Nietzsche pandemiczny, kolaż NOM
Nietzsche pandemiczny, kolaż NOM

Będzie dobrze

Wspólnota, która nadchodzi, jest wspólnotą rozluźnionych. Rozluźnionym przychodzą do głów dobre pomysły, rozluźnieni nie budują obozów zagłady, nie martwią się na zapas, nie pożądają wielu rzeczy, itd.

W czasie pandemii wzrosło zapotrzebowanie na dobre słowa. Znacząco zwiększyła się więc oglądalność i słuchalność buddyjskich nauczycieli uspokajającej medytacji, wzięcie mają też psychologowie oraz księża i zakonnicy. Paniczna desperacja doprowadziła nawet do tego, że wielu spoglądało jeszcze do niedawna z nadzieją w twarz ministra zdrowia czy innych przedstawicieli władzy. Zagłaskiwane były psy i koty. Stawkę nadawców dobrego słowa zamykają filozofowie.

Z przewidzianej globalnej katastrofy, z której nikt nie wyjdzie żywy, można mieć co najwyżej chwilową, przewrotną i ponurą satysfakcję osobistą

Filozofów w czasach spokojnych nie słucha prawie nikt, ponieważ mało kto lubi być pouczany i korygowany, niewielu też przepada za kategoriami ogólnymi, które mało mają wspólnego z typowym życiem emocjonalnym. Tymczasem jesteśmy świadkami filozoficznego ożywienia, rozmaici filozofowie zdają się nareszcie słyszalni i zauważalni, ponieważ kryzys niepokoju i wzrost egzystencjalnego ryzyka to warunki sprzyjające filozofowaniu („Nareszcie macie swoją dekadencję”, jak trafnie zauważył ostatnio kolega fotograf). Z powodu pandemicznego zastoju gospodarki ludzie wypadli z dotychczasowych rutyn i w poczuciu bezpośredniego, a przy tym niewidzialnego zagrożenia otworzyli się na przekazy niecodzienne i nietypowe, na diagnozy i prognozy filozofów i filozofek, którzy w czasach niezakłóconego konsumpcjonizmu byli dla nich nieodróżnialni od niegroźnych szajbusów i szajbusek. Filozofowie interpretują aktualnie to, co się dzieje, usiłując głębiej zrozumieć kryzysową teraźniejszość, a przy okazji też forsując swój światopogląd (zrobili to ostatnio Chomsky, Agamben, Nancy, Žižek i wielu innych, mniej znanych). Ich myśl jest na ogół reaktywnie hermeneutyczna, czyli reagują na niecodzienną sytuację poszukując jej zrozumienia, a w toku swoich poszukiwań ryzykują wnioski natury ogólnej. Niektórzy filozofowie wypowiadają się na temat spodziewanej czy też możliwej przyszłości śmielej, tym samym przemawiają jako futurolodzy i futurolożki. Jest to pozycja o wiele bardziej ryzykowna niż ta, jaką zajmują reaktywni hermeneuci. W teraźniejszości reaktywni futurolodzy są bowiem traktowani jak wróżbici, zwłaszcza przy nadpodaży diagnoz futurologicznych, a w świecie internetu nadpodaż takowych jest zapewniona. Ponadto, przewidywanie przyszłości albo się sprawdzi, albo nie; a jeśli się sprawdzi, to albo sprawdzi się jeszcze za życia autora/autorki, albo dopiero po jego/jej śmierci. Podobnie będzie w przypadku błędnej prognozy. Jedyną sytuacją, która jest korzystna dla prognosty, jest ta, kiedy jego prognoza sprawdza się jeszcze za jego życia. Oczywiście pod warunkiem, że nie jest to prognoza apokaliptyczna. Z przewidzianej globalnej katastrofy, z której nikt nie wyjdzie żywy, można mieć co najwyżej chwilową, przewrotną i ponurą satysfakcję osobistą. Aby nie utrwalać niepotrzebnie konotacji z adeptami i adeptkami sztuki wróżenia, filozoficznych przepowiadaczy można porównać także do proroków. Tego rodzaju porównanie przypada do gustu zwłaszcza apokaliptykom. Jedyny przypadek, w którym opłaca się prorokować, jest więc następujący: proroctwo jest zasadniczo pozytywne; nawet jeśli nie jest optymistyczne, to powinno być przynajmniej konstruktywne i zrealizować się jeszcze za życia proroka. Jeżeli proroctwo zrealizuje się dopiero po śmierci proroka, to prorok nie wie o jego realizacji, więc nie ma z niej żadnych korzyści osobistych, może liczyć co najwyżej na sławę pośmiertną, jak – powiedzmy – Nietzsche, wczoraj i dziś. Proroctwo konstruktywne wydaje się jednak mniej powabne od proroctwa apokaliptycznego, a to z powodu deficytu trzech -ości: podniosłości, wzniosłości i doniosłości.

Fałszywym prognostom pozostaje liczyć na słuszność zasady rozgłosu i na chwilowe zbawienie w ikonosferze

Tym, którzy zamierzają oddać się prorokowaniu, radzę studiowanie – oprócz lektury starotestamentowej księgi Ezechiela – poezji, ponieważ proroctwo powinno być na tyle pojemne metaforycznie, aby mogło się jakkolwiek spełnić. Proroctwa Nietzschego są poetyckie i pozwalają na wiele interpretacji, co czyni je praktycznie niemożliwymi do niespełnienia. Dlatego Nietzsche był wielkim filozoficznym prorokiem. Za życia był jednak głównie rozgoryczony, z krótkimi przerwami na stany euforyczne, ekstatyczne i bólowe, które pod koniec życia nasiliły się i zdominowały jego słabnący układ nerwowy. Z kolei tak zwani fałszywi prorocy nie mogą liczyć nawet na sławę pośmiertną. Jasne jest, że w momencie prorokowania nie wiesz, czy jesteś prawdziwym, czy fałszywym prorokiem, możesz tylko przypuszczać i przewidywać, ewentualnie wiedzieć to tylko subiektywnie, mocą poczucia pewności, która jednak bywa zawodna. Możesz się oczywiście nie przejmować prawdziwością swojego proroctwa, zgodnie z zasadą rozgłosu – dążyć do rozgłosu za wszelką cenę, bo nie ważne jak o tobie mówią, byleby mówili, i nie ważne jak na ciebie reagują, byleby reagowali – tyle że słuszność zasady rozgłosu wcale nie jest oczywista. Dla filozofów, którzy mimo wszystko usiłują powiedzieć prawdę, największe ryzyko jest takie, że quasibiblijne proroctwo, quasimagiczna wróżba czy po prostu tak zwana quasiracjonalna futurologiczna prognoza nie sprawdzą się jeszcze za ich życia. Następuje wtedy konsternacja a prognosta otrzymuje nauczkę w postaci ośmieszenia przez historię (co przydarzyło się na przykład Francisowi Fukuyamie i jego demokratycznej eschatologii).1 Fałszywym prognostom pozostaje liczyć na słuszność zasady rozgłosu i na chwilowe zbawienie w ikonosferze, sanktuarium rozrywki, gdzie prawda jest zaledwie jednym z wielu zmiennych warunków sukcesu. Niektórzy z tych, którzy się teraz grubo wygłupią, otrzymają wypłatę w memach. A jeżeli zasada rozgłosu jest słuszna, to najryzykowniej jest milczeć.

Milczenie bywa jednak niezwykle przyjemne, poza tym, upodabnia nas do bogów. Milczenie stałe i konsekwentne, od narodzin do śmierci, nie przyniesie nam jednak rozgłosu, choć może być niebywale efektywne w dziedzinie osobistych postępów duchowych. Z kolei okresowe zamilknięcia wpływają niezwykle korzystnie zarówno na postępy duchowe, jak i na rozgłos, jeszcze za życia, jak i już po. Człowiek bosko milknący, który wcześniej bywał demonem języka, jak Rimbaud, Salinger lub wspomniany Nietzsche, może sobie milczeć przez wiele lat, nawet do śmierci, czemu nie – jego postęp duchowy będzie zwyżkował a milczenie doda zapewne czaru i znaczenia wypowiedzianym przez niego wcześniej słowom, retroaktywnie.

Z milczeniem mamy zresztą do czynienia bardzo często, w przerwach między słowami, zdaniami i literami. Wielka cisza wyziera spoza każdej naszej wypowiedzi, wystarczy posłuchać. Możemy się z nią zestroić i znacząco zmniejszyć w naszym organizmie poziom szkodliwego stresu. Później możemy też powiedzieć o tej możliwości innym. Wspólnota, która nadchodzi, jest wspólnotą rozluźnionych. Rozluźnionym przychodzą do głów dobre pomysły, rozluźnieni nie budują obozów zagłady, nie martwią się na zapas, nie pożądają wielu rzeczy itd. Żyjąc na Zachodzie nie jest może szczególnie łatwo zamieszkać w krainie wielkiego luzu, należałoby w tym celu kupić działkę, zbudować na niej dom, przynajmniej letniskowy, znacząco przeorganizować swoje życie, zainwestować czas i pieniądze w przeprowadzkę, które wcześniej trzeba by przecież jakoś zarobić – a zarabianie wiąże się ze stresem – nie jest więc łatwo; jednak krainę wielkiego luzu można przynajmniej od czasu do czasu odwiedzać, dla zdrowia i dla głębokiej zdrowej przyjemności.

1 W książce o chwytliwym tytule „Koniec historii i ostatni człowiek” Fukuyama zaryzykował tezę o liberalnej demokracji jako ostatnim etapie rozwoju historycznego społeczeństw, po którym historia już nie płynie, zamiast tego ludziom zamieszkującym optymalny ustrój, jakim jest liberalna demokracja, która w niedługim czasie obejmie zapewne, zdaniem Fukuyamy, cały glob, pozostaje szeroko pojęty konsumpcjonizm. Przemiana demokracji liberalnej w ustrój autorytarny, którą obserwujemy aktualnie na Węgrzech a do pewnego stopnia także w Polsce, pozwala mniemać, że wbrew tezie Fukuyamy nie istnieje coś takiego jak ostateczna, celowa postać społeczeństwa. Por. Francis Fukuyama, „Koniec historii i ostatni człowiek”, przeł. Tomasz Bieroń i Marek Wichrowski, Wydawnictwo Znak, Kraków 2017.

DATA PUBLIKACJI: 23 maja 2020
OSTATNIA AKTUALIZACJA: 23 maja 2020