Koan
Koan

figa z makiem

z jednej strony pustka Wschodu różni się od pustki Zachodu, ale z drugiej strony pustka Wschodu i pustka Zachodu to jedna i ta sama pustka

 

Prolog

Kończę śniadanie w typowym amerykańskim dinerze – jadłodajni wyposażonej w chromowane wykończenia i tapicerkę z dermy w stylu lat pięćdziesiątych. Breakfast served all day! Nade mną kotłowanina obrazów wydobywających się z co najmniej czterech ekranów telewizyjnych. Waniliowe dźwięki przebojów radia Magic 106.7 wypełniają pomieszczenie zagłuszając transmisję na żywo z wojny, mecz futbolu amerykańskiego, reklamy soczystych hamburgerów przeplatane z reklamami lekarstw na żołądek oraz program poranny trochę podobny do „Pytania na śniadanie”, w którym eksperci doradzają, jak zorganizować szafki w przedpokoju z wykorzystaniem ich każdego milimetra sześciennego. Moje śniadanie jest niedojedzone. Nie ma chyba człowieka, który mógłby zmieścić to wszystko w żołądku za jednym razem! Przez około dziesięć sekund kontempluję pusty kubek po kawie. Dziesięć sekund, tyle trwa tutaj pustka, kelnerka z dzbankiem już spieszy by ją zapełnić… czymkolwiek…

Creatio ex nihilo

„UWAGA! [FIlm] zawiera fragment (…), w którym CAŁY dźwięk znika na około 10 sekund. Podczas gdy obraz pozostanie na ekranie, będą państwo słyszeli nic*. Jest to krok zamierzony przez reżysera dla zwiększenia efektu artystycznego.” – tak zabrzmiał komunikat umieszczony w kinach amerykańskich po niedawnych protestach w reakcji na dziesięć sekund zupełnej ciszy w trakcie pewnego filmu. Dlaczego krótka przerwa na pustkę umieszczona w dość zrozumiałym kontekście fabularnym mogła spowodować tak duży stres u amerykańskiej widowni? Skąd ten strach? Zacznijmy od początku. Zacznijmy od zera. Wraz z nadejściem religii monoteistycznych, nabrała ważności idea creatio ex nihilo (stworzenie z niczego) rozwijana w dominującej na Zachodzie filozofii i teologii chrześcijańskiej. Podczas gdy według większości starożytnych kosmologii bóstwa miały tworzyć świat z istniejących już półproduktów: wody, gleby, boskich plwocin, Jahwe – jedyna istota znajdująca się poza ludzkim rozumieniem wszelkich wymiarów – stworzył świat „ot tak!” z miłości, za sprawą własnej woli i inteligencji. Wyobrażenie sobie momentu tej decyzji, nie mówiąc już o samym „istnieniu” jednostki decydującej w tymże czaso-przestrzenno-materialnym niebycie jest dla ludzkiego umysłu logiczną niemożliwością. Nic dziwnego, że niebyt został wyobrażony jako coś przerażającego i nieogarniętego. Jako przeciwieństwo wszelkiego stworzenia (dobra), stał się on synonimem zła i kary za niewyobrażalne wykroczenia przeciwko Bogu. Według Biblii śmierć wieczna (wieczne oddzielenie od Boga lub piekło), stała się ostatecznym potępieniem za wykroczenia takie jak jedzenie krewetek, noszenie ubrań utkanych z wełny zmieszanej z płótnem, gotowanie jagniąt w mleku ich matek lub bluźnierstwo przeciwko Duchowi Świętemu. W sztuce strach przed niebytem łatwo jest odczytać w malarstwie średniowiecznej Europy, gdzie kompozycje ‘starają się’ zapełnić formami cały obraz, a nieuniknione luki pomiędzy postaciami wypełnione są płaską i tępą powierzchnią złota.

Duccio di Buoninsegna, "Majestat", 1308-11, via Wikimedia Commons
Duccio di Buoninsegna, „Majestat”, 1308-11, via Wikimedia Commons

Odwilże renesansu, baroku i rokoka nie wyleczyły nas ze strachu przed nicością. Teraz była ona jeszcze skuteczniej zagłuszana manifestacją życia i hedonizmu, przepychem, pulchnymi ciałami cherubinków i pogańskich bogiń, kiśćmi dorodnych winogron, kotłowaniną draperii i złotych ornamentów. Nadmiar hałaśliwej doczesności nasączał teraz nawet dzieła o tematyce biblijnej. Wyjątkiem stali się zmęczeni tym przepełnieniem twórcy, którzy w odruchu wymiotnym zdecydowali się na kontemplację spirytualizmu, prostoty i powściągliwości. Zanurzają się oni jednak w tym straszliwym, obładowanym karą, cierpieniem i śmiercią niebycie narażając swoje płótna i siebie samych na pociski zgniłych jaj, pomidorów i kamieni.

Bartolomé Esteban Murillo, Chrystus po biczowaniu, 1665, via Wikimedia Commons
Bartolomé Esteban Murillo, Chrystus po biczowaniu, 1665, via Wikimedia Commons

Te same pociski szybowały w stronę każdego nowego dzieła lub artysty, proponującego odwrót od mainstreamowego przepełnienia. „Wschód słońca” Moneta wywołał nieporozumienie i panikę podobną do tej znanej nam z niedawnych kinowych incydentów. Sceny bitew, antyczne mity, wielopostaciowe sceny biblijne, nimfy, amorki i portrety tęgich możnowładców zostały oto nagle odstawione. Teraz artyści zajęli się powietrzem, kolorem i światłem! „Nawet tapeta w swoim najbardziej embrionalnym stadium rozwoju jest bardziej pracochłonna niż ten pejzaż!”, krzyczał krytyk Luis Leroy.

Claude Monet, Impresja (wschód słońca), 1872, via Wikimedia Commons
Claude Monet, Impresja (wschód słońca), 1872, via Wikimedia Commons

Oswajanie nicości

Problem z recepcją sztuki impresjonistów i postimpresjonistów był najwyraźniej spowodowany ich inspiracjami niezbyt powszechnie znaną w XIX-wiecznej Europie sztuką i filozofią Wschodu. Idea pustki – buddyjska Śūnyata stała się tam domyślnym stanem powrotu do prawdziwej natury rzeczy, osiągniętym drogą medytacji zawieszeniem poza cierpieniem i przyjemnością, radością i smutkiem, ciemnością i światłem, hałasem i ciszą, ekscytacją i nudą. Manifestacja Śūnyaty w sztuce pojawia się między innymi pod postacią mgławych pejzaży namalowanych minimalną ilością zdecydowanych pociągnięć pędzla. Wyważony redukcjonizm przewiduje najwyżej trzydziestoprocentowe pokrycie powierzchni obrazu „czymś”. Pustka staje się tu funkcją, trochę jak wnętrze naczynia, którego nie trzeba natychmiast i w całości zapełniać, ale które funkcjonuje w harmonijnej koegzystencji z materią. Akt pozostawiania śladu na papierze lub jedwabiu nie musi być rozumiany koniecznie jako „dodawanie do”, lecz raczej jako „odejmowanie od” pustki, której spora część pozostaje na obrazie nietknięta i staje się spokojną, pozbawioną ładunku emocjonalnego otchłanią w niemożliwej do zdefiniowania tonacji. Trudno jest stwierdzić czy w myśleniu wschodnim materia jest „wydrążeniem” w pustce, czy raczej pustka „wydrążeniem” w materii.

Milczenie może być oznaką braku inteligencji. Na wszelki wypadek lepiej jest mówić bez ustanku

Pomimo pewnych ‘estetyczno-turystycznych’ wpływów filozofii i sztuki wschodniej na naszą kulturę pod postacią figurek Buddy, fontann z okrąglaków, wystroju mieszkań według zasad feng-shui, rosnącego zainteresowania yogą i medytacją mindfulness w korporacjach, symboli Yin-Yang na tiszertach i piaskowych ogródków Zen na biurkach, w mainstreamowej ponowoczesnej mentalności zachodniej nie ma pustych naczyń, ciszy na antenie oraz neutralnych otchłani i wydrążeń. Nasze umysły są przyzwyczajone do zasysania materii i treści automatycznie i natychmiastowo niczym pompy próżniowe w eksperymencie naukowym: „Otwieramy pojemnik… psssssss… pojemnik wypełnia się powietrzem… Zawsze!” Nie ma miejsca na pauzę, staranność wyborów, skupienie, dziesięć sekund ciszy w środku filmu. Umysł ma być pospiesznie zapełniony czymkolwiek. Milczenie może być oznaką braku inteligencji. Na wszelki wypadek lepiej jest mówić bez ustanku. Pośpiech, nieodłączny element naszej kultury, jest czasowym odpowiednikiem materialnego przepełnienia na stałe z nim splecionym. Zauważmy, że w miarę eliminacji przepełnienia materią i natłoku elementów stymulujących, zwalnia się także nasze tempo i percepcja czasu.

Nic czyli gówno

W zachodnich słownikach synonimami nicości są takie słowa jak marność, małość, mierność, mizerność, bezwartościowość. Dowodem na obniżenie rangi idei pustki w naszej kulturze jest także fakt, że często dla jej wyrażenia w mowie potocznej używa się słowa „gówno” i to nie tylko w języku polskim, ale i innych językach kultury zachodniej. „Scheiße”, „shit”, „merde”, „mierda” używane są dla określenia i zarazem zdegradowania nicości**. W okresie Wielkiej Wojny absurd – podświadomość i anty-sztuka surrealizmu i dadaizmu – stał się jedynym sposobem na istnienie w zdegradowanej i grożącej prawdziwą nicością rzeczywistości. Po następnej wojnie zakończonej detonacjami dwóch najbardziej niszczących bomb w historii ludzkości, puste pomieszczenia galerii, Ives Klein, Fluxus, John Cage i inni kontynuują to „dzieło zniszczenia”. Puszki Manzoniego („Merde d’Artiste”) i liczne prowokacje z udziałem wydzielin stają się próbami sprowadzenia sztuki do zdegradowanego „gównianego” stanu nicości bądź też oswojenia się z nim. Gówno zamiast sztuki! Zarzut używania wydzielin w sztuce na zawsze pozostanie asem w rękawie surowych krytyków sztuki współczesnej, nawet gdy takie realizacje stały się już anegdotyczną rzadkością. Nie zawsze jednak w sztuce powojennej kontemplacja niebytu łączy się z niszczącą degradacją. Mark Rothko, Agnes Martin i minimaliści w różnym stopniu zainspirowani Wschodem znaleźli swoje własne Śūnyaty. W roku 2001 Martin Creed zaproponował puste pomieszczenie ze światłami rytmicznie się włączającymi i wyłączającymi. Kał, mocz i wymioty, lub raczej pięknie i profesjonalnie sfilmowane osoby oddające się czynnościom ich wydalania, również „znalazły swoje ujście” w jego repertuarze. U Creeda wydają się one jednak afirmacją funkcji życiowych, a nie próbą ich degradacji. Pociski krytyki zostały jednak rzucone z tą samą wrogością.***

Gobelin

W Stanach Zjednoczonych prywatny przemysł magazynowy rozwija się równolegle z przemysłem wytwórczym lub mówiąc ściślej importowym. W tym roku przewiduje on budżet w granicach 37 500 000 000 USD. Trzydzieści siedem i pół miliarda dolarów dodatkowego pustego miejsca do zapełnienia. Czymkolwiek! Więcej pustego miejsca – więcej zakupów. Więcej zakupów – więcej pustego miejsca – więcej zakupów… Umysł zachodni wyposażony jest w odruch natychmiastowego uzupełniania. Jeśli jest podłoga, musi być dywanik, jeśli jest dywanik, musi być stół, jeśli jest stół, musi być serwetka, jeśli jest serwetka, musi być wazonik, jeśli jest wazonik, muszą być kwiaty. Gdy wszystko jest wreszcie na swoim miejscu, przychodzi kolej na małżonka, dzieci, telewizor, psa, kota, świnkę morską, rybki w akwarium, rośliny doniczkowe oraz kwiaty cięte i tu znów… nowy wazonik.**** Rzeczywistość jest starannie utkanym gobelinem rzeczy i przyzwyczajeń. Istnieje realna obawa, że najmniejsza nawet przerwa w jego wątku i osnowie może doprowadzić do wielkiego kosmicznego kataklizmu rozprucia. Partycypacja w rytuale wchłaniania, gromadzenia i przepełniania jest koniecznością. Centra handlowe i sklepy internetowe są świątyniami Pełni, oferującymi niezawodne doładowanie i fortyfikację przedmiotami oraz treściami o charakterze rozrywkowym. Według specjalistów od marketingu karą za zaniechanie tego rytuału jest najstraszliwsza rzecz jaka może spotkać współczesnego człowieka – figa z makiem.

Epilog

Kelnerka pospiesznie przechyla dzbanek nad moim pustym kubkiem po kawie. Zakrywam go dłonią i grzecznie odmawiam. Z nieukrywaną satysfakcją wpatruję się w moje własne wywalczone kilka centymetrów sześciennych pustki. Na wszelki wypadek ściskam w dłoni niewielki pojemniczek wypełniony po brzegi lorazepamem.


 

* Zdanie przełożyłem dosłownie. Po angielsku „you will hear nothing” brzmi bardziej dramatycznie w kontekście strachu przed niebytem, niż „nic nie będą państwo słyszeli” w polskim.

**Choć przyznaję, że w slangu amerykańskim często używa się także słowa „shit” dla określenia „czegoś” lub nawet „czegoś dobrego”: „look at that shit! That is a really good shit!”.

*** Paradoksalnie przepełnienie zagościło także w samej sztuce. Setki tysięcy podobnych do siebie prac, także tych zainspirowanych pustką, zalegają magazyny galerii, muzea, pracownie, szuflady i wyszukiwarki internetowe. Artyści nie zaprzestają produkcji nowych realizacji, a instytucje nie zaprzestają produkcji nowych artystów, podczas gdy podaż sztuki już dawno znacznie przewyższyła popyt.

**** Cykl uzupełniania może zaistnieć w dowolnych kolejnościach.

Piotr Petarda

  Piotr Petarda

(wł. Piotr Parda) Artysta, ilustrator książek i poszukiwacz. Od 2001 r mieszka w Bostonie, a do kraju przyjeżdża dwa razy w roku. Podwójny magister sztuki (ASP w Poznaniu i SMFA -TUFTS w Bostonie). Przez około pół godziny został kelnerem i czekał na zamówienie stojąc wśród nagrobków zabytkowego cmentarza w Amherst, Massachusetts, innym razem prezentował przedświątecznym zakupowiczom centrum handlowego zawartość pustego portfela. W środku lata ulepił bałwana z trawy i gipsu w ogrodzie swojego domu na przedmieściach Poznania oraz namalował kilka obrazów za pomocą wiertarki i szczotki. Brał udział w trzech maratonach, a w jednym z biegów na 5 km zdobył pierwsze miejsce w grupie wiekowej 35-39 lat. W roku 2015 przeszedł do następnej grupy wiekowej.

(Piotr Parda) Artist, book illustrator, wanderer. Since 2001 lives in Boston and visits Poland twice a year. Double Master of Fine Arts (Academy of Fine Arts in Poznań and SMFA -TUFTS in Boston). For about half an hour he became a waiter and waited for an order among the graves of the old graveyard in Amherst, Massachusetts. Other time he presented the interior of his empty wallet to the Christmas shoppers at a shopping mall. In the garden of his suburban house in Poland, he built a snowman out of mowed grass and plaster in the middle of summer and painted a few paintings using a power drill with a brush attached to it. Piotr took part in three marathons and won one 5K race in his age group (35-39) . In 2015 he moved up to the next age group.


DATA PUBLIKACJI: 28 kwietnia 2018
OSTATNIA AKTUALIZACJA: 6 maja 2018