej miał własną sekretarkę, która przynosiła mu herbatę i ciastka, kiedy tylko chciał) zostawiła mu na biurku gazetę.

– „Rząd się stara. Ustami nowego rzecznika komunikuje się ze społeczeństwem zrozumiałym językiem” – przeczytał nagłówek podekscytowany. Ledwo zdążył złapać gazetę i upić łyk herbaty, gdy przyszedł pierwszy gość: była to przedstawicielka ośrodka badań społecznych ubrana w garnitur w różnokolorowe pionowe prostokąty. Pokazała mu na tablecie słupki statystyk i poinformowała, że odnotowali wysokie poparcie dla reformy wśród zwykłych ludzi. Po niej wszedł do pokoju Waldemar. Ścisnął mu rękę i pogratulował, po czym włączył telewizor, w którym trwała transmisja z sejmu. Za pomocą przycisków na pilocie zbliżył obraz kamery na ławki, w których siedzieli posłowie opozycji. Byli wyraźnie zdenerwowani. Rozmawiali z dużym przejęciem, gestykulując i często wskazując ekrany tabletów.

– Ich elektorat popiera nasze reformy – wyjaśnił Waldemar.

Ostatni poseł partii rządzącej zakończył wypowiedź na mównicy imponującą żonglerką płonącymi pochodniami, pluł także ogniem. Marszałek zarządził głosowanie. Posłowie i posłanki w kolejnych rzędach synchronicznie wciskali odpowiednie przyciski i podnosili ręce, jeśli głosowali „za”. Fala przeszła z lewa na prawo. Ustawa o reformie będzie wdrażana. Rozbrzmiały oklaski.

– Te brawa są dla ciebie, Andrzej – powiedział polityk, patrząc z zadowoleniem na swojego podopiecznego. Wyłączył telewizor i dodał – Chodź, prezydent chce się z Tobą zobaczyć. To wielki zaszczyt!

Wyszli z pokoju i skierowali się do windy. Na wyświetlaczu zobaczyli, że jedzie z bardzo wysoka. Andrzej nie zdawał sobie sprawy, że w tym budynku jest tyle pięter. W końcu drzwi się otworzyły. Ze złotej kabiny wybiegły dwie ubrane na czarno oficerki BOR-u. Stanęły na baczność przed wejściem. Chwilę później z windy wyszedł mężczyzna, który głowę, szyję oraz kołnierz miał pomalowane na zielono.

– Właśnie pozuje do nowego banknotu, który ma nosić jego podobiznę – szepnął Waldemar do ucha Andrzeja, odpowiadając na niezadane pytanie.

Prezydent podszedł do rzecznika rządu i uścisnął mu dłoń. Przez chwilę patrzył mu w oczy, po czym powiedział:

– Dobra robota.

Odwrócił się i dał znak oficerkom, że będzie wracał na górę. Cała trójka zniknęła z powrotem w windzie.

Po skończonej pracy Andrzej wszedł do swojego samochodu zaparkowanego na rządowym parkingu i przekręcił kluczyk. Nie ruszył jednak od razu. Co wieczór o tej porze wracał do domu, czytał trochę o samochodach i szedł spać. Ale tego dnia czuł się inaczej. Zrobił coś wyjątkowego. Nie może tak po prostu wrócić do domu. Nie usiedzi na kanapie. Ale gdzie miałby jechać? Jak świętować? Siedział przez chwilę w bezruchu i wsłuchiwał się w szemranie pracującego silnika. Co zrobiłby Wilk? – zapytał sam siebie i po chwili już wiedział, gdzie powinien się udać. Zapiął pasy i ruszył przed siebie. Jechał do Osy. Musiał przejechać trasę ze stolicy do swojego rodzinnego miasta, ale w tej sytuacji nie mógł zaufać nikomu innemu. Poza tym miał przed sobą całą noc.

Studio Osy mieściło się niedaleko Piotrkowskiej, za pizzerią. Graffiti w bramie reklamowały jego usługi. Andrzej zaparkował, rzucił monetę trzymającemu wartę żulowi i wszedł do studia tatuażu.

– No dobra, ale jak mam narysować reformę finansów? – zapytał Osa po tym, jak Andrzej wyjawił mu cel swojej wizyty.

Rzecznik przejrzał wszystkie katalogi Osy, ale nie znalazł odpowiedniej ilustracji. Rozmawiali długo i w końcu zdecydowali się na prosty napis na ramieniu. Tego samego wieczora ciało Andrzeja zostało ozdobione pierwszym tatuażem.

Szybko pojawiły się następne. Każdy kolejny projekt rządu – od prostych nowelizacji, przez ustawy, aż po skomplikowane reformy – przechodził gładko przez obie izby parlamentu dzięki talentom oratorskim Andrzeja, po czym każdy znajdował swoje miejsce na jego ciele.

Któregoś ranka sekretarka poinformowała go, że pewna dziennikarka chciałaby z nim zrobić wywiad jeszcze tego samego dnia. Rzecznik miał już co prawda wypełniony grafik, zdecydował się jednak zostać chwilę dłużej po pracy.

Spotkali się w sejmowej kawiarni. Andrzej przywykł już do udzielania wywiadów, więc mówił chętnie i dużo. Dziennikarka była młoda i wydawała się zawstydzona, a może wdzięczna, że uzyskała dostęp do rzecznika po godzinach. Rozmowa zeszła na życie Andrzeja przed pracą w polityce. Były mechanik opowiadał zabawne anegdoty z warsztatu, a dziennikarka śmiała się najpierw nieśmiało, a potem coraz głośniej. W pewnej chwili mężczyzna wpadł na pomysł:

– A może chcesz zobaczyć mój warsztat? Tam gdzie kiedyś pracowałem. To co prawda kawałek stąd… i jest już późno…

– Bardzo chętnie – odpowiedziała ochoczo dziennikarka.

Wsiedli więc do samochodu i pojechali. Na miejscu Andrzej wyjął zapasowe klucze, które zawsze miał przy sobie, i wprowadził auto do warsztatu. Pokazywał kolejne pomieszczenia i opowiadał kolejne historie. Na środku podwórka wciąż stał reklamowy wrak samochodu, na który przyszły rzecznik rządu wskoczył w trakcie interwencji komornika. Minęli biuro właściciela i doszli do kanału, na którym stały pojazdy, które były aktualnie w naprawie. Andrzej spojrzał na uśmiechniętą dziennikarkę, a potem na drogi samochód, który stał nieopodal. Wspomnienia podszepnęły mu pomysł.

– A może zdjęłabyś ubranie?

Kobieta zdumiała się, ale jej uśmiech nie zniknął. Po chwili wahania zaczęła się rozbierać. Gdy miała już na sobie jedynie kolczyki w kształcie reporterskich mikrofonów, Andrzej wziął ją za rękę i zaprowadził w stronę samochodu. Złapał ją za biodra i delikatnie położył na masce. Dziennikarka próbowała objąć go za szyję. Mężczyzna złapał jednak jej ręce i położył na aucie, a potem ułożył nogi i głowę według obrazu, który miał w pamięci. Odszedł parę kroków, żeby spojrzeć na gotowe dzieło. „Powinna mieć większy biust” – pomyślał.

– Powinna być bardziej niebieska – mruknął pod nosem.

– Słucham?

– Nic, nic.

– A może i ty byś się rozebrał? – powiedziała tak, jakby upominała dziecko.

Andrzej wydawał się zaskoczony. Nie miał pomysłu na to, co może się stać, po tym jak skończy układać swoją modelkę. Pomyślał, że może ona również ma w swojej redakcji stare kalendarze z nagimi mężczyznami i zaśmiał się.

– Czemu nie?

Rozebrał się, a dziennikarka podeszła do niego, ale – ku jego zaskoczeniu – wcale nie miała zamiaru układać go w zapamiętane pozy. Zdawała się za to żywo zainteresowana jego tatuażami. Czytała je po kolei, bezgłośnie poruszając ustami. Poczuł, że ma erekcję. Dziennikarka uśmiechnęła się i objęła go. W tym momencie Andrzej zrozumiał: ona dążyła do tego, co widział na filmikach, które pokazywał mu czasami informatyk Mietek, gdy zostawali po godzinach. Wiedział już, co robić. Złapał dziennikarkę za włosy i przyciągnął jej głowę w stronę swojego krocza. Kobieta krzyknęła krótko, ale po chwili miała już pełne usta. Andrzej poruszał jej głową rytmicznie i przyglądał się dyndającym kolczykom.

– Niezły ten mój mikrofon, nie? – zażartował. Miał na nim wytatuowane „ustawa o mediach”.

Zdziwił się, że cała akcja skończyła się znacznie szybciej, niż to miało miejsce na filmach. Nie zdążyli nawet zmienić pozycji. Był jednak zadowolony z finału.

Dziennikarka zdawała się jednak nie podzielać jego entuzjazmu. Ubrała się i bez słowa wyszła z warsztatu. Krzyknął za nią, że ją odwiezie, ale nawet się nie obejrzała.

Następnego dnia w gazecie, którą widywał w czasach, gdy był mechanikiem, ukazał się artykuł, w którym autor donosił, że ciało rzecznika rządu jest pokryte tajemniczymi tatuażami. Spekulował, że mogą to być satanistyczne modlitwy. Tekst zilustrowany był zdjęciem wytatuowanego ciała, do którego doklejono głowę Andrzeja. W kolejnych dniach w głównym dzienniku wydrukowano serię artykułów krytycznych wobec posunięć rządu z ostatniego czasu. Demaskowano w nich szczególną rolę rzecznika. Najbardziej zjadliwe były podpisane przez dziennikarkę. Pani z ośrodka badań społecznych przyszła do jego gabinetu ubrana w czarną garsonkę z czerwonymi prostokątami. Ostrzegała, że poparcie dla rządu gwałtownie spadło. Nagle politycy spotykani na korytarzu przestali się do Andrzeja uśmiechać. Miał wręcz wrażenie, że szeptali coś o nim, gdy ich mijał. Zamknął się w swoim biurze. Zawołał sekretarkę. Usłyszał, jak się śmieje przed wejściem, jednak gdy weszła, była poważna.

– Czemu się śmiałaś? – zapytał ją.

– Słucham?

– Śmiałaś się przed drzwiami. Z czego?

– Przepraszam, ale nie rozumiem.

– Ze mnie się śmiałaś?

– Zapewniam pana, że to jakaś pomyłka. Nikt się nie śmiał. Czy podać panu herbatę?

Andrzej nie rozumiał. Zapytał się siebie: co zrobiłby Wilk?

Następnego dnia po raz pierwszy spóźnił się do pracy. Oczy miał przekrwione, był nieogolony i czuć było od niego alkoholem. Polecił sekretarce, by zwołała konferencję prasową, na której miał się odnieść do zarzutów, jakie stawiano mu w prasie.

Gdy przyszła pora, wyszedł na mównicę. Milczał przez chwilę, po czym nachylił się nad mikrofonami i powiedział:

– Nie rozumiem – po czym zamilkł i przez chwilę wydawało się, że to wszystko, co powie, ale zaczął ponownie – Nie rozumiem, co przestało działać. Coś się musiało zatrzeć. Wydawało się proste, a okazało się trudne. Oszukano mnie. Myślałem całą noc i nie zrozumiałem, co się wydarzyło. Zrozumiałem jednak, że zapomniałem, kim jestem. Postanowiłem więc to nadrobić.

Andrzej zdjął marynarkę. Po zebranych reporterach przeszedł pomruk zdziwienia. Rzecznik odpiął guziki w mankietach koszuli i podciągnął rękawy, ukazując dwa tatuaże. Na lewej ręce miał narysowany klucz francuski, a na prawej nasadowy. Dziennikarze zaczęli mówić jeden przez drugiego. Ich głosy zlały się w jedno głośne bzyczenie. W sali zrobiło się gorąco.

Andrzej skrzyżował ręce nad głową i w powodzi fleszy krzyknął:

– Jestem mechanikiem! Odchodzę! Polityka: nie!

Odwrócił się na pięcie i skierował się w stronę wyjścia, zostawiając za plecami głośną salę, w której dziennikarze latali we wszystkie strony aż pod sufit. Wyszedł na ulicę. Tam czekał na niego tłum ludzi. Chwilę patrzyli na siebie, mierząc się wzrokiem, po czym tłum powiedział jednym głosem:

– Dlaczego?

Ktoś postawił przed nim małą plastikową skrzynię na warzywa, odwróconą do góry dnem. Andrzej zrobił krok i stanął na niej.

– To zbyt skomplikowane – zakrzyknął. Przed nim pojawiła się większa, drewniana skrzynia. Zrobił kolejny krok. – Ustawy i reformy: to zbyt skomplikowane. Prawo: to zbyt skomplikowane. Inne kraje: to zbyt skomplikowane. Artykuły w gazetach: to zbyt skomplikowane. Drogie ubrania: to zbyt skomplikowane. Komputery: to zbyt skomplikowane. Chińskie znaczki: to zbyt skomplikowane. Kobiety: to zbyt skomplikowane – Ustawiono przed nim czarną mównicę, a jego głos został zwielokrotniony przez rząd głośników. – To wina ludzi w czarnych garniturach – W tłumie pojawiły się transparenty z hasłami popierającymi Andrzeja. Na obrzeżach placu sprzedawcy oferowali zabawkowe samochodziki, na których stała mała postać, która po nakręceniu uderzała rytmicznie w dach pojazdu. – To wina niewidzialnej ręki Żyda z pieniążkiem – kontynuował mechanik i zdjął koszulę. – Ludzie powinni wziąć przykład z Wilka. U niego jest prosto. Prosto i dobrze. Człowiek człowiekowi Wilkiem! – krzyknął głośno i skrzyżował ramiona nad głową. Na niebie załopotały czarne flagi z czerwonymi napisami „prosto i dobrze!”.

Zebrani ludzie powtórzyli jego gest, po czym wszyscy równocześnie wyciągnęli przed siebie wyprostowane prawe ręce z palcami wskazującymi zwróconymi w stronę nieba. Andrzej odwrócił się, uniósł głowę i zobaczył spadającą gwiazdę, która jaśniała wysoko nad nim. Zdawała się rosnąć i zbliżać. W pewnej chwili nakreśliła na niebie świetlistą kreskę i zniknęła za horyzontem. Pożegnał ją okrzyk zdumienia tłumu.

Chwilę później usłyszeli syreny wozów strażackich, za którymi jechały policja i wojsko. Za moment wszyscy już wiedzieli: gwiazda spadła w Polsce. Andrzej zszedł z mównicy, pobiegł do swojego samochodu i ruszył za kolumną pojazdów. Jechali długo. Miał złe przeczucia. Znał tę drogę. Zrobiło mu się gorąco. Im bliżej był celu, tym bardziej się pocił. Jego miasto. Jego dzielnica. Jego ulica. Jego warsztat.

A jednak.

Później mówiono, że satelita telekomunikacyjny uderzył o kosmiczny śmieć, zboczył z kursu i spadł na Ziemię. W tamtym momencie Andrzej nie dbał jednak o wytłumaczenie. Nie dbał o nic. Patrzył tylko na niezliczoną ilość odłamków luster, z których był zrobiony kosmiczny obiekt, zmieszanych z metalowymi częściami samochodów, pozostałościami po miejscu, które było jego domem. Upadł na kolana. Wokół niego zebrał się tłum, ale nikt się nie odważył podejść. Wszyscy tylko patrzyli na tego półnagiego mężczyznę w milczeniu pełnym metafizycznej grozy. Zerwał się wiatr i jakaś zagubiona strona gazety zawisła na połamanej antenie satelity. Andrzej zobaczył na niej prawie nagą modelkę ilustrującą artykuł o powiększaniu piersi, a pod spodem zdjęcie przedstawiające go klęczącego przed wrakiem. Wokół gazety rozbite kawałki lustra zwielokrotniały tysiąc razy jego twarz – tę prawdziwą i tę wydrukowaną. Zaczął padać deszcz. Gazeta zamokła i przykleiła się do wraku. Andrzej wstał i wziął do ręki jedną stronę. Wygładził ją gestem tak czułym, jakby głaskał nowiutkie Lamborghini. Rozejrzał się i znalazł nieopodal kiosk ruchu, który został rozpruty odłamkiem satelity, jak puszka sardynek. Wyciągnął stamtąd więcej gazet i zaczął nimi obkładać wrak. Fragment po fragmencie obklejał go mokrym od deszczu, potu i łez papierem, który kleił się i zamieniał w jednolitą masę. Gdzieniegdzie wystawała tylko reklama pasztetu lub czyjeś ocenzurowane przyrodzenie. Zebrani wokół ludzie poszli w jego ślady i w milczeniu uczestniczyli w tym dziwnym rytuale. Godzinę później w miejscu, w którym kiedyś był warsztat, stał pomnik z papier-mâché, a na nim prowizoryczna tabliczka, na której ktoś napisał: „wypadków nie ma”.

Andrzej odwrócił się i zobaczył niebieską ścianę policjantów oraz ścianę wojska w moro. Krzyknął do nich:

– Chciałem dobrze!

Wszyscy zwykli ludzie zebrani wokół niego krzyknęli: „Chcieliśmy dobrze!”, po czym złapali leżące tu i ówdzie kawałki metalu i ruszyli przed siebie do bitwy. Po tym zdarzeniu Andrzej zaginął. Niektórzy mówią, że poległ w walce, a jego ciało zostało wdeptane w ziemię. Inni twierdzą, że udało mu się zbiec i żyje teraz w jakimś raju podatkowym. Jeszcze inni są gotowi przysiąc, że widzieli, jak uniósł się w powietrze, przeleciał nad sejmem i dotarł do nieboskłonu, gdzie zastąpił brakującego satelitę i stamtąd nadaje zaszyfrowane wiadomości na kilku kanałach telewizyjnych o mniejszej oglądalności.

 

Notka na opakowaniu

Autor wyolbrzymił tutaj karykaturalnie pewne kwestie, które w jego ocenie są ważne w kontekście zrozumienia naszej rzeczywistości polityczno-społecznej. Nie uważa jednak, że populizm da się sprowadzić jedynie do kwestii nadmiernej złożoności świata. Ani że w partiach populistycznych uczestniczą przede wszystkim prostaczkowie.

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób i zdarzeń jest niezamierzone i przypadkowe.

DATA PUBLIKACJI: 9 października 2017
OSTATNIA AKTUALIZACJA: 13 listopada 2017