Lech Dobrowolski, ojciec autora, rok 1946. Archiwum rodzinne
Lech Dobrowolski, ojciec autora, rok 1946. Archiwum rodzinne

Hello from Dachau

Bardzo późno uświadomiłem sobie, że żyję w cieniu obozu. W domu nie mówiło się o tym w ogóle. W ogóle nie było w powietrzu takiego tematu, takiej narracji.

1. Kiedy piszę niniejsze słowa, Warszawa spowita jest gęstą, toksyczną mgłą, pachnącą spalenizną i nie pozwalającą głębiej odetchnąć i zaciągnąć się tlenem – właśnie wróciłem z krótkiej wyprawy do osiedlowego sklepu i czuję, że trochę brak mi tchu.

Jasne, tak, ona zawsze tu była. Ta zimowa, zwłaszcza nocna mgła przepojona lżejszą lub cięższą wonią spalenizny. Więc kiedy dzisiaj szedłem – właściwie to przemykałem się, ale też nie za szybko, uważając, żeby się nie zadyszeć – pośród oparów warszawskiego smogu, uprzytomniłem sobie, że przecież nie raz już zastanawiałem się nad tym fenomenem, jakże tutejszym: mroźna noc, bez  żadnych opadów, a wszystko zasnute mgłą – co tak paruje, gdy dookoła wszędzie sucho? I wyjaśniałem to sobie, myśląc o zadziwiających zjawiskach przyrody… A potem o tym, że ten zapaszek dymu, „jakże charakterystyczny dla tej pory roku”, to również jakaś naturalna tutaj konieczność zimy – to wszak kraina snujących się dymów, mgieł, gazów. W końcu tak to było od zawsze.

Polski dym jest metonimiczny i metaforyczny.

Zmieniło się to, że teraz wiemy już dobrze – dotarło to do nas, jak twierdzą niektórzy, za sprawą lobbingu producentów ekologicznych pieców, którzy chcą „zniszczyć tradycyjne polskie paliwo węgiel” – że te „zimowe mgły” nawiedzające nas w mroźne i suche zimowe noce (wiadomo przecież, że tam, gdzie nie dymią kominy, powietrze jest przejrzyste, niebo rozgwieżdżone – musi takie być, gdy panuje mroźny, suchy, bezchmurny wyż…) to nie żadne romantyczne snuszki i ślągwy, to nie żadna urocza mgiełka spowijająca rzeczy nimbem tajemniczości, a latarnianemu światłu nadającą czegoś przytulnego, lecz trująca mieszanka pyłów zawieszonych i związków chemicznych o tak romantycznych nazwach jak benzo(a)piren, tlenek siarki, tlenek azotu itp.

Ot, zmiana świadomości Polaka.

2. Polski dym jest metonimiczny i metaforyczny. Toksyczny nie tylko w dosłownym sensie. Przynosi skojarzenia bardzo dalekie i odległe od siebie, choć jednak nieodmiennie też dla nas Polaków bliskie – i tak oczywiste, jak niektóre żarty, które nie rozśmieszyłyby nikogo innej narodowości.

Dymy znad Auschwitz są wmieszane w polskie dymy i mgły w sposób nieuchronny. Nie da się ich oddzielić. Oddychamy nimi. Mamy tego pecha, że wszystkie najważniejsze hitlerowskie obozy zagłady znajdują się na terytorium naszego kraju – z jakichś przyczyn Niemcy postanowili zaszczycić właśnie okupowaną Polskę tą makabryczną rolą ziemi wielkiego mordowania. To nie osąd, tylko fakt. Wszyscy jesteśmy z Oświęcimia. Wszyscy żyjemy w cieniu, jaki rzucają obozy. Taki nasz los. Świadków i ofiar.

Urzeczywistnia się on w nieskończoności prywatnych historii, w których występować mogą różne nazwy własne, dla których Auschwitz jest pars pro toto.

3. Ja sam bardzo późno uświadomiłem sobie, że żyję – żyłem – w cieniu obozu. Że należę, ściśle mówiąc, do drugiego pokolenia ocalonych. Otóż, jak słyszałem, w Izraelu wyróżnia się obecnie – w kontekście procesu rekonwalescencji traumy po holokauście – nawet już czwarte pokolenie tych, którzy wciąż naznaczeni są grozą doświadczenia ocaleńca. Silne psychiczne urazy dziedziczy się. Nie wiem, czy aż do czwartego pokolenia. Ale do drugiego, to co innego, nieprawdaż?

Wiem, że to dziwne, gdy tak o sobie mówię. Sam czuję pewną niestosowność; jakbym dał sobie wmówić – komu?, kiedy? – że jestem na to za młody, że to nie mój, biorąc pod uwagę normalny bieg następstwa generacji, slot. Normalnie dzieci ocalonych w wojnie same już są dziś seniorami. Ja jestem późnym dzieckiem, o całą generację spóźnionym – mój ojciec mógłby, biorąc wiek pod uwagę, być moim dziadkiem. Długo czekał z założeniem rodziny. Dlaczego? Jestem jak najdalszy od tego, żeby wszystko w jego życiu tłumaczyć wojenną traumą. Sądzę raczej, że był kimś, kto żył tak, jakby nie należało wierzyć w przyszłość. Oczywiście można to tłumaczyć wojenną traumą. Ale niekoniecznie. Człowiek może mieć też taką naturę, taki światopogląd. Nieprawdaż?

W domu nie mówiło się o tym w ogóle. W ogóle nie było w powietrzu takiego tematu, takiej narracji, choćby gdzieś w tle się snującej, gdzieś z zamkniętej skrzyni promieniującej niewidzialnie lecz wyczuwalnie; nie były nim przepojone wszystkie ściany i obrazy; nie naznaczył on żadnych moich dziecięcych przeżyć. Ojciec był człowiekiem małomównym i totalnie skrytym; jego prywatny pokój w naszym mieszkaniu w bloku na Kamionku w Warszawie był zamykany na potężne dębowe drzwi z oddzielnym zamkiem, cały od podłogi po sufit czterostronnie zabudowany grubą dębową boazerio-meblościanką sprawiał wrażenie drewnianej arki, obwieszonej obrazami i innymi bibelotami, pełnej szafek, półek, a pośród nich tajemnych skrytek sprytnie wmontowanych w całość (oczywiście, były one sprytne tylko w oczach dziecka, zapewne dla każdego znawcy skrytek boazeryjnych byłyby one nader łatwe do odszyfrowania – naiwność wyzierająca z tych skrytek była czymś, co przejawiało się także w innych postępkach ojca). Wbrew moim dziecięcym spodziewaniom nigdy nie znajdywało się w nich skarbów, a tylko jakieś zakurzone dokumenty, które z sobie tylko znanych przyczyn ojciec uważał za ściśle tajne; skądinąd nic takiego w nich nie było, na szczęście, bo skrytki, jak powiedziałem, nie były ostatecznie bardzo tajemne… Jedynym, co w moich oczach mogło uchodzić za skarb, była, w jednej z tych skrytek, choć wcale nie najtajemniejszej, jedna nadpalona złota moneta dwudziestodolarowa, którą po śmierci ojca sprzedałem za radą pani z NBP na absolutnym złotowym dołku, czyli za najniższą historycznie możliwą cenę, jaką mogłem był kiedykolwiek za tę monetę uzyskać – jak stąd widać, i ja mam coś z ojcowskiej naiwności… (On też zresztą zrobił kilka złych interesów w swoim życiu.)

4. O czasach wojny i swoich przeżyciach nie wspomniał nigdy. Długo, a właściwie to do śmierci, udawał przede mną, że urodził się już po wojnie, że jest młodszy niż naprawdę był. Na takiego też wyglądał. Prowadził przy tym bardzo zdrowy tryb życia, uprawiał dużo sportu, jego pasją, jeszcze sprzed wojny, co wiem, bo mam dużo jego zdjęć z dzieciństwa i nastoletniości, były rowery. Nie pił i nie palił. Swojego obozowego numeru 11764 nie miał wytatuowanego na ręku. Nie wiem, czy dlatego, że akurat jemu go nie wytatuowano, czy dlatego, że go usunął [edit: już po napisaniu tego tekstu dowiedziałem się, że nie we wszystkich obozach tatuowano numery]. Gdy odkryłem jego prawdziwy wiek, byłem już na tyle duży, że zrozumiałem natychmiast, że pod żadnym względem nie mogę się przyznawać do tego odkrycia. I chyba nigdy się oficjalnie nie przyznałem – obchodziłem jego urodziny, tylko nie wspominałem które.

W domu nigdy to nie istniało. Nie mówiło się, nie wspominało – to był temat tabu, że tata był w obozie. Bardzo późno to do mnie dotarło i jakby przez ścianę, zakulisowo, półświadomie. Ponieważ byłem w miarę normalnym dzieckiem i nastolatkiem, nie drążyłem przeszłości ojca z dociekliwością detektywa i zadowalałem się jego zdawkowością jako czymś naturalnym. Dopiero dziś, wiele lat po jego nagłej śmierci, widzę, jak wiele rzeczy mojej uwadze umknęło, jak wiele szczegółów przepadło – oczywiście dlatego, że ojciec starał się skwapliwie o to, by one się w centrum mojej uwagi nie znalazły. Również moja matka nie wie – chyba wobec niej również przestrzegał tabu, a ona – tak jak i ja – nie pytała.

Co było jego motywem? Dlaczego milczał? Czy wszystko da się wytłumaczyć traumą, ciężarem przeżyć, ogromem niewypowiadalnego cierpienia, jakie przeszedł? A może był to ten dobrze znany i wielokrotnie opisywany wstyd ofiar (tak np. w Japonii po Hiroszimie ci, którzy przeżyli bombę atomową, bardzo często wstydzili się o tym kiedykolwiek wspominać)? A może po prostu chodziło o to, żeby ukryć przede mną swój wiek (wobec czego niewspominanie o wojnie byłoby już tylko czymś wtórnym)? Nie wiadomo.

Nie wiem też, ponieważ nie wiem wszystkiego o nim, do jakiego stopnia moje własne idiosynkrazje – niechęć do tłumu, skrytość, małomówność, lekka klaustrofobia (w zamkniętych na klucz pomieszczeniach) – są odziedziczone. Wśród dokumentów, jakie po nim zostały – nie ma ich wiele – jest również zaświadczenie lekarskie z czasów, kiedy znałem go, jak mi się zdaje, dobrze. Widziałem w nim wtedy okaz zdrowia, kondycji, młodzieńczości, które sprawiały, że mając pod siedemdziesiątkę wyglądał na zdrowego pięćdziesięciolatka – był zawsze rześki i sprawny, choć też zawsze cokolwiek leniwy i skłonny do wypoczywania. Owo zaświadczenie mówiło o jego ciężkiej depresji, bezsenności, nerwicy i „syndromie poobozowym”, i kiedy zobaczyłem je po raz pierwszy, uznałem za fałszywkę. Mój ojciec spał zawsze zdrowo, dużo – tak mi się wydawało, choć przecież nie zaglądałem w nocy do jego drewnianej arki, by to sprawdzić. Do dziś jednak podejrzewam, że musiał nabierać lekarza, który to zaświadczenie mu wystawił. Ale że spędził w obozie pięć lat, to lekarz nie mógł mu nie uwierzyć.

5. Jak wspomniałem, mam dużo zdjęć ojca. On sam bardzo pielęgnował swoje albumy, założone zresztą jeszcze przez jego mamę (nigdy jej nie poznałem, zmarła, zanim się urodziłem), w których miał mnóstwo przedwojennych rodzinnych oraz powojennych przeważnie indywidualnych fotografii (dołączam kilka z nich do tej opowieści) – ale nie dbał nigdy o chronologię i gdy się zapełniły, wklejał nowe zdjęcia pomiędzy stare. Niczego też, w przeciwieństwie do babci, nie podpisywał. Po jego śmierci przeglądałem je uważnie i odkryłem, że jest w nim też wiele zdjęć ze mną oraz takich przeze mnie jemu zrobionych – powtykanych bez ładu i składu pomiędzy inne, na przykład z XIX wieku. Nie był kronikarzem czy choćby pilnym ogrodnikiem swoich wspomnień. Być może nie mówił, bo wiele rzeczy – szczęśliwie dla siebie – po prostu zapomniał?

Ponieważ nie było wtedy jeszcze innych obozów, pojechał do Niemiec, do Dachau.

W jego albumach zdjęcia kończą się na sierpniu 39. To było piękne lato, także chyba w jego życiu. Miał wtedy prawie 18 lat (skończył w grudniu, już pod okupacją) i brał udział w wyścigu kolarskim, w którym mimo awarii roweru ambitnie do końca szusował – jak wynika z bogatej dokumentacji fotograficznej opisanej przez dumną matkę. Kolejne zdjęcie jest z roku 45 lub 46. To tytułowe zdjęcie tego tekstu. Z lat wojny nie ma, co oczywiste, żadnego zachowanego obrazu.

Jak dostał się do obozu? W pierwszych miesiącach okupacji Niemcy wcielili Łódź, gdzie mieszkał przed wojną, pod nazwą Litzmannstadt bezpośrednio do Rzeszy, do „Kraju Warty”. Został zgarnięty z ulicy; Niemcy robili akcje tematyczne, na przykład w maju gestapo wyłapywało młodzież – w około pięćsetosobowej grupie znalazł się mój ojciec. Pomimo że nie miał zbyt dobrego wyglądu, był śniady i miał duży nos, nie inwigilowano go nadmiernie, bo pochodził z rodziny katolickiej. Ponieważ nie było wtedy jeszcze innych obozów, pojechał do Niemiec, do Dachau. Może miał szczęście, że schwytano go tak wcześnie.

6. Dachau było jednym z pierwszych obozów i obozem wzorcowym, „matką wszystkich obozów” – choć nigdy nie miało statusu obozu zagłady; np. słynny napis „Arbeit macht frei” pierwotnie zawisł właśnie w Dachau. Przewinęło się jednak przez ten obóz kilkaset tysięcy więźniów, z których zginęło dwie trzecie. Istniały tam komory gazowe i krematoria. Miały też miejsce eksperymenty pseudomedyczne i pseudonaukowe. Badano m.in. co dzieje się z człowiekiem w komorze ciśnieniowej, po gwałtownym zmniejszeniu lub zwiększeniu ciśnienia, a także jak długo żyje się w zimnej wodzie oraz co się dzieje po wypiciu wody morskiej (chodziło o to, jak szybko trzeba ratować pilotów i marynarzy unoszących się na falach). Badano też choroby, malarię, gruźlicę, którymi zarażano więźniów.

Dokumenty nic nie mówią o charakterze eksperymentów, jakim poddano mego ojca. W zaświadczeniu z Czerwonego Krzyża pojawia się tylko słowo „flegmona”. Jest to choroba – ostre ropne zapalenie śródtkankowe – na którą masowo chorowali i umierali więźniowie obozów. Niejaki doktor Wolter wstrzykiwał eksperymentalnie zdrowym więźniom ropę wyciągniętą z ran chorych. Po takim zastrzyku większość traciła kończyny, dostawała posocznicy i ostatecznie umierała. Spośród 6 tys. więźniów poddanych eksperymentom, nie przeżyło 2 tys.

Nie mam żadnego zdjęcia z okresu 39-45 (do obozu trafił 25 maja 1940; aresztowany 21 maja 1940 w Łodzi – do Dachau trafił bez stacji pośrednich, jak wynika z poświadczenia MCK – wyobrażam sobie te majowe dni, gdy jechał z Łodzi do Dachau, jaka była wtedy pogoda? Czy jechał pociągiem czy innym transportem? Gdzie się zatrzymywał? Jak był traktowany?) – jest tylko jeden dokument, niewysłany list mojej babci do Himmlera, napisany przepięknie kaligrafowanymi literami w czystej niemczyźnie, obwieszczający, że jesteśmy Ukraińcami i że jako taki jej syn do obozu trafił przez omyłkę, o czym zawiadamia ona pana HH i prosi o jego uwolnienie, gdyż nie posiada innych dzieci, a jest wdową. (Dziadek, lekarz, zmarł jeszcze w roku 37 na gruźlicę).

Dziadkowie pochodzili z Ukrainy, to prawda, i byli tak mieszani, jak to było w tamtych czasach możliwe, a może nawet bardziej – więc i Ukraińcami zapewne jakoś byli, podobnie jak wszystkim innym, co tam żyło, a nawet i Korsykańczyka wedle rodzinnej legendy mieliśmy wśród przodków. Ale chyba jednak babcia uznała, że to zbyt prostoduszne kłamstwo nie przekona Himmlera, i listu nie wysłała, w obawie, że może narobić więcej złego niż dobrego.

7. Mam w archiwum jeszcze drugi niewysłany list. Napisany przez mojego ojca do niejakiego Oskara w roku 55, w którym mowa o tym, że nie widzieli się już od dziesięciu lat, „od 45 kiedy to razem maszerowali w K.Z.” (K.Z. to nazistowski skrót oznaczający obóz koncentracyjny.) Pisze też o lecie 45 w Monachium, kiedy to obaj, jak wspomina autor listu, zajmowali się „schönes Mädchen”.

Monachium to było ulubione miasto mojego ojca. Uważał je za piękne, dobrze się w nim czuł, lubił po nim spacerować. Byłem z nim tam w dzieciństwie kilka razy. Nigdy mi nie mówił o swoich wspomnieniach związanych z tym miastem. Musiały one być dobre. To lato 45 roku, kiedy zajmował się dziewczynami. Właśnie wyszedł z obozu. Dachau to miasteczko tuż pod Monachium, jego satelita, jak Pruszków czy Łomianki. W Monachium przeżywał pierwsze dni jako normalny człowiek – miał dwadzieścia trzy lata i robił – po równo pięciu latach pobytu w obozie koncentracyjnym jako więzień narodowości polskiej, ze statusem „Sch” („Schutzhaft” – polityczny), ofiara eksperymentów pseudomedycznych – to, co powinien robić dwudziestotrzylatek. Przeżywał życie, zachłystywał się. Nadrabiał stracony czas. Jak ktoś, komu ukradziono pięć lat życia. I to jego najlepszej, jednej z najlepszych cząstek.

Któregoś dnia w Monachium pojechaliśmy na wycieczkę do Dachau. Miałem jedenaście lat. Właśnie zacząłem robić zdjęcia – przechwyciłem jego aparat fotograficzny „minolta” i zacząłem cykać. W tamtych czasach nie robiło się zdjęć tak hurtowo jak dzisiaj, ale zrobiłem dość obszerną dokumentację tej wyprawy. Jednocześnie skupienie się na zdjęciach pozwoliło mi wtedy przenieść na margines myśli o innych rzeczach.

hellofromdachauimage3

Przyglądając się teraz tamtym zdjęciom ojca w muzeum obozu w Dachau, na stołówce, przed piecami krematoryjnymi, starałem się znaleźć w jego spojrzeniu czy gestach coś, cokolwiek, co by go „zdradziło”, co by pokazało wzruszenie. Żadnego drżenia, żadnego patosu. Wygląda  na nich jak każdy inny turysta, zwiedzający muzeum. Stoi na tle pieca krematoryjnego, wpatrzony weń – z rękoma w kieszeniach wiatrówki. Przed bramą wyciąga do góry kciuk w banalnym geście „jest ok”.

8. Zmarł, jak powiedziałem, nagle, „w pełni sił” i zdrowy, na zawał – prawdopodobnie mógłby był przeżyć, gdyby przyszedł na czas ratunek. To dlatego o wielu rzeczach nie wiem – nie zdążyłem zapytać. Ale prawdę mówiąc, nie wiem, czy kiedykolwiek bym się odważył zapytać, złamać tabu. Zawsze udawałem przed nim, że nic nie wiem – spełniając tym samym jego życzenie, by tabu pozostało tabu. On wiedział, że wiem, a jednocześnie ja wiedziałem, że on wie, że ja wiem, a jednak obaj udawaliśmy nadal, jakby nigdy nic, że nic nie wiemy. Czasem udawało nam się udawać tak dobrze, że graniczyło to z przekonaniem.

hellofromdachauimage2

Myślę, że mój ojciec po prostu wymazywał złe przeżycia. Tak sobie z nimi radził. Sam nie mam bardzo wyraźnej pamięci i wspomnienia sprzed wielu lat, nawet te mocne, blakną i rozmywają się tak bardzo, że stają się bliskie niebyłości, niebytowi. Przeszłość to coś, co dla mnie w dużej mierze nie istnieje, a dopiero później coś, co było i pozostaje. Być może on miał tak samo, nie pamiętał dobrze i wolał to, wolał zapomnienie. Nie przypominając, nie wspominając, żyjąc tak, jakby to się nigdy nie wydarzyło, poniekąd skorzystał z arcyludzkiej, jak to nazwał Nietzsche, „zdolności aktywnego zapominania” (mówiąc najprościej, chodzi o to, że zapominanie nie jest bierną utratą, ale czynnym wymazywaniem…) Na ile sobie z tym poradził? Czy kiedy zwiedzał ze mną muzeum w Dachau w 1987 roku, 42 lata po uwolnieniu (dokument MCK stwierdza: „Er wurde durch die ‘U.S.-Army’ im KL.-Dachau befreit” – kiedy to czytam, nie mogę się nie wzruszyć i nie myśleć ciepło o „U.S. Army”) – czuł się naprawdę jak turysta – czyli wolny od własnej traumy?

Naprawdę ocalał – nie tylko fizycznie, ale i psychicznie pozostał sobą, a nie ofiarą

Pewnie nie jest to do końca możliwe, ale jeśli bardzo mocno przeżywał ten powrót do przeszłości, to nie dał po sobie niczego poznać. Pamiętam dobrze, że po wycieczce, w czasie której, jak to zwykle on, niewiele mówił, a jeśli mówił, to rzeczy błahe, pojechaliśmy coś zjeść – jadł normalnie, zdrowo; w nocy normalnie spał. Jakby nigdy nic. Jakby nigdy nic.

Czy to jest lekcja o samo-uwolnieniu się od koszmaru, od odciśniętej przez przypadek i historię rany, która mogła zabić, ale nie zabiła, więc – jakoś – wzmocniła?

9. Aż tak to jednak nie. Co nas nie zabije, to nas nie zabije – i tyle. Dobrze, żeby nas nie osłabiło. Lub żeby osłabiło nas jak najmniej. Jeśli pozostaniemy po tym „na zero”, to już sukces. Wydaje mi się, że w tym sensie udało mu się ujść zwycięsko z tej opresji. Naprawdę ocalał – nie tylko fizycznie, ale i psychicznie pozostał sobą, a nie ofiarą. Jego milczenie rozumiem jako radykalny gest odmowy autowiktymizacji, przyjęcia choćby po części tożsamości ofiary, narracji „ocalonego”. Na tym polegała jego wolność.

To jednak, oczywiście, moja interpretacja czy domysł, którego nigdy już nie potwierdzę. Z drugiej strony jest też doświadczenie jego ogólnego chłodu, introwertyzmu, pewnej cholerycznej, wybuchowej nieprzytulności. Nie jest tak, że bardzo dało się go lubić, a mówiąc wprost: że ja go bardzo lubiłem, że szukałem jego towarzystwa, tęskniłem za przebywaniem z nim. Nie było między nami wielkiego ciepła, raczej, co najwyżej, pewnego rodzaju uprzejme koleżeństwo. Podróżowaliśmy razem dużo pomiędzy moim dziewiątym a piętnastym rokiem życia, bardzo lubiłem te wyjazdy – jego prywatnym samochodem przemierzaliśmy najbliższą Europę, aż po ówczesną Jugosławię. Uwielbialiśmy obaj chyba jednakowo te podróże, wielogodzinne przejazdy samochodem, w trakcie których często równie długo milczeliśmy, lub rozmawialiśmy zdawkowo; poza tym, że ja miałem jeszcze funkcję pilota, którą wypełniałem raczej bardzo dobrze. Obu nam było z tym przyjemnie – mam na myśli naszą obopólną i wzajemną niewylewność – ale z tego powodu, jak sądzę, stałem się jako dorosły człowiek kimś, komu kontakty z innymi sprawiają ogromny wysiłek, w żadnym razie nie są oczywiste.

Majaczy mi więc zawsze z tyłu głowy pytanie, czy jego introwersja i milczenie – te same, które i ja przejawiam, najwyraźniej odziedziczone po nim – to skutki traumy ocalonego z zagłady? Czy może po prostu taki był, zawsze zamknięty w sobie? Z powodu jego nagłej śmierci, te pytania pozostaną dla mnie zawsze nierozstrzygnięte. Pozostaną tajemnicami zabranymi do grobu – a wraz z nimi także pewna część mnie – nie ośrodkowa, nie esencjonalna, a przecież jednak ważna – pozostanie dla mnie zagadką.

 

DATA PUBLIKACJI: 27 stycznia 2017
OSTATNIA AKTUALIZACJA: 1 czerwca 2018