DSC_2575

Zwrotnik Tindera

czego doświadczyłam przez rok randkowania

Nie byli w stanie dopuścić do świadomości, że dziewczyna może wykazywać inicjatywę i nie mieć żadnych romantycznych zamiarów. Więcej! Nie byli w stanie chyba wyobrazić sobie, że kobieta może mieć jakieś fantazje erotyczne, oczekiwania i dążyć do tego, żeby je spełnić

Poruszanie się w płynnej cyfrowo-analogowej przestrzeni Tindera jest dla mnie jak spacer po ZOO. Pragnę być dobrze zrozumiana i wyraźnie zaznaczam: lubię i szanuję wszystkie istoty żywe, wchodzę do ZOO z miłości, podziwu i zachwytu dla życia; sama kieruję się zwierzęcą żądzą – chodzi mi tylko o seks, nic więcej, nic mniej. Z powodów, których nie chcę wspominać, nie  szukam tu więzi z drugim człowiekiem. Chcę poznać słynną hook-up culture. Chcę posmakować postsentymentalnego świata szybkich randek – z taką fantazją tutaj wkraczam, zachęcona wieloma plotkami i jakimś artykułem na vice’ie (niepomna tego, że artykuł napisano w Kanadzie). Tursiops truncatus – to zwierzę, z którym się w tym ekosystemie identyfikuję. Nie tylko dlatego, że delfiny mają gładką, niemal nieowłosioną i lśniącą skórę oraz ujmująco uśmiechnięte mordy. To, co szczególnie każe mi się z nimi identyfikować, to ich bezpruderyjność, perwersja i bezceremonialność. Delfiny to seks-maszyny: urządzają gangbangi i dzikie brutalne orgie, nie stronią przed stosunkami homoseksualnymi, czy biseksualnymi, uwielbiają masturbację, anal i nasal – zaspokajają się także przez penetrację nozdrza. Podobnie jak one jestem otwarta. Ich finezja nie zna granic: zaspokajają się kamieniami, czy kłodami. Jednak najbardziej imponuje mi to, że uprawiają seks międzygatunkowy. Czasem efektem takiego współżycia jest potomstwo (hybrydy). A już szczególnie imponuje mi to, że spółkują z gatunkami, które dalece różnią się od nich samych, jak żółwie czy ludzie. No i co mnie rozczula zupełnie, to zaobserwowane wśród młodych delfinów upodobanie do odurzania się toksyną z ryb Fugu (Takifugu rubripes). Cieszy mnie, że Ministerstwo Środowiska w Indiach w 2013 roku biorąc pod uwagę ich wyjątkowość nadało delfinom status „Non- Human Person”. Ja też będę teraz taką non-human person, bo nie o poznanie człowieka mi chodzi, ani nie o poznanie siebie – tylko o przygodę.

Pierwszy był niedźwiedź (Ursus arctos). Jest ważny tylko dlatego, że był moim pierwszym chłopakiem z Tindera. Pamiętam, że nieźle się ruszał: pięknie tańczył, miał wyraźną urodę, ciemne owłosienie i był łysy. Jestem przekonana, że wszystkie te szczegóły zapamiętałam tylko dlatego, że nasycenie endorfin i kortyzolu nieco głębiej wyrzeźbiło mi w tym czasie neuronalne ścieżki – czyli efekt pierwszego. Poza tym był chłopakiem, na którego nie zwróciłabym uwagi na ulicy, ani nigdzie indziej. Właściwie to wszystko, co mogę o nim powiedzieć. Mogę dorzucić jeszcze, że jego niedźwiedziowatość nie miała swojego odzwierciedlenia ani w technice, ani w rozmiarze. Niedźwiedź okazał się misiem, przytulanką, maskotką. Było dość rozczarowująco, chociaż miło – do teraz czasem wysyłamy sobie serduszka, albo uniesione w górę kciuki.

Mam problem z ustaleniem, kim był drugi – chyba go w ogóle nie pamiętam. Także nie jestem pewna, czy pamiętam trzeciego, czwartego itd., ale to nieważne. Skoro niczego nie pamiętam, to nie ma niczego ciekawego do opowiedzenia – opowiem o kolejnym ciekawym.

Falkor (ten z bajki) miał gładkie pozbawione owłosienia spody stóp, a Tur przeciwnie

Mój kolejny okaz zaimponował mi przede wszystkim tym, jak śmiało sobie ze mną poczynał. Myślałam, że się ze mną przekomarza, że ma wyzywający styl – jego odwaga bardzo mnie zaintrygowała i zmotywowała. Okazało się, że wszystko, co mówił, to nie są czcze przechwałki. Nazwę go Gibon (Hylobates lar), bo chłopak lubił gibony, był z Holandii. Chyba. Wskazuje na to miłość do gibona. Skąd dokładnie był, nie wiem, bo mówił tak niewyraźnie, że nie mogłam go zrozumieć. Już wyjaśniłam, po co zainstalowałam tę appkę i zapewniam – nie była to chęć szczerej rozmowy; było mi wszystko jedno, co mówi i jak mówi, pod warunkiem, że język giętki itd. Ale pisał też niewyraźnie: żeby się z nim spotkać, odwiedziłam trzy kolejne knajpy. Kiedy teraz o tym myślę, dochodzę do wniosku, że sama nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak silnie musiałam być zmotywowana i zaintrygowana, skoro byłam wręcz niezłomna w dążeniu do spotkania z nim. Ostatecznie się udało. Starając się dowiedzieć, skąd pochodzi i gdzie mieszka, nie byłam już tak wytrwała. Dociekliwy pewnie zapyta, jak udało nam się pójść do łóżka, skoro nawet nie samo spotkanie zapoznawcze, a doprowadzenie do niego okazało się tak trudne? Spieszę z odpowiedzią: nie udało. Podobno najbardziej żałuje się rzeczy, których się nie zrobiło. Do dzisiaj żałuję, że się z nim nie przespałam; jego członek we wzwodzie wyglądał imponująco. Ale po kolei: skąd wiem, że jego nabrzmiały kutas wyglądał pięknie, skoro się nie przespaliśmy? Otóż Gibon po prostu chciał, żebym mu zrobiła zdjęcia w fajnych miejscach w Warszawie. Megaloman, powiecie? A właśnie, że nie w tym jest jego osobliwość. Chłopak chciał, żebym mu robiła zdjęcia. W Warszawie. W miejscach publicznych. Dobrze zrozumieliście. Nago. Ale nie jakiś tam goły tyłek. Był absolutnie sauté. To jego hobby: jeździ po świecie, głównie po Europie i robi sobie nagie foty w miejscach publicznych. Im bardziej publiczne są te miejsca, tym piękniejszy wzwód. Fotki nieźle wyszły. Zakamarki Mostu Poniatowskiego nie są jednak tak bardzo uczęszczane, jak mi się wcześniej zdawało, nikt nas nie przyłapał. Podejrzewam, że Gibon jeszcze odwiedzi Warszawę – marzy mu się sesja na Cmentarzu Mauzoleum Żołnierzy Radzieckich.

Tura (Bos primigenius) wspominam z rozrzewnieniem. Tury nie istnieją (już) podobnie jak Falkory (nigdy), dlatego Turowi nadałam ksywę Falkor. Pisaliśmy do siebie… właściwie to wymienialiśmy informacje. Nie wyrafinowane epistolasy, tylko ciąg cyfr, rzadziej liter. To nie były niekończące się bajania: „Cześć, jak leci”, albo: „Ach! chcę cię wspierać całym swoim życiem, całym sobą” (skądinąd cytuję) albo „Och, jaka jesteś piękna” – (skąd mogli wiedzieć? – na moim profilu miałam światło kontrowe i tylko kawałek mojej twarzy). Był bardzo konkretny, pewnie pracuje dla jakiegoś wywiadu, rzadko bywa w Polsce. Ogromny, silny, tur. Miał dla mnie mniej więcej tyle troskliwości i cierpliwości, co owłosienia. To taki zwierz z „Niekończącej się opowieści”, taki Falkor, którego dosiadasz i lecisz w gwiazdy, zresztą podrzucał mnie z taką lekkością, że miałam wrażenie, że lecę do nieba. Tylko Falkor (ten z bajki) miał gładkie pozbawione owłosienia spody stóp, a Tur przeciwnie. Sprawił, że z niewierzącej  w kobiecy wytrysk przeistoczyłam się w fanatyczną wyznawczynię.

Większość moich przygód to ONS, a właściwie One Afternoon Stand

Jego pragmatyczność jednak dość szybko przerodziła się w rutynę. Jak niby wiadomość typu: „24 – 26.01 Waw.” ma mnie podniecić? Ten ciąg liczb z literą na końcu znaczył: „Moja Wspaniała! Bawię w Warszawie od 24 do 26 stycznia. Masz ochotę na dziką przygodę z nieokiełznanym zwierzem?” Czasami jednak pojawiały się słowa. Właściwie jedno słowo: „Bardzo”. W naszym języku znaczyło to tyle, że szalejemy na swoim punkcie, że czujemy przypływ pożądania i że chcemy się jak najszybciej spotkać, by się sobą nasycić, że myślimy o sobie. Znaliśmy się krótko, ale zdołaliśmy rozwinąć nasz intymny język, odpisywałam „25.01, 19.00” czytaj: „O, ukochany! Mogę się spotkać 25 lutego o 19.00. Nie mogę się doczekać!” Oczywiście, na swój sposób to jest kuszące, ale na dłuższą metę chyba nie o to mi chodziło. A może o to, tylko właśnie nie o powtarzalność, lecz niepowtarzalność pewnych rzeczy, nim staną się schematyczne. Poza tym szybko okazało się, że seks z nim był również zawsze taki sam. W pewnym momencie zorientowałam się, że brak mu finezji i wyrafinowania, znudził mi się.

Myślicie może, że kończyłam romans (a właściwie przygodę) z jednym facetem i zaczynałam z następnym? Nic z tego! Nie miałam zamiaru niczego sobie odmawiać. Czasami wychodziłam od faceta, by spotkać się z kolejnym. Większość moich przygód to ONS, a właściwie One Afternoon Stand, ale to nie było regułą.

Zdaje się, że to dość wyjątkowe u dziewczyn na Tinderze, że szukają wyłącznie seksu. Bardzo szybko przechodziłam do sedna sprawy, po zadaniu dwóch, trzech pytań wiedziałam już, czego po facecie mogę się spodziewać, czy jest w stanie wyjść mi naprzeciw i sprostać moim oczekiwaniom. Jednak gwałtowna reakcja mężczyzn na moją bezpośredniość wytrącała ich z patriarchalnego ciepełka – z reguły byli wystraszeni tym, że jasno mówię, po co tu jestem i jakie są moje oczekiwania. Właściwie, to ja częściej pierwsza o to pytałam, co jeszcze dodatkowo potęgowało ich zaskoczenie. Często także uznawali, że to fake profil, że za tym stoi jakiś facet, który ich wpuszcza w maliny – istotnie, mi nie tyle chodziło o chruśniak, a o to, co się w nim zwykle wyprawiało. Inne jeszcze emocje, które, jak zauważyłam, budziłam u mężczyzn, to niedowierzanie: „Ale dlaczego ja?”, „Naprawdę?”, aż do drastycznych: „Ale co ty we mnie widzisz?” – robiło mi się przykro. Tymczasem chyba właśnie prostota mojej odpowiedzi wprawiała ich w osłupienie: Kutas! Ruchanie! Nie byli w stanie dopuścić do świadomości, że dziewczyna może wykazywać inicjatywę i nie mieć żadnych romantycznych zamiarów. Więcej! Nie byli w stanie chyba wyobrazić sobie, że kobieta może mieć jakieś fantazje erotyczne, oczekiwania i dążyć do tego, żeby je spełnić. Kobieca inicjatywa zwyczajnie ich przytłaczała, wręcz miażdżyła.

Wspominałam, że walenie nie gardzą stosunkami homoseksualnymi. Przez Tindera chciałam również poznawać dziewczyny. Kobiety poszukujące kobiet w tej aplikacji zarówno są wyjątkami, jak i są wyjątkowe.
Spośród dziewczyn, które znalazłam na Tinderze, przygnębiająca większość, to takie, które szukały trzeciej (nigdy trzeciego – niesamowita prawidłowość!) do trójkąta ze swoim facetem. One – moim zdaniem – działały wyłącznie na polecenie swoich facetów, nie potrafiły zdobyć się na autonomię. Nawet nie mogę znaleźć dla nich nazwy – były zupełnie transparentne, przezroczyste jak meduzy (Cnidaria) – ale te eukarioty bywają drapieżne, gdy kobiety były zupełnie spacyfikowane, uległe i zależne. Przyklejone do swoich facetów, tworzące z nimi jedno ciało. Pomimo tego, że meduzy nie mają kręgosłupów, jest im przypisane stałe miejsce w systematyce królestwa zwierząt, a niewidzialne dziewczyny funkcjonują tylko przyporządkowane samcom. Te dziewczyny stawały się przedłużeniem swojego faceta, jego ręką. Nawet nie prawą, bo moim zdaniem typ faceta wysyłającego kobietę na pierwszy front wyżej ceni najmniejszy spośród członków swoich, niż partnerkę i już na pewno niczego by sobie nie dał za nią obciąć ani wyłupić. Niczego. Nawet najmniejszego z tych swoich świętych członków. One nie były jego prawicą, one nie były też wzgardzoną lewicą, one były trzecią ręką. Gdyby owa trzecia ręka naraziła się na szwank, można ją natychmiast wymienić na nową bez narażenia bezcennych członków świętego faceta. A może krowy (Bos taurus).
Na szczęście, bardzo szybko mogłam zweryfikować dziewczyny świętych krów już podczas rozmowy na czacie. Zaoszczędziło mi to czasu na spotkania. Nie interesowały mnie kobiety niby wyzwolone, ale naprawdę  uzależnione od mężczyzn i działające wyłącznie na ich polecenie. Również nie interesowało mnie, by być na doczepkę. Nie zdarzyło mi się, żeby to facet zaproponował trójkąt ze swoją dziewczyną. Takie propozycje zawsze dostawałam od kobiet. Smuci mnie to.

W porównaniu do tego, ile profili mają faceci, dziewczyny szukające dziewczyn, to jakiś promil. Ale te, które znalazłam, były wyjątkowe. To mięciusie i delikatne króliczki (Sylvilagus). Chce się je przytulać, nosić na rękach, miętosić. Są wymuskane jak z reklamy, a precyzyjnej – z reklamy rozmnażania byłego pana ministra Radziwiłła z małą poprawką: jest miętoszenie, przytulanie, pieszczenie – nie ma rozmnażania. Wszystkie te babki, z którymi spotkałam się przez Tindera, imponowały mi inteligencją, oczytaniem i ogładą. Relacja z niektórymi z tych kobiet przerodziła się w przyjaźń. Z facetami nigdy mi się to nie przydarzyło.

Na chwilę uwagi zasługują endemiczne gatunki zamieszkujące słodką Italię migrujące do zimnych krain północy, krain, które nawet starożytni Rzymianie omijali szerokim łukiem, do Polski. To osobniki nie tylko nacechowane odwagą, ale chyba wręcz szalone, bo żeby opuszczać miejsce, w którym Bogu rozsypały się najpiękniejsze skarby, trzeba być – delikatnie mówiąc – szurniętym. Tylko osobniki wyjątkowe i z niemałą fantazją są skłonne do tego, by opuścić ekosystem obfitujący w focaccie, tagliatelle i lasagne i migrować na północ, która za to dostatnia jest w kaszankę, golonkę i ozory. Sam pomysł (a wykonanie niemniej) jest osobliwy, dlatego stworzenie, które decyduje się na tak ekstrawagancki krok, zasługuje na uwagę, a spotkanie z nim jest obietnicą czegoś wyrafinowanego. Drodzy państwo, znajdujemy się na wybiegu szlachetnych koni fryzyjskich – przed wami Cavallo (Equus caballus, fryz). Ci włoscy cavalieri. Dobierają się do mnie finezyjnie, powolutku, dozując, balansując. To coś jak dionizyjski niedosyt. Najpierw jest wino i rozmowa. Potem wspólne gotowanie. Lubię gotować, dużo się od nich dowiedziałam. Myślicie może, że po kolacji zwyczajem wprost z Italii przychodzi czas na deser w postaci lodów? Tak, macie rację. Jednak nie są to lody, o jakich teraz pomyślały wszystkie Janusze. To obłoki – tiramisu i czekoladowe gelati. Myślicie, że seks po deserze? Skąd! Po deserze film! Dopiero podczas filmu (koniecznie nieciekawego, czyli raczej kino amerykańskie, w żadnym razie nie włoskie – wyjątek od reguły) długie, długaśne pocałunki, niekończące się pieszczoty. Seks także długi. Długi i ciągnący się jak kino Jarmusha. Kiedyś zasnęłam podczas. Kiedy się obudziłam, nic się nie zmieniło. Potwierdzam obiegową opinię, zaiste, Włosi to wytrwali kochankowie. Ostatecznie nie zapisałam się na Tinder, żeby spać, więc pewnie się domyślacie, że przestałam wybierać Cavallo.

Pan Żuczek napisał do mnie, że jest poważnym facetem

A teraz, panie i panowie, zapraszam do oceanarium! Była gwiazda porno (sprawdziłam, potwierdzam) – Rozgwiazda (Asteriodea). Dlaczego tak go nazwałam? To proste! Wydawało mi się, że chłopak ma pięć członków. Pisał do mnie nieustannie, wysyłał mi swoje zdjęcia, zupełnie, jakby był w pięciu osobach. Miał chyba obsesję na moim punkcie. Tyle czasu, tyle troski i uwagi dała mi tylko matka w pierwszym miesiącu mojego życia. Rozgwiazda chyba nie robił nic innego, świat poza mną dla niego nie istniał; nieustannie mnie podziwiał, chciał wspierać (phi! wypraszam sobie!), chciał wiedzieć, gdzie jestem i co robię. Chociaż kto wie, może skoro miał pięć członków, po prostu oddelegował jednego z nich do tego, by do mnie pisał? Kiedyś przysłał mi filmik, na którym szczytował (especially for you, Rita!) napełniając całkiem sporą filiżankę espresso po brzegi. Cin cin!

Przejdźmy do działu entomologicznego. Oferty seksu za pieniądze? Kilka dziennie. Wśród nich jedna wyjątkowa. Pan Żuczek (Geotrupes stercorarius) napisał do mnie, że jest poważnym facetem, że to, co zaraz napisze, jest na serio. Dlaczego Żuczek? Oferował 100 € za owoc mojej defekacji. Nic więcej nie chciał. Tylko to. Co chciał z nim zrobić? A co się zwykle robi z owocami?

Z Tindera można wyciągnąć kilka cennych lekcji. Oszczędzić wam fatygi? Czytajcie dalej.

Jeśli chłopak na swoich profilowych zdjęciach się nie uśmiecha – to zapewne znaczy, że nie ma pełnego uzębienia. Tak, mi też przykro. Nie umawiaj się, chyba że podniecają cię diastemy.

Jeśli nie pokazuje całego ciała, niekoniecznie musi to znaczyć, że nie ma korpusu, ale raczej na pewno nie ma wypracowanej sylwetki. Może nawet nie tyle wypracowanej, co choćby zadbanej w jakiś elementarny sposób – przeciwnie: jest zapuszczony, zaniedbany, otyły, co nie wynika z jakiejś choroby, tylko z gnuśności i lenistwa. Jeżeli chłopak podaje ci miękką dłoń, szybko zakończ spotkanie (sama domyśl się, co symbolizuje to zwiotczenie). Jeżeli gubi się w odnalezieniu miejsca wyznaczonego spotkania, powinnaś mu na to pozwolić, niech się zgubi tak, że nigdy do ciebie nie dotrze i nie żałuj, nie chcesz przecież, żeby w innych okolicznościach pomylił drogi, szczególnie, jeśli tego dnia nie masz ochoty na seks analny. Jeżeli ma długie i brudne paznokcie – uciekaj nie podając przyczyny, przypominam ci, że mamy XXI w., chociaż rozumiem, że w przypływie emocji mogłaś o tym zapomnieć. A na profilu wydawał się taki miły, no nie?

Nie zwracałam uwagi na chłopców, którzy nie mają profilowych zdjęć, mają fotki, które uważałam za nudne, mają zdjęcia niby ekscytujące: kyte + hang drum (też nie wiesz co to jest? Hahaha!) + nurkowanie + ukulele + motocykl + winda – zdjęcie w windzie i podanie wzrostu, to jakaś obsesja wśród facetów na Tinderze.

Spotkania przez Tinder to nie sama sielanka. Miałam też kilka niemiłych przygód. Nie mówię o zadręczaniu: „co TERAZ robisz?”, „gdzie TERAZ jesteś?” wysyłane z regularnością co do której można by ustawiać zegary atomowe – na takie zaczepki już właściwie nie reagowałam. Spotkania, podczas których faceci traktują mnie jak towar, mówią na głos patrząc na mnie w trzeciej osobie, a właściwie jak o rzeczy: „Ładniutka, naprawdę ładniutka”. Siedzę tam, słyszę to i czuję, jak bardzo nie zgadzam się na takie traktowanie. Zastanawiam się, co mogłabym powiedzieć, ale nic nie przychodzi mi do głowy. Mama nauczyła mnie tylko tego, że należy być grzeczną i posłuszną, więc milczącą, przytakującą i bierną. Ale niezgoda we mnie wzbiera, czuję, jak wszystkie nieprzyjemne uczucia we mnie wzrastają, ale nie mam pojęcia, jak mogłabym zareagować, a kindersztuba jest bardzo wbrew mnie i nie pomaga mi w tym, co teraz przeżywam. Wiem, że jeśli nie zagreguję, to zrobię sobie większą krzywdę, niż robi mi ten facet naprzeciw mnie. I widzę, że on nie ma pojęcia o tym, co przeżywam, on nie widzi w swoim zachowaniu niczego złego, ba! jemu się zdaje, że daje mi pełną akceptację, że mnie chwali, że zachowuje się seksi! Jemu się wydaje, że ja powinnam być wdzięczna za to, że prawi mi komplementy w tak wyrafinowany sposób! Okazuje się, że nie potrzeba wiele: „Nie wiem do końca jak to powiedzieć, by nie zranić pana uczuć, ale nie zgadzam się, żeby mówił pan o mnie w ten sposób. Czuję się wtedy jak przedmiot, to bardzo nieprzyjemne. To mnie rani i upokarza. Nie zgadzam się na to”. Wiecie co się wtedy stało? On mnie przeprosił. Serio.
Nie, nie poszłam z nim do łóżka.

Policzyłam: żeby zachować się kulturalnie i odpowiedzieć na każde „Hej!” faceta, z którym się sparowałam (match), musiałabym przestać robić cokolwiek innego. Odpowiadanie tym facetom, to praca w wymiarze 1 i 1/2 etatu i nie dostajesz za to nawet minimalnej krajowej, nie masz prawa do urlopu i ubezpieczenia, a rozliczenie w barterze zawsze przynosi ci rozczarowanie. A gdzie tu jeszcze znaleźć czas na to, żeby się z nimi spotkać? Gdzie mieć jakieś życie inne niż na planecie Tinder? No, ale to nie było najbardziej niemiłe, co mnie spotkało. Umawiałam się z facetami, którzy nie zaczepiali mnie jakimś standardowym tekstem, moją uwagę przykuwały wyłącznie osoby, które były w stanie sprawić, że mogłam się na nich skupić. Musiały mnie zaintrygować, wyjść poza to, co czytałam od kilkudziesięciu pozostałych. Niestety. Zwykłe „Hej!” nie wystarczało. Niektórzy dodawali jeszcze „<3” – urocze, nie?

No i takim się wydawał on. Rozmowa w digitalu idzie gładko, jest inteligentny, zabawny, intrygujący. Ale w realu nie ma chemii między nami. Albo może raczej ja nie mam chemii. Dziękuję, żegnam się mówiąc mu, że nic z tego nie będzie. Na to on zaczyna mnie prosić (serio) – więc poziom zażenowania miesza się z obrzydzeniem i wstydem za niego. Nawet teraz, gdy to opisuję, mieszanka tych uczuć nieprzyjemnie wylewa się z przysadki na całe ciało. Po kilku dniach zaczął do mnie pisać. Na początku prosił, ale spotykał się z kolejnym asertywnym „nie”. Kiedy zobaczył, że nic tym nie wskóra, zaczął mnie obrażać: wyzywał mnie od „kurew” i „dziwek” tylko dlatego, że nie poszłam z nim do łóżka. Analogicznie – gdybym z nim poszła do łóżka, byłabym miłością jego życia? Skończyło się na uścisku ręki, nie doszło do mieszania płynów ustrojowych, nic z tych rzeczy! Zero obietnic, jasny przekaz, klarowne „nie” na koniec. Wspólne picie kawy, pogawędka, podczas której to ja tym wszystkim powodziłam, ja zadawałam kolejne pytania, więc szybko mi się znudziło – ileż można słuchać o budowie kominka? No i nawet mnie się wyczerpały pytania, chociaż jestem w tym niezła: „Ile zużyłeś cegieł szamotowych do budowy?”, „Jaką kubaturę ogrzewa?”, „Zainstalowałeś rekuperator?”. Pomyślcie, że znajduję faceta, który gorliwie wysłuchuje różnic między manicure hybrydowym a akrylem. „Och i wiesz, jeszcze te utwardzające lampy UV!”, przecież samej siebie bym nie zniosła! No i czy to jest seksi? Czy po czymś takim można iść z kimś do łóżka? Chyba, że w skarpetach i przy kominku, z cieplutką herbatką i kocykiem. Wtedy chyba nie ma różnicy, czy seks uprawiasz z kocykiem, czy z partnerem. Nie zrozumcie mnie źle, nie mam nic przeciwko seksowi z kocykiem; dopóki oboje się na to zgadzacie (ty i kocyk), możecie wyczyniać najdziwniejsze harce. Mnie nie chodziło ani o seks z kocykiem, czy pod, czy przy kominku, ani o mieszanie mnie z błotem (chociaż gdzieś słyszałam, że to zdrowe). Dziwiłam się jak można osiągnąć pewien niezrozumiały dla mnie poziom aberracji, a doświadczyłam tego na własnej skórze. Nadal nie rozumiem.

Zmaczowałam się z ponad trzystoma facetami, a byłam wybredna

Zdarzyło mi się także to, że zostałam zwyzywana przez facetów od najgorszych nawet wtedy, kiedy nie chciałam się z nimi spotkać i chyba głównie dlatego. Nie zrozumcie mnie źle, to nie miało na celu budowania napięcia seksualnego, gdzie wulgaryzmy stają się grą wstępną i podniecają. To było regularne upokarzanie i pomiatanie, takie nadające się na oddzielny artykuł, donośny głos w akcji #metoo. Do dzisiaj nie rozumiem co kierowało tymi facetami. Rozdęte ego? Patriarchalna dominacja wyssana z mlekiem matki? Brak elementarnej empatii? Tych kolesi nie można porównać do żadnego najpodlejszego zwierzęcia.

Zmaczowałam się z ponad trzystoma facetami, a byłam wybredna. Mogłam sobie na to pozwolić. Rozmawiałam kiedyś z kolegą, który także założył konto na Tinderze. Porównaliśmy nasze doświadczenia. Okazało się, że chłopakom jest o wiele trudniej zaczepić dziewczynę, zwrócić jej uwagę, sprowokować do rozmowy. Więcej: mężczyznom o wiele trudniej się sparować – ilość przesunięć w prawo (akceptacji) jest o wiele mniejsza w porównaniu do matchy, podczas, gdy moje przesunięcia w prawo, to niemal 100% dopasowań. Tyle zwojowałam zamieszczając tylko dwa zdjęcia profilowe, na których właściwie mało mnie widać, pamiętacie? Nic dziwnego, mężczyzn jest na Tinderze znacznie więcej, skoro pielęgnujemy stereotyp łowcy zdobywcy. Ja wiem, że to nie jest realne, ale tak sobie myślę, jak wiele byśmy zyskali, gdybyśmy porzucili swoje skorupy i stali się jak Tursiops truncatus.

 

DATA PUBLIKACJI: 18 marca 2018
OSTATNIA AKTUALIZACJA: 6 maja 2018
Tagi:
tinder