Apostata

Sioła, wsie, sielanka, idylla. Pico Della Mirandola, Szymon Szymonowic, Adam Mickiewicz. Nic, a za chwilę dojrzysz macewy zbrojnej drużyny gromadzącej się w listopadzie i styczniu na kirkucie. I ani jednego człowieka

Do miasteczka jechało się wśród kolorowych pól i łąk zielonych, tych od dziedzica, tamtych od proboszcza, a jeszcze innych popegeerowskich. Droga wiła się wśród gęstej, niskiej pszenicy o soczystym zielono-turkusowym kolorze, srebrzysto-białego żyta i lesistych pagórków. Skowronki i wróble, słowiki i czyżyki nad pochylonymi gruszami. Sioła, wsie, sielanka, idylla. Pico Della Mirandola, Szymon Szymonowic, Adam Mickiewicz. Nic, a za chwilę dojrzysz macewy zbrojnej drużyny gromadzącej się w listopadzie i styczniu na kirkucie. I ani jednego człowieka chędogiego po drodze widać nie było. Cisza, spokój, błogość, lekkość i siła zarazem. Źródło i kres, kołyska i grób. Wokół ostoje polskości i żydowskości, wielojęzycznej literatury narodowej, kolebka języka. Blisko do Kochanowskiego i do Sienkiewicza. W gościach u Weisenberga i Lehrera. Spod lip tryskało sylabowcem trzynastozgłoskowym i wyczuwało się wszędzie zapach żeńskich rymów. W powietrzu słychać było szelest sukni renesansowych, szat grubych, bogatych, wyszywanych, kolorowych, aksamitnych i jedwabnych. Złotem i srebrem haftowanych ornatów, w kwadrat wydekoltowanych wzorzystych koszul, czepców, gorsetów zamykanych na kluczyk, mosiężnych i miedzianych bransolet, złotych i srebrnych łańcuchów i nap, spoczywających teraz w grzebowiskach i ruinach żelechowskiego grodu zamkowego. Gdzieś tutaj, gdzieś blisko…, jakbym stamtąd wyrastał, był rozsypanym tutaj popiołem, pełnym spokoju krajobrazem, lekkim wiatrem nad polami, ptakiem, żartem, dowcipem, pogodą ducha, dystansem wobec siebie, ja, wieczny i leniwy podróżnik, debiutant w coraz mniej kwitnącym wieku. Wszak cenię cię, choć nie straciłem.
Tymczasem po drodze mijam cmentarz. Stary, nieczynny już młyn z białej cegły. Wysoki, barokowy, acz szpetny kościół o dwóch wieżach, górujący nad miasteczkiem niepodzielnie, odkąd rozebrano wielkiej urody synagogę, czyli od całkiem niedawna, jak na historię tego miejsca.
– I w czym ja mam panu pomóc?
– Proszę mi wydać ten akt chrztu. Po prostu. Tylko tyle.
– No nie wiem. Ja muszę zapytać księdza proboszcza.
– O nic ksiądz nie musi się pytać. Proszę wydać jak zwykle i zaznaczyć tylko, że to do apostazji. Mnie taki dokument wystarczy. Nie musi być na specjalnym druczku z logo parafii. Czeka mnie jeszcze wizyta w mojej parafii, a później może i w kurii. Cała ta procedura. Specjalnie przyjechałem.
– Nie wiem. Nigdy czegoś takiego nie robiłem.
– Zawsze jest ten pierwszy raz, jak mówią. Ale może nie ostatni – dodałem z nadzieją -przed panem jeszcze sporo życia.
Młody ksiądz wstaje od stołu, odwraca się i otwiera po kolei wszystkie szafki pełne segregatorów, starych ksiąg parafialnych, które tak chętnie zawsze wertowałem, szukając informacji o przodkach, pryzmy i pryźmiki papierów ułożonych w równe kupki, grupki, stosiki, formaciki. W końcu odwraca się, udając rezygnację.
– No nie mam, zniknęły. Sam pan widzi – rozkłada ręce – a przecież miałem je tutaj na pewno.
– Może niech ksiądz po prostu napisze ten akt, odręcznie, na zwykłej kartce papieru.
– Gdyby był pan wierzący, to uznałby to pan za znak.
– Za znak? Znak czego? Że ksiądz nie może znaleźć formularza? To z pewnością.
W końcu druczki odnajdują się, ale rozpoczyna się niechętne i powolne szukanie w księgach chrztu. Idzie jak po styczniowej grudzie.
– To kiedy się pan urodził?
– W czerwcu. Szóstego czerwca 1968 roku.
– Ładna data. Wie pan, te szóstki…
– Tak, ładna, dzięki niej dwa razy dostałem się na studia. Najpierw w Polsce, a później we Francji, ponieważ zawsze zadawano mi to samo pytanie – co się wydarzyło w 1968 roku – uśmiecham się – a może ksiądz powinien zainteresować się kabałą? Czy ksiądz pamięta, co wtedy wydarzyło się w Polsce?
Nie odpowiada.
Wielokrotne kartkowanie ksiąg chrztu z tamtego okresu najwyraźniej nie daje rezultatu, choć chrztów aż tyle nie było w tej niewielkiej parafii. Nie ma też adnotacji w końcowych rocznych rejestrach. Młody ksiądz obchodzi się z nimi jak ze średniowiecznymi foliałami, a przecież mają ledwie półwiecze. Doceniam to, ale nie chcę dłużej tracić czasu.
– Na pewno był pan u nas chrzczony?
– Tak. Tak mówili rodzice. Mieszkaliśmy wtedy w Rykach lub Kłoczewie, ale przyjechali tutaj, żeby nikt się nie dowiedział. Ojciec był w komitecie, w partii komunistycznej, pracował w urzędzie powiatowym, mama chyba też była w partii. Chrzest podobno zorganizowali potajemnie. Po ciemku. Rodzice bali się, żeby nie wyszedł na jaw. Nikt się nie mógł dowiedzieć.
– No a teraz postanowił pan odejść? Z taką historią w tle?
– Nie ma to dla mnie znaczenia. Nikt mnie wówczas o zdanie nie pytał.
– To ja zapytam. Skąd taka decyzja?
– Odkryłem swoje żydowskie korzenie.
Nie wyglądał na zdziwionego, ale nie patrzył na mnie, przerzucając karty.
– I co teraz? Chce pan przejść na judaizm czy raczej ateizm?
– Raczej ateizm.
– Musi pan pamiętać, że został pan przyjęty do kościoła chrystusowego, on będzie na zawsze na pana czekał.
– Być może. Nic nie mogę wiedzieć na ten temat. Nic na pewno.
– Ależ tak jest! Zapewniam pana.
– Będę o tym pamiętał.
– Widzę, że jest w panu dobra wola.
– Mam nadzieję, że mi jej dzisiaj nie zabraknie.
– O mam, znalazło się! – widać po nim zadowolenie.
– No proszę! I z jaką datą?
– Ósmego września.
– Czyli jednak rodzice trochę czekali…
– Takie były czasy. Niech pan pogratuluje rodzicom odwagi.
– Raczej sobie pogratuluję.
Ksiądz wypisał akt chrztu, a na kartce dopisał wiecznym piórem „Do Apostazji”. Trochę zaczynałem się niecierpliwić. No i bałem się, żeby się nie rozmyślił, wynajdując jakieś nieoczekiwane trudności i nadzwyczajne formalności, które mogły się pojawić znienacka, albo które mógł sobie nagle uzmysłowić. O apostazji słyszy się sporo mrożących krew w żyłach historyjek. Pewnie rozsiewane są przez sam Kościół po to tylko, by powstrzymać podobne decyzje, ale i tak są one nadzwyczaj rzadkie. Ludziom jakoś trudno pogodzić katolicyzm z osobistą odwagą. Tymczasem nic prostszego, nic bardziej banalnego. Trzask, prast i rach ciach, ciach.
– Tutaj ma pan też informację o rodzicach chrzestnych. Marian Pawlak i Ewa Wasilewska.
– To lekarze. Przyjaciele mojej mamy z pracy, z ryckiego szpitala. Mogę zrobić zdjęcie? – zaryzykowałem.
– Tak, proszę. Tylko dane z innych wpisów nie mogą być widoczne. Muszę przypilnować – uśmiecha się.
Chwilę przygląda się mojemu kadrowaniu, po czym wręcza mi akt, życzy powodzenia, a po początkowym zaskoczeniu wobec tej najmniej oczekiwanej sytuacji przestaje się już spinać i wyraźnie odpuszcza. Po zwykłej serii wykonywanych codziennie rutynowych kancelaryjnych czynności, sztampowego wypisywania aktów chrztu, ślubu, bierzmowania i zgonu, zderzony z najwyraźniej pierwszym aktem apostazji w swojej krótkiej karierze, uspokaja się i wypogadza. Wygląda nawet na zadowolonego. Myślę, że tłumaczenie, które mu podałem, w pewien sposób cieszy go, a brak jakichkolwiek pretensji z mojej strony do instytucji, w której pracował i chyba zamierza pracować do końca życia, pokrzepia go. Pożegnanie owcy z parafialnego stadka odbyło się bezboleśnie i zwyczajnie, i wydawało mu się teraz czymś nieomal naturalnym. Z pewnością złoży na ten temat raport proboszczowi, może potępi z ambony, wyrazi wobec wiernych oburzenie tym brakiem pokory i subordynacji, niedoceniania konspiracyjnego wręcz trudu rodziców, a w efekcie przyniesie mu to ukojenie i zrozumienie tego aktu jawnie okazywanej niewdzięczności wobec matki-Kościoła.
Zaskoczony byłem i ja, trzymając w ręku świstek papieru wprawdzie nieozdobiony wizerunkiem fary, jak w innych oficjalnych dokumentach tej parafii, ale jednak. W korytarzu nie było nikogo. Zaskoczony tak szybkim i prostym przebiegiem zdarzenia, postanowiłem nadać mu jakieś symboliczne znaczenie, podnieść jego rangę, dociążyć go jakimś happeningiem, do których zawsze byłem skory, skoro z oczekiwanej radości z całego przedsięwzięcia, wyprawy z Warszawy, aktu niezwykłej osobistej odwagi, tak ordynarnie zostało mi odebrane, tupnąć nogą, złożyć oświadczenie, zainicjować jakąś słowną sprzeczkę, stanąć na żelechowskim rynku i ogłosić to mieszkańcom, bić się z antysemitami, napluć w twarz kanonikowi, podpalić dom parafialny lub cokolwiek zauważalnego…
Nie widząc możliwości realizacji żadnej z tych miłych i zachęcających obietnic, zrezygnowany udałem się do stojącego obok czworobocznego domu, klocka zdobionego białymi gzymsami i metalowymi, powyginanymi jak dusze czyśćcowe, balustradami balkonów. Odnalazłem na liście rezydentów proboszcza i nacisnąłem w domofonie mały walcowaty przycisk z wgłębieniem na palec.
– Szczęść Boże! – usłyszałem w głośniku – w czym mogę pomóc?
– Ksiądz proboszcz?
– Tak, słucham.
– Czy ksiądz wie, że dzisiaj jest szczególny dzień?
– A jakiż to?
– To dzisiaj jest rocznica rozpoczęcia likwidacji warszawskiego getta.
– Nie wiedziałem. Tutaj w Żelechowie jest też rocznica, o ile dobrze pamiętam, wielkiego pożaru miasta w 1880 – moje oświadczenie najwyraźniej nie zrobiło na nim żadnego wrażenia – właśnie pisze o tym kazanie. W czym mogę panu pomóc?
– Niemcy specjalnie wybrali ten dzień. To było żydowskie święto Tisza be-Aw, zburzenia świątyni jerozolimskiej – dociskałem.
– Niemcy byli nieludzcy – odparł beznamiętnie – a przy tym zawsze tacy zorganizowani….
Zagotowałem się.
– Przecież braliśmy w tym udział! Polacy im pomagali! – krzyczałem tak, by słyszano mnie w całym domu.
– Raczej żydzi, żydowska policja.
– Polska granatowa policja!
– To pan dokonał właśnie apostazji? Wspominał mi o tym kleryk.
– Tak… – zbaraniałem.
– W czasach, kiedy pana chrzczono, rodzice świętowali przede wszystkim Konstytucję 22 lipca. W partii i w UB też było sporo Żydów. Bogu dzięki już się to skończyło. W pewnej mierze właśnie wtedy, właśnie w roku, gdy pan się urodził. A i tak nie wszyscy podobno wyjechali. Niby wyjechali, a dalej tutaj są. Dziwne, prawda?
– Co to w ogóle ma do rzeczy!
– Nic, tak tylko przypominam. Jeśli nie ma pan więcej spraw, to muszę już pana pożegnać. Mam do napisania kazanie – i odłożył słuchawkę domofonu.
No tak, można się było spodziewać. Jaki w ogóle miała sens ta rozmowa? Zawinąłem się na pięcie i przeszedłem prosto przez gazon przed domem, gdzie grupa robotników układała na całej powierzchni kostkę bauma. Zrobili przerwę w pracy i przyglądali mi się, wsparci na łopatach. Musieli słyszeć krzyki i kłótnię z domofonem. Poczułem się nieswojo.
– Co się tak gapicie?
Nie zareagowali. Patrzyli na mnie uważnie. Jakby nic nie rozumieli.
Wsiadłem do auta. Przejechałem obok kościoła i zaparkowałem na rynku, obok ratusza. Był to niski, regularny, zajmujący dużą część placu, biało malowany renesansowy budynek na planie kwadratu. Mimo soboty otwarty. W hallu na parterze natrafiłem na wystawę poświęconą żelechowskim Żydom. Zainteresowała mnie rycina przedstawiająca dostojną neobarokową, murowaną synagogę i stojącą przed nią starszą, drewnianą, osiemnastowieczną, zamienioną po budowie murowanej w cheder, a w czasie okupacji, już po utworzeniu getta, w żydowski szpital.
Upał dawał się we znaki. Wałęsałem się po mieście, kupiłem słodkie okrągłe drożdżowe bułki z piekarni w Kłoczewie, posypywane cynamonem. Nigdy takich wcześniej nie jadłem. Dotarłem do miejsca, gdzie stały synagogi, czyli czegoś, co jest teraz nazywane „parkiem miejskim”, a gdzie po budynkach nie ma już śladu, poza niewielką i niewiele mówiącą płytą. Jedno zdanie, które opowiada o kilkusetletniej historii żelechowskich Żydów jest tyleż krótkie, co nieprecyzyjne. Na witrynie punktu naprawy sprzętu rtv, zobaczyłem dwie książki poświęcone historii Żelechowa. Punkt prowadził miejscowy pasjonat historii lokalnej, który słysząc moje zainteresowanie, opowiedział historię odnalezionych śladów po zamku żelechowskim, pokazywał w komputerze średniowieczne fundamenty odkopywane właśnie przez archeologów. Co chwilę przerywali nam sobotni klienci, którzy przynosili do naprawy telewizory, piloty, radia. Dawno czegoś podobnego nie widziałem.
– Dlaczego wszędzie powielana jest informacja, że synagogę i cheder rozebrano w czasie wojny? Przecież stały do wyzwolenia. To mieszkańcy rozebrali je już po wojnie.
– Nie wiem. Nie, nie, to Niemcy zniszczyli.
– A są jeszcze jakieś pamiątki po żelechowskich Żydach? Coś się w ogóle zachowało?
– No trochę budynków. Wie pan, ja mam takie zdanie, są i dobrzy, i źli Żydzi.
– No ale to my pomagaliśmy wysyłać ich do gazu.
Po zakupieniu dwóch książek w punkcie naprawy sprzętu radiowo-telewizyjnego pojechałem na kirkut. Otaczało go nowe ogrodzenie z jednakich elementów z metalowej kraty. Przy wejściu wisiały tablice informacyjne z gminy w Warszawie. Cmentarz leżał na wzniesieniu oddalonym od rynku. Podobno początkowo, w osiemnastym wieku, chowano zwłoki przy synagodze, ale władze gubernialne kazały utworzyć nowy kirkut poza miastem. Zachowało się sporo nagrobków, niektóre były świeżo odnowione i miały nad sobą drewniane daszki. Zrobiłem zdjęcia kilku starych macew. Jeden z nagrobków był podwójny. Nie widziałem takiego nigdy wcześniej. Stamtąd pojechałem do pałacu, w którym brał kiedyś ślub Traugutt, a w którym otwarto teraz potwornie drogi hotel ze spa. Usiadłem w ogrodzie. Piękny trawnik ciągnął się od tarasu aż po stary park z wysokimi bukami, lipami, kasztanowcami. Poprosiłem o kawę, bo była najtańsza w karcie i skorzystałem z wifi, żeby połączyć się z Bogną. Wcześniej wysłałem jej zdjęcia whatsupem.
– Zobacz – mówiłem do niej na zoomie – widzisz ten podwójny nagrobek i napis? Jak myślisz, co to jest? Przetłumaczysz mi to, nim znikniesz w odmętach szabasu?
– Nie żartuj – odparła poważnie – wygląda na fragment wiersza. To jidysz. Poczekaj… „niech nigdy nie będzie zamknięta” – albo „uwięziona” – w więzieniu, w zamknięciu – może – ani doczesnym ani duchowym” – odczytała powoli – to musi być jakiś cytat. Może coś znanego. Zapytam męża.
Zniknęła na chwilę z wizji. Po chwili wróciła podniecona.
– Paweł, Eli mówi, że to taki stary wiersz, poemat, bardzo znany. Autor nazywał się Mistrzem Świateł.
– Ale wiesz o co w tym chodzi?
– Zobacz – otworzyła hebrajską Wikipedię – masz tutaj cały tekst. To wiersz o ludzkiej duszy.
Po powrocie do Warszawy dopełniłem kolejnych formalności. Zaniosłem akt do mojej parafii w Powsinie. Ksiądz wikary stwierdził, że musi wezwać proboszcza, ale go teraz nie ma, więc kazał mi przyjść ponownie. Przyszedłem.
Długo przyglądał się pismu.
– Powinien pan dopisać zdanie, że rodzina nie będzie domagała się pochówku na katolickim cmentarzu i katolickiego pogrzebu.
– Trudno mi przewidzieć, czego będzie domagała się moja rodzina po mojej śmierci. Ale dobrze, dopiszę.
Wziąłem długopis z parafialnego biurka i zacząłem kreślić zdanie.
– Może niech pan wróci ze zmienionym pismem.
– Przecież może być dopisek odręczny. Ma takie samo znaczenie.
Rozstaliśmy się bez słowa. Tutaj najwyraźniej musiał mieć miejsce taki przypadek wcześniej. Przynajmniej jeden. Księża działali ostrożnie, byli poinstruowani przez kurię, co robić i jak się zachowywać w takich przypadkach. Nic nie było przypadkowe.
– Czy pana rodzina również zamierza to zrobić?
– Nie wiem. Każdy podejmuje takie decyzje sam. Czy to wszystko?
– Tak mi się wydaje.
– Proszę przesłać mój akt do kurii.
– Tak zrobimy. I do zobaczenia. Mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy.
– Nie sądzę.
– Wygląda mi pan na dobrego człowieka.
– Może się ksiądz nie myli.
Minęły może dwa tygodnie i któregoś ranka zobaczyłem przed domem radiowóz.
– Pan Paweł? Dzień dobry. Jestem dzielnicowym…
– Dzień dobry. My się znamy. Czy coś się stało? Zapraszam.
– No właściwie nic – kręcił – mieliśmy zgłoszenie o naruszeniu nietykalności osobistej z prokuratury w Garwolinie. Był pan może ostatnio w Żelechowie? Wie pan coś o tym?
– Tak, byłem. Potrzebny był mi akt chrztu. Do… apostazji – zawahałem się – ale widziałem się jedynie z klerykiem. Nie bardzo wiem, o co chodzi. Może to jakaś pomyłka. To znaczy, może ktoś jeszcze przyjechał tam w sprawie apostazji z Warszawy i podobnie się nazywał ….
– To raczej niemożliwe – słusznie stwierdził policjant – mamy zgłoszenie od proboszcza. Twierdzi, że używał pan obraźliwych słów pod jego adresem i pod adresem Kościoła oraz naruszył nietykalność kleryka. W zgłoszeniu mam, że poturbował go pan i popchnął na półki z formularzami parafialnymi. Proszę, jest nawet obdukcja miejscowego lekarza, posiniaczenia i obtarcia naskórka.
– Co takiego? To jakaś żelechowska zmowa. Komplot. To jest karalne!
– Kleryk prosił, żeby przyjechał pan w innym terminie, bo brakowało mu właściwych druczków. Tak zeznał. Mam to w protokole z przesłuchania.
– To nieprawda. Ten kleryk wydał mi dokument. Wprawdzie na zwykłej kartce papieru, bo nie było tych z logo. Nie szarpałem się z nim. To jakiś nonsens. A z proboszczem rozmawiałem normalnie i tylko przez domofon. Można dopytać robotników, którzy pracowali wtedy przed domem parafialnym. Na pewno słyszeli całą rozmowę.
– No właśnie ich zeznania też mamy. I też pana obciążają. Zeznali, że był pan agresywny wobec proboszcza. Podobno użył pan wobec nich obraźliwych słów i kopnął jednego w łopatę, jak miał się wyrazić. Mam też zgłoszenie o obrazie uczuć religijnych.
– To niebywałe. Od początku do końca nieprawda.
– Będę musiał wziąć od pana zeznania. Proszę przyjechać w tym tygodniu na Okrężną.
Zeznania odebrał ktoś inny. Sierżant czy ktoś tam beznamiętnie spisywał moje opowieści, stukając dwoma wskazującymi palcami w rozklekotaną klawiaturę.
– Nawet papier do drukarki musimy przynosić z domu…
Przedstawiłem mu swoja wersję wydarzeń. Kiedy podpisałem protokół, zapytał:
– Chce się panu w to bawić? Jeszcze teraz?
Wezwanie na rozprawę sądu grodzkiego przyszło dziwnie szybko. Wziąłem wolne w pracy i pojechałem na Płocką. Długie, powojskowe bloki i budynki koszar straszyły designem lat osiemdziesiątych, białymi drzwiami do toalet z podłużną zieloną lamperią wzdłuż jednego boku, pod klamką, lastrykowymi podłogami poprzedzielanymi szklanymi liniami używanymi do rozdzielania wylewki. W korytarzu, z daleka zobaczyłem kleryka w towarzystwie jednego z robotników. Nie przywitałem się. Oni też milczeli. Sprawdziłem wokandę i czekałem na wezwanie.
– Parafia Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny w Żelechowie przeciwko Paweł Ciach.
Skład był jednoosobowy. Niestety kobieta. Wszystko potoczyło się rutynowo – dziwne zeznania kleryka, później ja, później świadek, ofiara rzekomego „kopnięcia w szpadel”. Broniłem się sam. Od początku nie wyglądało to najlepiej. Czułem, że tonę.
– No tak, widzę, że zeznania świadka jednak pana obciążają. Nawet jeśli uznamy, że rozmowa w kancelarii odbyła się bez osób trzecich, to powód przedstawił obdukcję miejscowego lekarza. Będę musiała wydać wyrok. Powiadomię strony pisemnie. Jeszcze jedno – sięgnęła po odłożoną na bok kartkę papieru – w sprawie pozwanego przewodniczący sądu zasięgnął opinii arcybiskupa. Proszę dołączyć ją do akt – zwróciła się do młodej protokolantki z wydatnym biustem, którego widok cały czas mnie rozpraszał – myślę, że pozwany powinien się z nią zapoznać. Ksiądz arcybiskup pisze w swojej opinii, że wydany akt chrztu jest nieprawidłowy, ponieważ nie zawiera oznaczenia miejscowej parafii, w związku z tym nie może uznać aktu… – zawiesiła się – apostazji jako dokonanego. Czy strony mają coś jeszcze do dodania, bo jeśli nie, to zamykam rozprawę.

2018